Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Andrzej Kohut  4 sierpnia 2018

Nie stracić władzy po raz drugi. Krwawy bilans niepokojów w Nikaragui

Andrzej Kohut  4 sierpnia 2018
przeczytanie zajmie 6 min
Nie stracić władzy po raz drugi. Krwawy bilans niepokojów w Nikaragui Barna Tanko / Shutterstock.com

Daniel Ortega, prezydent Nikaragui, w latach 80-tych był radykalnym socjalistą oskarżanym o komunizm, a zwalczanie go Ameryka Reagana finansowała w pokrętny sposób, co skończyło się aferą Iran-Contras. Na początku lat 90-tych stracił władzę, a odzyskał ją w roku 2007. Teraz dbał o dobre relacje z Kościołem (zakazał aborcji w Nikaragui) i był otwarty na potrzeby biznesu. Nikaragua pod jego rządami przeżywała okres stabilizacji i wzrostu. Mogłaby to być pozytywna historia o człowieku, który w trudnych czasach zimnowojennych uchodził za szwarccharakter, a po latach okazał się dobrym przywódcą. Krwawe protesty, które trwają już czwarty miesiąc, wieszczą jednak mniej optymistyczne zakończenie. Skutki niepokojów rozejdą się po całym regionie. Podczas gdy tłumy uchodźców z Salwadoru, Gwatemali czy Meksyku szturmowały południową granicę Stanów Zjednoczonych, to Nikaraguańczyków raczej tam nie było. To może się szybko zmienić.

To był spokojny kraj, jeden z nielicznych w Ameryce Centralnej. Fala przemocy, która przelewa się przez Meksyk, Gwatemalę czy Salwador tutaj nie docierała. Gospodarka rosła, władza była stabilna, a turyści i inwestorzy z zagranicy przybywali tłumnie. Do kwietnia.

Protest emerytów, który stał się rewolucją

Od ponad stu dni zdjęcia z Nikaragui przynoszą obrazy bardzo odległe od sielanki: barykady wznoszone z ulicznego bruku, worków z piaskiem czy spalonych samochodów. Zamaskowani mężczyźni ciskają w policję bombami własnej produkcji. Snajperzy odpowiadają ostrą amunicją. Młodzieżowe bojówki partii rządzącej jeżdżą pick-upami po stolicy i zwalczają demonstrantów. Zamknięto część szkół. Sklepy i restauracje są plądrowane przez nieznanych sprawców. Ranni w antyrządowych protestach nie są wpuszczani do szpitali. Leczy się ich na przykład w kościołach, w których księża apelują do władzy o opamiętanie. Apeluje również opinia międzynarodowa, za wyjątkiem najbliższych sojuszników rządu Nikaragui – Wenezueli i Kuby. Co się stało?

Powierzchowna odpowiedź jest dosyć prosta: Instituto Nicaraguense de Seguridad Social, odpowiednik naszego ZUS-u, znalazła się na krawędzi bankructwa. Międzynarodowy Fundusz Walutowy zasugerował rządowi z Managui jak najszybsze, zdecydowane reformy. Propozycja reform pojawiła się 18 kwietnia tego roku i zawierała podwyżkę składek zarówno dla pracodawców, jak i pracowników oraz opodatkowanie emerytur. Zwłaszcza to ostatnie wzbudziło wielkie poruszenie –wskazywano między innymi, że to posunięcie niezgodne z konstytucją. Doszło do manifestacji emerytów, do której przyłączyli się studenci.

Protest zapewne nie zyskałby większej skali, gdyby nie bardzo brutalna odpowiedź władzy – doszło do użycia ostrej amunicji, padli zabici. Następnego dnia żona prezydenta, pełniąca jednocześnie funkcję wiceprezydenta (sic!), Rosario Murillo, w emocjonalnym wystąpieniu potępiła protestujących. Tego było już zbyt wiele – protest przeciw reformie zmienił się w protest przeciw rządom Daniela Ortegi. O zmianie charakteru protestu dobitnie świadczy fakt, że nie przerwano go mimo wycofania się rządu z planowanej reformy.

Zimnowojenny rodowód

Daniel Ortega to jedna z najważniejszych postaci w nikaraguańskiej polityce ostatnich kilkudziesięciu lat. W 1979 roku poprowadził Sandinistowski Front Wyzwolenia Narodowego do obalenia rządzącej Nikaraguą od lat 30-tych rodziny Somozów. Przewrót się udał, a sam Ortega został najpierw członkiem rządu, a w 1984 roku prezydentem Nikaragui. Równolegle zaś: symbolem komunistycznego zagrożenia w Ameryce Łacińskiej. Obalona rodzina Somozów była silnie wspierana przez Stany Zjednoczone. Zatem zgodnie z logiką zimnej wojny lewicowo-rewolucyjne ugrupowanie Ortegi znalazło przyjaciół na pobliskiej Kubie i w odległym Związku Radzieckim. Dla rządzącego w USA Ronalda Reagana sukces sandinistów był nie do przyjęcia.

Ameryka przystąpiła do kontrofensywy polegającej głównie na szkoleniu i wspieraniu partyzantki nikaraguańskiej Contras. Bojowników przygotowywano na terytorium sąsiedniego Hondurasu, a następnie wysyłano do walki z Sandinistami. Po tym jak Kongres USA odmówił wsparcia finansowego dla tej działalności znaleziono alternatywny sposób pozyskiwania pieniędzy: agenci amerykańscy potajemnie sprzedawali broń Iranowi (oficjalnie wrogowi USA), a za pozyskane środki finansowali dalsze wzmocnienie partyzantki. Proceder wyszedł na jaw i zapisał się w historii jako afera Iran-Contras. Po wielkiej medialnej burzy Ameryka musiała zawiesić tę formę zwalczania sandinizmu, ale lata walki i destabilizacji wewnątrz Nikaragui nadszarpnęły wizerunek Ortegi: następnych wyborów nie przetrwał.

Od rewolucjonisty do dyktatora

Na stanowisko prezydenta próbował wrócić dwukrotnie, w 1996 i 2001 roku, ale bez powodzenia. Sukces przyszedł dopiero w 2007. Ortega mocno się zmienił przez te lata: energicznego człowieka w sile wieku, ubranego w wojskowy mundur i z wielkimi okularami na nosie zastąpił starszy, łysiejący pan, który podczas mniej oficjalnych wystąpień lubi pokazywać się w baseballowej czapce. Zmieniły się też jego poglądy. Rewolucyjny socjalista, oskarżany przez Amerykanów o komunizm, dbał teraz o dobre relacje z Kościołem (zakazał aborcji w Nikaragui) i był otwarty na potrzeby biznesu. Nikaragua pod jego rządami przeżywała dobry okres stabilizacji i wzrostu. Mogłaby to być pozytywna historia o człowieku, który w trudnych czasach zimnowojennych uchodził za szwarccharakter, a po latach okazał się wcale dobrym przywódcą. Stało się inaczej.

Daniel Ortega dobrze zapamiętał trudną lekcję, jaką przyniosła mu utrata prezydenckiego fotela na początku lat 90-tych i późniejsze nieudane próby jego odzyskania. Łatwo zgadnąć, że kiedy wreszcie ponownie wygrał wybory, był zdeterminowany utrzymać władzę jak najdłużej. Przeprowadził zmiany w konstytucji, które pozwoliły mu zostać na kolejne kadencje.

Ortega podporządkował sobie niemal cały rynek mediów – szacuje się, że nawet 80% stacji telewizyjnych, radiowych oraz gazet należy do ludzi związanych z Ortegą. Zreformował również sądownictwo przenosząc znaczną część kompetencji sędziów regionalnych do sądów centralnych, gdzie orzekają sędziowie nominowani przez obecny rząd. Przyjął bardzo represyjną politykę wobec demonstracji antyrządowych i aż do ostatniej zawsze udawało mu się je stłumić. Do tego reżim Ortegi sprzyjał rozrostowi korupcji i nepotyzmu: symbolem tego ostatniego stała się żona prezydenta na stanowisku jego zastępcy. Freedom House, zajmujący się badaniem stanu swobód demokratycznych na całym świecie, w 2017 ocenił Nikaraguę na 44. w stupunktowej skali (Polska uzyskała 85 punktów, a Stany Zjednoczone – 89). Jednak nie tylko stopniowy upadek wolności w kraju przyczynił się do społecznego wybuchu.

Prawie 30% ludności Nikaragui żyje w biedzie, co w tej części świata oznacza życie za mniej niż dwa dolary dziennie. Szczególnie źle sytuacja wygląda na terenach wiejskich, gdzie ubóstwo dotyczy nawet 50% populacji. Sytuację dodatkowo często komplikują katastrofy naturalne. I choć wskaźnik PKB Nikaragui od prawie trzech dekad pnie się w górę, to sytuacja życiowa tych najuboższych nie poprawia się zbyt szybko. To dlatego wiadomość o opodatkowaniu emerytur wywołała tak gwałtowną reakcję. Reakcję, która po konfrontacji z siłami rządowymi, przerodziła się w powszechną walkę o fundamentalne prawa. Czwarty miesiąc Nikaragua jest sceną krwawych zajść, w których życie straciło już ponad 400 osób.

***

Wydarzenia w Nikaragui są ważne nie tylko dla tego kraju. Skutki tych niepokojów rozejdą się po całym regionie. Nikaragua jak dotąd uchodziła za kraj stabilny i podczas gdy tłumy uchodźców z Salwadoru, Gwatemali czy Meksyku szturmowały południową granicę Stanów Zjednoczonych, to Nikaraguańczyków raczej tam nie było. To się może szybko zmienić: już pojawiły się informacje o rosnącej liczbie imigrantów z tego kraju, którzy jednak na razie wybierają kierunek południowy i Kostarykę, niż ogarnięte narkotykową przemocą kraje na północy. Kiedy jednak determinacja uchodźców wzrośnie, może się to zmienić. Osłabienie rządu w Managui może też przynieść rozwój narkotykowych imperiów na terytorium Nikaragui – kartele chętnie wykorzystają możliwość poszerzenia swojej strefy wpływów i szansy na lepsze zabezpieczenie szlaków transportowych z Ameryki Południowej.

Czarnym scenariuszom mogłaby zapobiec pokojowa zmiana władzy w kraju i wygaszenie protestów. Jak dotąd Daniel Ortega ustępować nie zamierza, a swoich przeciwników oskarża o terroryzm oraz spiski, a z terrorystami i spiskowcami negocjował nie będzie.