Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Piotr Trudnowski  22 czerwca 2018

Robimy politykę, budujemy mosty

Piotr Trudnowski  22 czerwca 2018
przeczytanie zajmie 16 min

Rozpoczynamy nowy etap w historii Klubu Jagiellońskiego. Tworząc tak jak dotąd niepartyjne, republikańskie stowarzyszenie bez wyborczych ambicji, musimy wreszcie powiedzieć wyraźnie: robimy politykę. Mamy nadzieję, że odważycie się na to razem z nami. Uruchamiamy nowy portal, który łączył będzie diagnozę publicystyczną, rozwiązania eksperckie i działanie polityczne na rzecz zmiany. Świat zachodniej demokracji chwieje się w posadach, a my wchodzimy w niestabilne czasy ze słabym państwem, podzielonym narodem i elitami niepoważającymi instytucji, które w chwilach kryzysu mogą okazać się ostatnią deską ratunku. Wierzymy, że podejmując nowe aktywności, z Waszą pomocą zbudujemy silną, obywatelską instytucję działającą na rzecz wzmocnienia Polski i przełamania podziałów plemiennych.

I

Niebawem minie osiem lat, odkąd Platforma Obywatelska stworzyła jedną z najbardziej „memogennych” kampanii w swojej historii. „Nie róbmy polityki, budujmy…” –  tu następowały, zależnie od plakatu, „szkoły”, „boiska”, „drogi” czy „mosty”. Choć prymitywnie antypolityczny przekaz zirytował wówczas komentatorów życia publicznego po różnych stronach barykady, to ostatecznie okazał się skuteczny. Platforma wygrała wybory samorządowe 2010 roku, a potem jeszcze kilka innych elekcji.

W maju 2018 roku w Polsce od kilku lat rządzi już Prawo i Sprawiedliwość wraz z mniejszymi partnerami. Ze względu na protest osób niepełnosprawnych i ich opiekunów odwołano odbywający się co roku 1 czerwca Sejm Dzieci i Młodzieży. „Sejm Dzieci i Młodzieży był i powinien być wydarzeniem apolitycznym” – piszą w swoim oświadczeniu przedstawiciele… partyjnych młodzieżówek związanych z obozem rządzącym. Kilka dni później organizatorzy alternatywnego Parlamentu Dzieci i Młodzieży, nota bene związani z formacjami opozycyjnymi, odpowiadają: „Jesteśmy oskarżani o robienie polityki. To nieprawda. My nie mamy zamiaru ani trochę bawić się w politykę”.

Antypolityczna historia powtarza się jako farsa. Choć nie ma co się dziwić młodym partyjniakom, skoro śledząc polityczne spory swoich starszych koleżanek i kolegów, nauczyli się, że najlepszą obelgą dyskredytującą niewygodne dla nas działania jest stwierdzenie: „To jest protest/zarzut/projekt polityczny!”. Niestety, obok tych błahych przykładów można przytoczyć wiele poważniejszych.

Tymczasem nie ma większego wyzwania dla republikanów wierzących, że polityka to roztropna troska o dobro wspólne, niż przełamanie tego antypolitycznego szaleństwa. Ręka w rękę z wywodzącymi tę definicję z klasycznej myśli politycznej albo społecznego nauczania Kościoła konserwatystami i chadekami stanąć powinni wszelkiej maści demokraci zgadzający się, że w nowoczesnym państwie to naród polityczny jako całość powinien sprawować władzę. Gdy godzimy się na obrzydzanie polityki, to tylko krok dzieli nas od momentu, w którym ktoś metodą faktów dokonanych zacznie udowadniać, że ta „upolityczniona” z definicji demokracja to przeżytek.

To nie miejsce i czas, by rozważać, co ją zastąpi. Dla jednych najczarniejszym ze snów będzie umacnianie się władzy nieliberalnych populistów, którzy poparciem społecznym i narodową ornamentyką uzasadnią rozmontowywanie instytucji stanowiących filar tego, co zwykliśmy nazywać państwem prawa, i będą to robić tak konsekwentnie, aż demokrację opartą o gwarancję praw przeciwników politycznych zastąpią ustrojem stricte plebiscytarnym. Dla drugich o wiele większe zagrożenie czyha po stronie arcyliberalnych demagogów, którzy w imię gwarancji rozumianych w wybiórczy sposób praw i wolności gotowi są ograniczyć polityczną sprawczość kapryśnych demosów, przenosząc coraz więcej realnych kompetencji decyzyjnych w ręce niewybieralnych, technokratycznych, ale zideologizowanych gremiów. Wreszcie, znajdą się i tacy, którzy nóż wbijany w plecy demokracji dostrzegą w niewidzialnej ręce globalnego kapitału: ponadnarodowych korporacji technologicznych, które wiedzą o nas tak wiele, że któregoś dnia mogą zechcieć zrobić z tej wiedzy użytek w sposób podważający fundament demokracji: wolność wyboru.

Wzmaganie niechęci do tradycyjnie rozumianej polityki jest cichym sojusznikiem każdego z tych czarnych scenariuszy. W banalnych stwierdzeniach, że demokracja nie jest dana raz na zawsze, a narody rządzone są tak, jak sobie na to zasługują, jest wiele prawdy. W warunkach pokoju tylko podmiotowość narodu politycznego i sprawczość cnotliwych obywateli jest w stanie ochronić ustrój republikański przed degeneracją i stoczeniem się w stronę tej czy innej tyranii.

II

Warunki dla postępowania owej degeneracji od dawna nie były lepsze. Trudno mówić o podmiotowości narodu politycznego, gdy samo istnienie narodów politycznych w zachodnich demokracjach staje pod coraz większym znakiem zapytania. Nie sposób wierzyć w sprawczość cnotliwych obywateli, gdy dążenie do politycznej cnotliwości skazuje na marginalizację.

To postępująca algorytmizacja  życia społecznego sprawia, że nasze narody pękają, a cnoty stają się przeżytkiem. Wystarczy zajrzeć na dowolną przestrzeń politycznej debaty – forum dyskusyjne, facebookową ścianę czy strony głównych serwisów informacyjnych – by zrozumieć, jak bardzo skłaniają one do polaryzacji.

Koncentracja na interakcjach (klikach, lajkach, komentarzach) sprawia, że dominują nie tematy istotne, lecz te, w których najłatwiej wyrobić sobie zdanie. W efekcie media-workerzy piszą, a media-konsumenci czytają o personaliach, socjotechnicznych wrzutkach albo w najlepszym razie najbardziej polaryzujących sporach aksjologicznych, światopoglądowych i symbolicznych. Interakcje wywołuje to, co kontrowersyjne: hejt, hiperbola, efekciarstwo. Filtrujące bańki (filter bubbles) sprawiają, że dociera do nas zaledwie wycinek rzeczywistości społecznej i medialnej. Efekt potwierdzenia (confirmation bias) sprawia, że stajemy się w swoich przekonaniach coraz mocniej usztywnieni, coraz bardziej niechętni do weryfikacji raz zdobytych poglądów. Nic dziwnego – w końcu rzadko mamy okazję spotkać umiarkowanego „człowieka takiego jak my” o przeciwstawnych poglądach. Jedyni przedstawiciele „drugiego z plemion”, jakich poznajemy w internetowych dyskusjach, to trolle, których skłonność do przesady i prowokacji jedynie umacnia nas w złej opinii o oponentach…

Trolle oczywiście doskonale wiedzą, co rządzi internetem. Umiejętnie wykorzystują prowokacje i kontrowersje nie tylko dla rozjuszania przeciwników, ale i dla pozyskiwania własnych zwolenników. Nic dziwnego, że trolling stał się zwyczajną, jeśli nie dominującą już formą uprawiania również mainstreamowej polityki „w realu”. Nie każcie przywoływać nazwisk ani z krajowego, ani z globalnego podwórka. Wystarczy, że zajrzyjcie na dowolne zestawienie najpopularniejszych kont politycznych w sieci i odwiedzicie przepełnione memami profile. Albo włączcie transmisję z Sejmu.

Gdy tracimy wiarę, że osoba o innych poglądach to „człowiek taki jak my”, gdy obracamy się w alternatywnych strumieniach informacji, gdy wszystko, co przebija naszą bańkę i nie pasuje do naszej wizji rzeczywistości, momentalnie chrzcimy wyświechtanym mianem „fake newsa” – zanika naród polityczny. Gdy strategia rozemocjonowanych trolli okazuje się skuteczniejsza od rozumnej argumentacji – polityczne cnoty nie mają szans.

III

Jak się to wszystko ma do politycznej rzeczywistości Polski AD 2018?

Kiedy w ostatnich tygodniach kumulacja wydarzeń na politycznej mapie Europy zaczęła wzbierać w falę, która podmywa nasze miejsce w Europie i ma szansę zmieść kontynentalny ład, my dyskutowaliśmy w Polsce zgoła o czym innym. Wśród najgorętszych tematów był romans konserwatywnego posła, taniec prezydenta na młodzieżowej imprezie religijnej, popularność (lub jej brak) prekampanijnych spotkań polityka na ławeczce i spór wokół kurierów Uber Eats w turbanach. Linie podziału w każdej z tych kwestii z łatwością można wyznaczyć, zanim którykolwiek z tych i podobnych tematów pojawił się w medialnym obiegu.

Nieobecność europejskich i globalnych zawirowań w naszej debacie publicznej to najbardziej niepokojący, ale nie jedyny przykład jej płytkości i efemeryczności. Systemowy problem opieki nad osobami niepełnosprawnymi zniknął – tak dla rządzących, jak i opozycji – gdy tylko zakończył się koncentrujący uwagę polityczny event, jakim był sejmowy protest. Próba wywołania poważnej debaty ustrojowej przez ogłoszenie inicjatywy konstytucyjnej nie zainteresowała żadnego z kluczowych podmiotów polskiej sceny politycznej, a ostatecznie ogłoszone przez Andrzeja Dudę propozycje pytań każą wątpić, czy sam prezydent traktuje swój pomysł poważnie. Uwagi nie przykuwa wchodząca w życie reforma Sądu Najwyższego, która jeszcze rok temu wyprowadziła – słusznie czy nie – na ulice setek miast dziesiątki tysięcy ludzi. Podobnie zresztą jak szereg korekt w całym pakiecie zmian w sądownictwie, które rządzący przygotowali w ramach negocjacji z Komisją Europejską… Takie wyliczanki można prowadzić w nieskończoność.

W każdym z tematów – tak tych trzeciorzędnych, jak i tych istotnych, ale medialnie efemerycznych – brylują rozpalający debatę do czerwoności trolle. Trolle-politycy, trolle-komentatorzy, trolle-influenserzy. Każdy z tematów jest pretekstem do pogłębienia plemiennych podziałów. Gdy tak wygląda to, co nazywamy polityką, to antypolityczne szaleństwo może tylko postępować.

IV

Przy takiej diagnozie trudno o inne „wyjście awaryjne” niż „zagranie przeciw trendom”. To staramy się robić od lat w Klubie Jagiellońskim.

Po pierwsze, nie zrezygnowaliśmy z wiary w tę idealistyczną, ale i klasyczną, bo inspirowaną Arystotelesem, definicję polityki jako troski o dobro wspólne. Uznajemy – czasem z zaciśniętymi zębami – że nasza praca jest pracą par excellence polityczną, chociaż na co dzień zaledwie komentujemy tę rzekomo „czystą politykę”, przedstawiamy eksperckie rekomendacje, wychowujemy młodych ludzi do zaangażowania społecznego, kształcimy postawy konsumenckie, organizujemy samokształceniowe spotkania w kilku miastach w Polsce czy wreszcie „robimy w ideach”.

Po drugie, dbamy, jak umiemy, o „zdolność bycia wysłuchanym” i „zdolność wysłuchania drugiej strony”. Staramy się budować mosty zamiast je palić. Po to zaangażowaliśmy się choćby w projekt Spięcie, bo jak tlenu nasza debata potrzebuje takich oaz. Po to też uczestniczymy w każdym miesiącu w dziesiątkach spotkań w najróżniejszych gremiach starając się konsekwentnie, szczerze i bez uprzedzeń prezentować nasze pomysły, ale często też perspektywę nam znaną, ale w danej „bańce” niedoreprezentowaną. Jeśli coś możemy uznać za sukces ostatnich lat, to fakt, że wciąż w jednym tygodniu możemy zostać zaproszeni na wydarzenia organizowane przez Ordo Iuris i Fundację Batorego. To nie żaden centryzm ani symetryzm, ale tylko i aż próba zachowania normalności. Chęć udowodnienie sobie, że można, i innym – że warto.

Po trzecie staramy się na przekór obowiązującym dookoła zasadom zachować różnorodność, a przy tym być wiernymi pryncypiom, które nas łączą. Nie obowiązuje nas terror „mówienia od linijki”, „przekazów dnia” ani parapartyjnej dyscypliny. Gdy dobrych kilka miesięcy temu przy jednej z okazji zaczęliśmy dyskutować o bieżącej polityce, okazało się, że w zarządzie naszego stowarzyszenia są zarówno osoby, które uważają rząd Prawa i Sprawiedliwości za najlepszy w historii III RP, jak i takie, które uznają go za najbardziej szkodliwy od 1989 roku. Nie wywołało to większych kontrowersji, bo wszyscy bez względu na te różnice zgodziliśmy się co do tego, że żaden rząd nie będzie budził naszego entuzjazmu dopóty, dopóki nie zacznie budować państwa z prawdziwego zdarzenia i odbudowywać wspólnoty politycznej Polaków. Wspólnota wizji i aspiracji łączy nas bardziej, niż dzielą bieżące oceny.

Po czwarte – gdy nie wiemy co robić, a zdarza nam się to często – zwykle decydujemy, by „robić swoje”. „Chwalić tam, gdzie można. Ganić tam, gdzie trzeba. Przedstawiać swoje kontrpropozycje w każdej istotnej sprawie. Pamiętać o ideałach (…) nie bojąc się błędów. Czasem trzeba się też pobrudzić: ale na własnych zasadach i za sprawy, które sami uznamy za warte tego brudu” – jak to kilka miesięcy temu precyzyjnie ujął Piotr Kaszczyszyn.

V

Gra przeciw trendom i walka – niepozbawiona porażek – o zachowanie etosu naszego środowiska może poprawiać humory nam i cieszyć wąskie, obiektywnie patrząc, grono naszych sympatyków, ale Polski nie zmieni. Nie jesteśmy utopistami, którzy wierzą, że Klub Jagielloński wyrwie demokrację z kryzysu, sklei pęknięty naród i pokona globalne technologiczne trendy niszczące nasze społeczeństwa. Jedyne, co możemy robić, to próbować zarażać innych naszym podejściem. Zachęcać Was, byście spróbowali.

Dlatego otwieramy nowy etap w historii naszego środowiska. Zdecydowaliśmy się zamknąć portal publicystyczny jagiellonski24.pl i stworzyć jeden serwis naszego środowiska.

W pierwszej kolejności wierzymy, że pozwoli nam to dotrzeć i przekonać do siebie szersze niż dotąd grono Czytelników. Wierzymy, że łącząc w jednym miejscu potencjał naszej dotychczasowej publicystyki, prace eksperckie Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego, refleksje filozoficzno-polityczne z łam „Pressji”, dorobek projektów społecznych i lepiej eksponując nasze wystąpienia na łamach mediów, dotrzemy na stałe do zupełnie nowych osób. Na nowym portalu znajdą się również zaproszenia na spotkania, których w każdym miesiącu w kilku miastach w Polsce organizujemy łącznie kilkadziesiąt. Niebawem zaczną się pojawiać tu również nagrania z naszych debat oraz autorskie formaty video, którymi również chcemy pozyskać całkiem nowe grupy odbiorców.

Co jednak najistotniejsze – w kolejnych krokach otwieramy się na nowe formy działalności. Najważniejsza z nich to położenie większego akcentu na sprawczość polityczną. Rozpoczęta kilka miesięcy temu i zakończona jak dotąd połowicznym sukcesem – przeforsowaliśmy precedensowe, ustawowe zobowiązanie ministra do podjęcia decyzji o lokalizacji urzędu z uwzględnieniem „pozawarszawskiej” perspektywy – inicjatywa deglomeracyjna jest dobrym przykładem kierunku, w jakim chcemy zmierzać. Odtąd nie chcemy ograniczać się do stawiania diagnoz i przedstawiania eksperckich rekomendacji, ale zamierzamy prowadzić obywatelski lobbing i skutecznie wpływać na rządzących, by podejmowali decyzje, kierując się prymatem dobra wspólnego. Przede wszystkim jednak chcemy w te działania angażować dużo szerszo grono osób niż dotychczasowi aktywiści naszego stowarzyszenia.

W najbliższych tygodniach uruchomimy pierwszą petycję, która mamy nadzieję skłoni rządzących do podjęcia lepszych dla Polski decyzji, niż dotąd zapowiadane. Mamy głęboką nadzieję, że to będzie zaledwie pierwszy krok, a w kolejnych również Wy – nasi Czytelnicy, Sympatycy, Darczyńcy – będziecie wraz z nami tworzyli postulaty i obywatelską presję na ich realizację. Wierzymy, że portal Klubu Jagiellońskiego stanie się miejscem spotkania i współpracy ludzi, którzy wierzą w republikańską zmianę, własną podmiotowość i wynikającą z samoorganizacji sprawczość. Chcielibyśmy, by takie akcje i petycje dotyczące zarówno spraw ogólnopolskich, jak i lokalnych zaczęły skutecznie zmieniać Polskę.

To kluczowy element „grania przeciwko trendom”. W kryzysie demokracji na Zachodzie i kryzysie konstytucjonalizmu w Polsce odnowę polityczną przynieść może tylko oddolne, demokratyczne zaangażowanie obywateli w formy działania przewidziane obowiązującą ustawą zasadniczą. Dlatego zamierzamy aktywniej niż dotąd inicjować korzystanie z tych niepartyjnych i niewyborczych instrumentów aktywizacji politycznej. Petycje, prawo dostępu do informacji publicznej, obywatelska inicjatywa ustawodawcza, obywatelska inicjatywa mieszkańców w samorządach, referenda lokalne, uczestnictwo w konsultacjach publicznych i pracach legislacyjnych, wszelkie przejawy demokracji partycypacyjnej, a wreszcie i korzystanie z wolności zgromadzeń – to obszary, w których dotąd byliśmy obecni w niewielkim stopniu, a w których chcemy budować kompetencje i dzielić się nimi z innymi.

VI

Ostatnie pole naszej „gry przeciw trendom” to odcinek najbardziej krytyczny, ale też wprost wynikający z naszej ideowej tożsamości. Obok republikańskiej wiary w sens pracy organicznej i inicjatywy obywatelskiej drugim jej konstytutywnym elementem jest konserwatywny z ducha instytucjonalizm. Jesteśmy przekonani, że silny naród i sprawne państwo muszą być budowane w oparciu o trwałe instytucje. Niewiele rzeczy tak niepokoi nas w polskim życiu publicznym, jak ich słabość i brak poszanowania dlań.

Tymczasem anty-instytucjonalizm polskich elit jest zatrważający i nie dotyczy tylko agend państwowych. Organizacje społeczne, partie czy firmy budowane są bez elementarnej troski o ich trwałość. Tę w dłuższej perspektywie zapewnić może jedynie kombinacja trzech elementów: etosu, stabilności finansowej i istnienia ścieżek awansu, które pozwalają przetrwać instytucjom odejście ich twórców.

Nie bez powodu wieloletnia polityczna dominacja obozu liberalnego w Polsce rozpadła się jak domek z kart, gdy Donald Tusk odszedł z krajowej polityki, osierocił swoją formację i namaścił następczynię, która doprowadziła Platformę Obywatelską do spektakularnych porażek wyborczych 2015 roku. Gdy rozważa się scenariusz politycznej emerytury Jarosława Kaczyńskiego, nikt nie wierzy w trwałość Prawa i Sprawiedliwości pod rządami ewentualnego sukcesora większą niż ta, którą Platformie Obywatelskiej gwarantuje dziś majątek zbudowany w oparciu o budżetowe subwencje dla partii. Brak choćby tego elementu skazał na staczanie się w instytucjonalny niebyt formacji Ryszarda Petru i Pawła Kukiza, a pozwala przetrwać kolejne kryzysy Polskiemu Stronnictwu Ludowemu i Sojuszowi Lewicy Demokratycznej.

Nie bez powodu w chwili, gdy mieliśmy mieć do czynienia z ekspansją polskich prywatnych firm i repolonizacją gospodarki, w praktyce w wielu działających na wyobraźnię przypadkach obserwujemy jej… depolonizację lub nacjonalizację. W ciągu zaledwie kilkunastu miesięcy upadły mity „polskiego sukcesu” znane z okładek Forbesa. Grupa Integer odpowiadająca za spektakularne medialne success-stories Paczkomatów i InPostu na granicy bankructwa została sprzedana Amerykanom. Upadłość ogłosiły sieć delikatesów Alma oraz najdłużej notowana na polskiej giełdzie spółka, czyli odzieżowy Próchnik. Polski Fundusz Rozwoju przed bankructwem ratuje bydgoską Pesę, a pod młotek pójdzie niebawem Solaris, który albo również zostanie znacjonalizowany, albo trafi w zagraniczne ręce. Druga z sieci marketów spożywczych premium, Piotr i Paweł, trafi do właścicieli portugalskiej Biedronki lub francuskiego Auchan.

Wreszcie, nie bez powodu w chwili porażki obozu liberalnego naprędce organizowano Komitet Obrony Demokracji, który musiał okazać się wyjątkowo nietrwałą supernową. Przez lata dominacji w życiu politycznym i społecznym III RP liberałowie nie zbudowali silnych instytucji obywatelskich na zapleczu partii politycznych. Symbolem niech będzie tu Instytut Obywatelski, rzekomy think tank partii Donalda Tuska i Grzegorza Schetyny, którego działalność publicystyczna w mediach społecznościowych przypomina najbardziej żenujące memy z profilu Sok z Buraka. Przez krótką chwilę miał nim zarządzać Bartłomiej Sienkiewicz – mierny polityk i wybitny analityk – ale szybko anty-instytucjonalna logika kazała zastąpić go… Jarosławem Wałęsą, sprawującym mandat europosła synem swojego ojca, który zresztą przez dobrych kilka miesięcy zarządzał „zapleczem eksperckim” partii, mimo że zawiesił swoje członkostwo w niej. Po większej części pierwszej kadencji rządów PiS widać, że realnymi ośrodkami opozycyjnymi, zdolnymi rozwijać się w chwili odcięcia od państwowych funduszy, są te, które zapewniły sobie w przeszłości finansowanie z Open Society Foundations George’a Sorosa: Fundacja Batorego i „Krytyka Polityczna”. Gdy chodzi o organizacje o profilu prawicowym, poza silnymi dzięki wpłatom sympatyków Ordo Iuris i organizacjami pro-life większość ośrodków zdecydowała się na przejście zespołów do polityki i administracji publicznej, w praktyce zawieszając funkcjonowanie – wyjątkiem są te, które prowadzą dziś głównie działalność consultingową korzystając z unikalnej koniunktury na ich usługi.

Spojrzenie na te trzy sektory uzmysławia, że droga konsekwentnego rozwoju i zachowania niezależności instytucji, jaką obraliśmy dla naszego stowarzyszenia, znów odbiega od dominujących wzorców. Latem 2015 roku, gdy dla ludzi o naszych poglądach otwierało się co najmniej kilka „okien możliwości”, podjęliśmy decyzję, że przetrwanie instytucji, którą od lat budujemy, jest wartością nadrzędną, a w czasach rządów prawicy nadal będziemy mieli wiele do roboty w sferze obywatelskiej.

Ostatnie lata to dla nas dosadne potwierdzenie zasady, w którą wierzyliśmy od dawna – że tylko budowa zdywersyfikowanego budżetu może zapewnić niepartyjnemu środowisku politycznemu takiemu jak Klub Jagielloński bezpieczeństwo i pełną niezależność. Wiemy, że najistotniejszym składnikiem stabilnych podstaw finansowych są po pierwsze indywidualne, rozproszone darowizny naszych sympatyków, a po drugie budowane na partnerskich, relacyjnych zasadach stosunki z prywatnym biznesem. Lista konkursów grantowych, które w ostatnich latach skończyły się dla nas porażką, i ofert „współpracy biznesowej”, które musieliśmy odrzucić jako niezgodne z naszym etosem, starczyłaby na osobny artykuł. Choć naszej sytuacji finansowej wiele brakuje do stabilności, to jednak sukcesywnie rośnie odsetek prywatnych darowizn w naszym budżecie. By pokryć nasze potrzeby, miesięczne wpływy z tego tytułu musiałyby jednak wzrosnąć sześciokrotnie, a by zapewnić nam bezpieczny poziom dywersyfikacji przychodów – muszą zwiększyć się trzykrotnie.

Dlatego też start nowego portalu będzie cezurą, od której odważniej i częściej niż dotąd będziemy prosili Was – Czytelników i Sympatyków – o pieniądze. Mówiąc dosadnie: bez nich nie zbudujemy trwałej instytucji, a Klub Jagielloński przetrwa może jeszcze jeden czy dwa kryzysy, ale nie przeżyje kolejnych lat ani tym bardziej nie stanie się instytucją „na pokolenia”. My głęboko wierzymy jednak, że właśnie tak trwałych instytucji potrzebuje Polska i że znajdziemy wśród Was osoby, które wraz z nami zechcą ją budować. Gdy skończycie czytać ten artykuł, wróćcie, proszę, do tego linku i dokonajcie darowizny na rzecz Klubu, a najlepiej ustawcie stałe zlecenie przelewu na rzecz naszego Stowarzyszenia.

Bez tego gestu za jakiś czas będziemy musieli radykalnie ograniczyć nie tylko nasze nowe plany, ale też dotychczasową działalność.

VII

Podważanie stabilności systemu politycznego, w którym żyjemy, zaledwie kilka lat temu uchodziło za ekstrawagancję. Dzisiaj wśród osób zainteresowanych procesami społecznymi jest banałem. Nie wiemy, w jakiej rzeczywistości obudzimy się jutro. Wiemy, że świat zachodniej demokracji chwieje się w posadach, a my wchodzimy w niestabilne czasy ze słabym państwem, podzielonym narodem i elitami niepoważającymi instytucji, które w chwilach kryzysu mogą okazać się ostatnią deską ratunku.

Uruchamiając nowy portal chcemy Was zaprosić do uczestnictwa w pracy organicznej, którą prowadzimy od lat. Robimy politykę: dotąd dla Was, od teraz – mamy nadzieję – z Wami. Wierzymy, że tak rozumiana polityka dla wielu z Was okaże się nie tylko patriotycznym obowiązkiem i racjonalnym wyborem podjętym z troski o los Waszych dzieci, ale też pasją i przygodą życia.

Dziś Klub Jagielloński to nieco ponad 100 członków, kilkaset osób zaangażowanych w nasze projekty i regularnie pojawiających się na naszych spotkaniach, kilkudziesięciu stałych Darczyńców, setki autorów tekstów i kilkadziesiąt tysięcy Czytelników co miesiąc. To za mało, żeby „grając przeciwko trendom”, mieć szansę na „pewny sukces”. Ale już wystarczająco dużo, by stworzyć awangardę ruchu, który być może na jakimś etapie zmieni Polskę.

„Ludzie nie angażują się publicznie, bo widzą, że nie mają na nic wpływu. Czują, że partie funkcjonują na zasadzie armii, gdzie jeśli nie jesteś na szczycie piramidy, możesz najwyżej rozwieszać plakaty wyborcze. Odwrócić ten trend można tylko dzięki oddolnej pracy na rzecz aktywizowania wspólnoty politycznej. (…) Tylko taka oddolna praca pozwoli zbudować w Polsce ruch mogący realnie ją zmienić” – pisał Krzysztof Mazur pięć lat temu, gdy startował portal jagiellonski24.pl. Nasz cel się nie zmienił, ale z pewnością dużo lepiej niż pięć lat temu wiemy w Klubie Jagiellońskim, jak tę niepartyjną pracę polityczną wykonywać i jak skutecznie wpływać na rzeczywistość. Sporo nam się już po drodze udało, a jeszcze więcej pomysłów – urodziło i czeka na realizację. By to robić potrzebujemy, tylko i aż, Waszego zaangażowania. Czasu, pomysłów, pieniędzy.

Wchodzicie w to?