Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Krzysztof Szeremeta  19 października 2015

Zmienić pracę i wziąć kredyt. Powieści pokolenia ’89

Krzysztof Szeremeta  19 października 2015
przeczytanie zajmie 20 min
Zmienić pracę i wziąć kredyt. Powieści pokolenia '89 Cecillia Sanchez Sanchez/Flickr.com

Pokolenie, które chciałoby określać się biografiami swoich rodziców, powinno natomiast zmienić pracę, wziąć kredyt i wyprowadzić się na swoje, a na swoim już czekać – albo kształtować – kolejny przełom. Dopiero potem pisać pokoleniowe powieści.

Niegdyś – w okolicznościach, których już nie pamiętam albo które zlewają mi się w jedno – pewien młody, wówczas początkujący, a dziś już nagradzany i wydawany poeta, usilnie przymuszał mnie do wysłuchiwania i symultanicznej lektury jego świeżych wierszy. Nie jestem fanem ani przełamywania barier towarzyskich za pomocą literatury, ani aż tak doraźnej krytyki literackiej, więc – pytany o swoje odczucia i uwagi – zdawkowo rzuciłem, że język interesujący i fraza wdzięczna, ale nie widzę w tych wierszach podmiotu.

Moją uwagę ów poeta wziął bardzo do siebie: niejako apriorycznie uznał tę diagnozę za kluczową dla całej recepcji jego tekstów, a moją opinię jeśli nie za istotną, to przynajmniej za reprezentatywną dla pewnego grona odbiorców. Samo istnienie podmiotu zaś – czymkolwiek ten podmiot właściwie miałby być – biorąc za nieodzowne.

Kolejne moje spotkania z poetą przebiegały wedle bardzo podobnego schematu: po przeczytaniu kolejnej porcji nowych wierszy musiałem wyrokować, czy podmiot jest obecny. Istotnie, pewien progres w tej kwestii miał miejsce, gdyż autor stworzenie podmiotu postawił sobie za cel, w drodze do którego imał się różnych środków – od liryki roli aż po teksty o  konstruowaniu podmiotu, w których odbijały się echa naszych kilku rozmów.

Nie mogłem jednak się przemóc i swoim słowem istnienia podmiotu ukonstytuować. Co więcej, nabierałem coraz większego intuicyjnego przekonania, że im próby kreacji podmiotu są bardziej wysilone, tym bardziej ten właściwy się od jego poezji oddala. Nie chciałem jednak jeszcze bardziej fiksować poety na tym punkcie, zwłaszcza że w jego karierze priorytety zaczęły pojawiać się gdzie indziej. Niebawem wydał książkę poetycką na temat jeżdżenia samochodem i korzystania z płatnej miłości, a chwilę po niej drugą, której największą według krytyki zaletą było to, że poszczególne teksty się ze sobą łączą.

Już było święto, już jedliśmy ciastka

Pułapka, w którą na własne życzenie wpadł wzmiankowany poeta, jest łudząco podobna do tej, w jakiej znalazło się całe pokolenie, które roboczo nazywać będę „pokoleniem przełomu”, choć żadnego przełomu nie było, a pokolenie jeszcze się nie wyklarowało. Mowa oczywiście o tym efemerycznym bycie, który miałby tworzyć coraz pokaźniejszy zbiór autorów debiutujących w ostatnich latach i urodzonych w okolicach 1989 r.

Termin „pokolenie przełomu” pozwoliłem sobie zaczerpnąć od Rafała Różewicza, redaktora internetowego pisma „2miesięcznik. Pismo ludzi przełomowych”, które dorobiło się na samym początku swojego istnienia nie tylko śmiałej nazwy (wydawanie literackiego periodyku co dwa miesiące to dzisiaj naprawdę spore wyzwanie), ale też deklaracji ideowej, gdzie znajdziemy kilka interesujących mitów założycielskich tego pokolenia: „Podtytuł: «Pismo ludzi przełomowych» oznacza że punktem odniesienia dla redakcji są wydarzenia roku 1989 r., a co za tym idzie: istotny jest dla niej wpływ owych wydarzeń na świadomość ludzi urodzonych w latach 80-tych i przede wszystkim 90., lecz jak to w życiu bywa – dopuszczalny jest wąski margines wiekowego błędu”. Jeżeli punktem odniesienia dla „2miesięcznika” mają być wydarzenia roku 1989, pozostaje zdziwić się, że jego redakcji nie tworzą Adam Michnik i Rafał Ziemkiewicz, spleceni przecież w uścisku tak czułym, że żaden nie chciałby się z niego wyrwać. Ci panowie zresztą, podobnie jak szereg im podobnych pań i panów od trzydziestu niemal lat namiętnie uprawiających różne formy postokrągłostołowej miłości, mieliby faktycznie w temacie coś interesującego do powiedzenia jako kreatorzy, krytycy czy beneficjenci ustanowionego wówczas systemu, którzy równocześnie mają w pamięci lata poprzedzające przełom.

Nie warto wspominać nawet o tym, jak puste muszą być eksploracje wpływu transformacji ustrojowej na ludzi wychowanych i dojrzewających wedle obowiązującego powszechnie paradygmatu liberalnej demokracji. Uwagę przykuwa rzecz znacznie bardziej dojmująca niż prosta logiczna (jak „wąski margines błędu wiekowego”) pomyłka: oto młodzi literaci z grupy aspirującej do pozycji liderów swojego pokolenia jako jego fundament postrzegają wydarzenia, które były konstytutywne dla pokolenia ich rodziców i które zostały już ze wszech stron ograne przez ich literackich antenatów, od powszechnie wzgardzonej Nowej Fali począwszy, a na debiutujących już w latach dziewięćdziesiątych autorach „brulionu” czy „Nowego Nurtu” skończywszy.

Tamte pokolenia zresztą określały się wobec wydarzeń, w których bezpośrednio – jako ludzie już pełnoletni, świadomi itd. – brali udział. Nazwa „pokolenie ‘56” czy „pokolenie ‘68” nie wzięła się przecież od dat urodzenia Bursy, Grochowiaka, Hłaski, Zagajewskiego czy Barańczaka, podobnie poeci stanu wojennego nie byli poetami tegoż, dlatego że wówczas się rodzili. Stawiając sprawę jeszcze dosadniej, poeci powstania warszawskiego z powstaniem warszawskim kojarzeni są dlatego, że w nim ginęli, nie dlatego, że rodzili się w jego trakcie.

Problem z pokoleniem przełomu pojawia się więc na samym starcie. Ktoś lub coś – historia literatury, lubiący zgrabne szufladki krytycy i recenzenci, starsi koledzy po piórze – powiedział temu pokoleniu, że musi zdobyć się na podmiotowość i raźnym krokiem wejść w główny nurt. Tymczasem to pokolenie nie ma zupełnie nic wobec czego mogłoby się zorientować albo zogniskować. Nie ukrywają tego zresztą redaktorzy „2miesięcznika”, pisząc, że ich twór jest „młodoliteracki, ponadśrodowiskowy, OTWARTY na twórców reprezentujących wielorakie opcje światopoglądowe”. Jedynym spoiwem pozostaje zbieg okoliczności, który nakazał zainteresowanym urodzić się mniej więcej w tym samym momencie.

Nie uderzy piorun, ale trafi szlag

„2miesięcznik” może się co prawda okazać tylko i wyłącznie efemerydą bez żadnego większego znaczenia, ale zarówno to, co czytamy w „Deklaracji ideowej pisma” (przezabawne zresztą – deklaracja ideowa, która lansuje bezideowość), jak i zawartość pisma dość dobrze obrazują cały dyskurs, jaki wytworzył się wobec nieuformowanego jeszcze pokolenia i pisanej przez nie literatury. Prześledźmy zatem kilka debiutanckich powieści.

O istniejący stan rzeczy trudno bezpośrednio obwiniać autorów. To nie oni wszak są autorami blurbów, które w dobie krytyki literackiej, realizującej się głównie za sprawą zdawkowych notek w tygodnikach opinii, częstokroć stają się istotniejsze od samego tekstu. Koronnym przykładem tego fenomenu jest powieść Nie uderzy żaden piorun Dominiki Ożarowskiej – pierwsza bodajże, która zapowiadana była jako „powieść pokoleniowa” roczników przełomu właśnie za sprawą noty od wydawcy, w tym przypadku krakowskiej korporacji ha!art.

Wydany w 2010 r. debiut urodzonej dziewiętnaście lat wcześniej autorki stał się nawet przyczynkiem do całkiem obfitej i zaskakująco poważnej wymiany zdań, którą rozpoczął na łamach „Tygodnika Powszechnego” Jan Sowa, słowo wydawcy przedkładając nad słowa samej autorki, która expressis verbis odżegnywała się od prób stworzenia powieści o pokoleniu, deklarując, że Nie uderzy żaden piorun traktuje tylko i wyłącznie o „określonej grupie uczniów krakowskiego liceum artystycznego”.

Warto na wstępie zaznaczyć, że jakkolwiekby tej powieści nie klasyfikować, to i tak jest zupełnie bezwartościowa. Wieszczba zawarta w tytule okazuje się złowrogo prawdziwa, czytelnik przebrnąwszy z trudem te 409 (!) stron poświęconych opisom kartkówek, wycieczek szkolnych, nastoletnich miłości i gówniarskich imprez, konstatuje, że uczynił to tylko po to, aby dać satysfakcję narratorowi, który na stronie 394 ogłasza: „Nie przyjebał jednak żaden piorun. Nie zstąpili aniołowie”.

Cała powieść jest bardzo skrupulatnym opisem codziennego życia zblazowanej licealistki Kuki, jej relacji z własnym ciałem, rodziną i grupą rówieśników. Chęć klasyfikacji tego przesadnie rozwleczonego i z niewiadomych powodów wydanego dziełka jako powieści o czymś więcej musi spalić na panewce z tego prostego względu, że brak w niej odniesień do jakichkolwiek czynników zewnętrznych, w jakiejś mierze determinujących – czy Kuka tego chce, czy nie – także życie bohaterki powieści. Bohaterki, dodajmy, z gruntu antypatycznej, aspirującej do miana inteligentki, co osiąga się za sprawą oglądania alternatywnych filmów i czytania prozy Jelinek, a jednocześnie ignorującej (jako czynnik zewnętrzny) cały inteligencki etos (napisane wprost: „Kuka miała tę niezwykłą właściwość, że denerwowała się tylko ciałem”), co mimowolnie ujawnia się podczas wizyty protagonistki w Sanoku. Opis tej wycieczki sprowadza się głównie do śledzenia żołądkowych perypetii Kuki oraz do pozwalania jej na coraz wymyślniejsze lżenie sanockich autochtonów, co zresztą wpisywało się w raczkujący jeszcze wówczas dyskurs młodych i wykształconych z wielkich ośrodków na temat mieszkańców Podkarpacia.

Tego typu oswojonych już teraz klisz pojawia się więcej. Choćby niechęć głównej bohaterki do rodziców i ich filisterskiej mentalności czy zupełnie powierzchowny, nieprzemyślany antyklerykalizm („Tamtej niedzieli mszę odprawiał jakiś nowy. Facet, który został księdzem, bo chciał mieć władzę i posłuch. Swojej stłumionej seksualności dawał upust, wygłaszając, co miał do wygłoszenia, głębokim, męskim głosem”). Cała powieść zresztą opiera się tylko i wyłącznie na kliszach, pomijając pseudointeligencki, kawiarniano-knajpiany entourage, znajdujemy w tej książce mniej więcej to, co już od dawna drukuje się w młodzieżowej prasie.

Warto w tym momencie stwierdzić jednoznacznie: młodzieżowa literatura to nie to samo, co literatura pokoleniowa. Nie zmieni tego nawet fakt, że wydawcą takiej czy innej książki nie jest któraś z oficyn zajmujących się literaturą popularną, ale równocześnie artystowski i zaangażowany społecznie Ha!art.

Młodzież zaś, jak to młodzież, pojęcie ma ograniczone, a narcyzm bez granic. Tylko i wyłącznie w wieku bohaterki, nie w pokoleniowej tendencji do lansowanego w Nie uderzy żaden piorun hasła „nanibyzmu, nijakości i pustki”, upatrywać należy wszelkich słabości tej napisanej, o ironio, niezłym, wartkim językiem powieści. To zwykła młodzieńcza głupota każe Kuce myśleć, że celebrujący mszę ksiądz jakąkolwiek wagę przykłada do strojonych przez nią min.

Nie spać. Zwiedzać

Jest jednak coś, co niepokoi znacznie głębiej aniżeli wszelkie niedostatki fasadowej fabuły. To poziom świadomości, jaki prezentują bohaterowie tej książki – a także Kierunkowego 22 Daniela Kota, o którym parę słów za chwilę – o realiach, w jakich przyszło im żyć.

Mam tu na myśli przede wszystkim jedną scenę z Nie uderzy żaden piorun. Któregoś razu, po którejś z takich samych imprez, Kuka wraca do domu wieczornym autobusem. Akcja – co istotne w tym kontekście – ma miejsce w Krakowie: „Wracała jednym z tych głośnych, zdezelowanych autobusów, które zwykle służą do przewożenia kiboli. Kursują do najodleglejszych, najmroczniejszych, najniebezpieczniejszych dzielnic miasta. W swoim nieprzyjaznym wnętrzu goszczą wszelkiego rodzaju meneli, zboczeńców, krzywe staruszki z naroślami brodawek na powiekach oraz miejscowe miss, białe damy w białych kozaczkach. Teraz autobus był pusty […]. Jeden z nich [jadących autobusem kiboli] […] bawił się, mocząc czubek swojego buta w wodzie. Jego kolega za to umilał sobie czas, głośno, choć oszczędnie wspominając uroki niedawnej ustawki”.

Każdy, kto choć kilka lat pomieszkał w Krakowie i korzystał z komunikacji miejskiej, wie, że to przyjemność co najwyżej średnia. Każdy wie, że w autobusach, zwłaszcza nocnych, można spotkać wiele najróżniejszych indywiduów. Jednakże każdy wie zarazem, że wielkie migracje kiboli w kierunku „najniebezpieczniejszych dzielnic miasta” mają miejsce tylko wtedy, kiedy akurat Wisła albo Cracovia grają u siebie z atrakcyjnym rywalem pokroju Lecha czy Legii. W innym przypadku frekwencja nie przekracza dziesięciu tysięcy – przynajmniej po Właściwej Stronie Błoń. Każdy wie też, że najłatwiej dostać w mordę na Starym Mieście, nie na wyludnionym o takiej porze Kurdwańcu. Nikt z kolei chyba nie spotkał się z perorującym o ustawkach kibolem w komunikacji miejskiej, każdy bowiem – zwłaszcza kibol – zdaje sobie sprawę, że to po pierwsze nierozsądne, a po drugie o pewnych sprawach po prostu się nie mówi, tylko się je przeżywa.

Takie dziwne wyalienowanie od najbliższych realiów również zwaliłbym na karb młodzieńczej nieświadomości i egzaltacji, typowej zapewne dla dziewczyny z dobrego liceum i dobrego domu, gdyby nie to, że podobne symptomy odnajduję również na kartach książek rówieśników Ożarowskiej. Zajmijmy się zatem wspomnianym wcześniej Kotem.

Tytuł jego wydanej również nakładem ha!artu powieści odsyła bezpośrednio do Warszawy, myliłby się jednak ten, kto chciałby nadać temu jakiekolwiek znaczenie. Sceneria, w jakiej dzieją się opisywane przez Kota historie, nie ma na nie żadnego wpływu. Wszystko w zasadzie na temat tej powieści napisał już Konrad Janczura: „Tomik bardzo słaby już na pierwszy rzut oka, nawet dla niezbyt wytrawnego czytelnika pusty i nudny. Niestety – w nieudolnie napisanej książce zajął się Kot, obecną, rzekomo, sytuacją młodych mieszkańców Warszawy, co obywatelom stołecznego miasta i w ogóle młodym obywatelom dużych polskich miast trudno będzie zaakceptować. Daniel Kot […] jest bardzo młody (rocznik 1991). Na tyle, by nie rozumieć rozmaitych warunków wpływających na dorosły (!) tryb życia, co młodym wybacza się (albo i nie). Młodym specyficznie, ponieważ nie chodzi tu o młodzieńczość, powiedzmy, intelektualną, ale myślowy infantylizm, który realizuje się i w jakości prezentowanej fikcji, i w sposobie tworzenia jej”.

Zerwane filmy, bania za banią, koks wciągany z desek w klubowych kiblach, jednoczesny brak hajsu i hajs na koks – taką wizję życia młodego człowieka, studenta z wielkiego miasta, prezentuje w Kierunkowym 22 Daniel Kot. Ten w istocie cebulowy rock’n’roll skonfrontowany jest z wnętrzem wrażliwego i niejednoznacznego – a jakże – bohatera, któremu Weltschmerz paraliżuje wolę, skazując go na snucie się od przypadku do przypadku wedle niezależnych od niego impulsów. W tekst wkomponowanych jest kilka hip-hopowych kawałków i kilka … wierszy Joanny Lech. I to chyba tyle, co gwoli obowiązku wypadałoby dodać.

Nie będę powtarzał za recenzentami – tym bardziej że lektura to tak miałka, że właściwie już dzień po jej przeczytaniu niewiele pamiętałem. Poza jednym wątkiem. Protagonista Kota bowiem w pewnym momencie otrzymuje propozycję pracy. Praca – wiadomo – nie tylko uszlachetnia, ale też nadaje życiu strukturę i ustawia priorytety. Pracę miałby bohater powieści podjąć w call center, które to call center – już na etapie rozmowy telefonicznej – oferuje bohaterowi wynagrodzenie rzędu … dziewięciu tysięcy złotych.

Tym, co najpełniej określa debiuty Ożarowskiej i Kota, jest nuda, ale nie ta intencjonalnie zawarta wewnątrz powieści dla jakiegoś literackiego lub pozaliterackiego celu, lecz ta wynikająca z nieumiejętnego konstruowania wypowiedzi, językowych niedomagań i zwyczajnego braku pomysłu na treść. Podobnie jak poeta, który nie ma pomysłu na podmiot, ale chciałby go mieć, Ożarowska i Kot nie mają pomysłu na literaturę, ale chcieliby ją tworzyć. Tymczasem do skutecznego pisarstwa potrzebna jest ta minimalna doza fantazji pozwalająca na akt kreacji zamiast katalogowania. Trudno jednak oczekiwać jej od autorów, których przerasta rzetelne rozeznanie świata.

Rukola, marchew i mięso

Kolejna reklamowana jako pokoleniowa powieść, która tak naprawdę jest fabularyzowanym pamiętnikiem, to Mięso Dominiki Dymińskiej. Wydaną przez Krytykę Polityczną pozycjęuważamza najgorszą książkę, jaką kiedykolwiek czytałem, gorszą nawet od potworka Stosunek seksualny nie istnieje (książka o dwóch studentach, którym nie udaje się poruchać), autorstwa powieściowego i realnego kochanka autorki i bohaterki Mięsa – Jasia Kapeli.

Na kartach książki śledzimy historię Dominiki, dojrzewającej dziewczynki z dysfunkcyjnej rodziny, bulimiczki, która pociechy dla swej skołatanej duszy poszukuje w ramionach niezliczonych mężczyzn, zresztą darzonych przez nią zazwyczaj obrzydzeniem. Całość przetykana jest poetyckimi próbami Dymińskiej (jej oczywiste porte parole jest poetką – Dymińska zaś sama parę lat temu postrzegana była jako bardzo obiecująca autorka wierszy), zapisem czatów i esemesów, a także – o czym warto wspomnieć, bo konsekwencja, z jaką Dymińska to robi, imponuje – ciągłymi informacjami, czy bohaterka akurat nie płacze. Wszystko to napisane absurdalnie grafomańskim językiem, co dziwi zwłaszcza w kontekście słów samej Dymińskiej z wywiadu dla natemat.pl: „Wiem, że nie jest to jakaś super książka, jest treściowo raczej taka sobie. Ale jest dobrze napisana i tutaj nie pozwolę sobie powiedzieć nic złego. Od strony językowo-formalnej jest bardzo udana. Niewiele lepszych rzeczy czytałam, jeśli w ogóle jakieś czytałam”.

Ta językowa maestria wyraża się między innymi w bezpretensjonalnym zawiązywaniu akcji („Moja babcia zaczyna chorować. Moja babcia to mama mojej mamy. Diagnoza: rak płuca”), błyskotliwych konkatenacjach („Mam tysiąc adoratorów i jeden poważniejszy romans. Romans trwa od trzech miesięcy i jest tajemnicą. Jest tajemnicą, bo nie powinien istnieć. Nie powinnam mieć romansu z trzydziestoletnim, bogatym, przystojnym, żonatym mężczyzną. Ale mam”) czy twórczym ogrywaniu frazeologizmów („Codziennie czuję, jak między żebrami rośnie mi serce. Odrasta. W miejscu, w którym kiedyś pękło, przyschły już brzegi rany”). Charakteryzuje ją również podział rozciągniętej w ten sposób na niemal dwieście stron powieści na 76 „rozdziałów”, z których niektóre to tylko pojedyncze zdania, np. „Całe lato przepłakałam”.

Rzecz jednak nie w tym, aby wyzłośliwiać się nad Dymińską. Lekturze jej książki towarzyszy szczególny rodzaj zażenowania. Z jednej strony zagląda się do zapisków, które powinny być raczej materiałem do analizy dla psychologów i psychiatrów, nie dla krytyków czy literaturoznawców, z drugiej zaś ogrom nieudolności i beznadziei niemal fascynuje, a seksualne przygody i niektóre wątki hipsterskich posiadówek na Zbawixie nawet bawią, jak choćby wtedy, kiedy powieściowy odpowiednik słynącego z mikrej postury Jasia Kapeli raczy się w lokalu marchwiowym sokiem i kanapką z rukolą).

Nadmieniam o tej pozycji z jednego tylko powodu. Nie dziwi, nie szokuje ani nie oburza fakt, że ktoś napisał słabą książkę. Ba, nie dziwi nawet, że ta książka została wydana – wiele wydawnictw świetnie prosperuje dzięki wydawaniu słabych książek. Dziwi natomiast, a niektórych może nawet szokować i oburzać, że takie tytuły ukazują się dzięki „Krytyce Politycznej”: instytucji z jednej strony opiniotwórczej i wprowadzającej na polski rynek wydawniczy wszelakich Ranciere’ów, a z drugiej nachalnie lansującej fatalną literaturę – w tym również wszelkie płody wspominanego Kapeli.

Warto zaznaczyć, że za wydanie trzech poruszonych dotąd książek odpowiadają oficyny jednoznacznie związane z lewicą, od których oczekiwać można włączenia się w literacki dyskurs na takim samym poziomie, na jakim robią to na gruncie nauk społecznych i politycznych. Tymczasem takie decyzje wydawnicze spychają literaturę na coraz dalszy margines, czyniąc ją jeszcze bardziej wyautowaną z żywej i płodnej debaty publicznej.

Tymczasem na prawicy

To samo jednak można by zarzucić środowiskom prawicowym. Przykładami niech będą dwie „konserwieści”, obie o podobnie pokoleniowych ambicjach – Boiduda Jakuba Lubelskiego i Paląc trawę na rykowisku Agnieszki Urbanowskiej.

Nie stawiam oczywiście znaku równości pomiędzy tymi książkami a omawianymi wcześniej. Debiuty Lubelskiego i Urbanowskiej operują na nieporównywalnie wyższym poziomie świadomości językowej, zanurzenia w kontekstach czy wreszcie – rozumu i godności człowieka. Zwracam tylko uwagę, że obie te pozycje budzą pewne apetyty, ale ich nie zaspokajają. Zacznijmy od Boidudy.

Powieść Lubelskiego zawiera w sobie zaskakująco niewiele w porównaniu z tym, co zawiera powstała wokół niego konstelacja tekstów krytycznych. Główny bohater, Jacek Daniel, nie okazuje się kontrrewolucyjnym bojownikiem rodem z meksykańskiego powstania Cristero, próżno go szukać w Okopach Świętej Trójcy. Boiduda to przede wszystkim na wskroś autobiograficzna historyjka o chłopcu dorastającym bez ojca, którego figurę na kilka sposobów usiłuje sobie zastąpić. Przy okazji zagrożonej ciąży matki funkcję tę obejmują przyjaciele z Katedry Teorii Literatury, zwani przez narratora „zjednoczonymi siłami rodzicielskimi”. Później rolę ojca odgrywa wprowadzony w ciekawym intertekstualnym zabiegu (linka sięga aż do Spisu cudzołożnic) Jerzy Pilch, który we własnej osobie pojawia się w mieszkaniu chłopca, aby domagać się odeń alkoholu. Finalnie, w ostatnich rozdziałach, poświęconych już stricte nauce i praktyce katolickiej, do pewnego momentu jako ojciec-prawodawca pojawia się Matka Kościół, aby narrator w końcu, niedługo przed pogrzebem biologicznej matki, zdał sobie sprawę, jak bardzo sam jest podobny do ojca i tym sposobem osiągnął dojrzałość. Nie zabijając go, ale czyniąc swoim, jak w klasyce BildungsromanCzarnoksiężniku z archipelagu Ursuli K. Le Guin.

Bunt Jacka zbudowany jest w kontrze do liberalnych wartości wyznawanych przez pokolenie jego rodziców. Trzykrotnie żonaty ojciec, widujący się z Jackiem z rzadka na kurtuazyjnych spotkaniach, komunikuje się z nim zazwyczaj za pomocą wysyłanych z przeróżnych miejsc na mapie Europy pocztówek, swoją niestałość tłumacząc poszukiwaniem prawdziwej miłości. Matka, opiekuńcza i czuła, jest agnostyczką, jednak kierowana jakimś niewytłumaczalnym impulsem co niedzielę zabiera małego Jacka do kościoła. Czyni tak do pierwszej komunii, kiedy to narrator postanawia tymczasowo zakończyć przygodę z Kościołem, aby – osiągnąwszy już dojrzałość – w pełni świadomie do niego powrócić. Moment, w którym Jacek analizuje szczególną wartość przysięgi małżeńskiej w pozbawionym niepodważalnych wartości świecie, a następnie podczas przygotowań do wesela popada w poważny konflikt z matką, staje się symbolicznym aktem ustanowienia autonomii.

Wszystko to jednak jest niezmiernie błahe. Rebelia przeciw kochającej, opiekuńczej matce nie wydaje się odważnym aktem samostanowienia, podobnie zmagania Jacka-licealisty, redaktora gazetki szkolnej, z cenzurą nałożoną przez dyrekcję szkoły nie są raczej szczególnie heroiczne. Dylematy, jaki instrument wybrać w szkole muzycznej – wiolonczelę czy gitarę – urastają do rangi czegoś naprawdę ważnego nie tylko w warstwie symbolicznej, ale i dosłownej. Co niepokoi, ale i wskazuje, gdzie należy szukać klucza do tej powieści.

Klucz natomiast nie znajduje się w najciekawszym artystycznie rozdziale poświęconym relacjom z ojcem, próżno go też szukać w wykładzie lectio divina i w zupełnie zdawkowym i nieprzekonywającym (może dlatego, że wyjątkowo nieautobiograficznym?) passusieo pogrzebie matki. W poszukiwaniu klucza udajemy się wraz z Jackiem i jego kolegami do jednej z knajpek na Brackiej, gdzie kolega Szymek, narzekając, że nie ma współczesnej literatury polskiej dotykającej naszego życia, wypowiada takie słowa: „No nie ma takiej, bo gdzie, kurwa, jest, żebym ja zobaczył, że jest… jak wszędzie tylko czytam jakieś, kurwa, że go ojciec pobił. Ile razy można czytać, jak Kuczok pisze, że go ojciec pobił. Ile razy mogę czytać, że korporacje są bezduszne i do dupy i że wyrzynają człowieka! Ile razy mogę czytać, jak Pilch pisze, że o Jezu, jestem luteraninem, i że bym se jakąś dupę wydupcył, jak se wypiję. No to gdzie tu jest opis polskiej współczesności?! […] Mi chodzi o to, żeby było wreszcie o tym, jak tu jest […]. Wszyscy mi albo opisują rodzinne traumy, ćpanio-biznesy, albo ulice”.

Niestety, Lubelski nie umie sprostać wymaganiom, które sam przed sobą stawia.

W jego Boidudzie czytamy głównie „o Jezu, jestem katolikiem, ale mnie ojciec zostawił i że bym się ożenił, to nie będzie do dupy”. Pojawiają się co prawda jakieś diagnozy, ale brakuje recepty.

Ten fragment uwypukla równocześnie kolejną słabość omawianych książek w stosunku nawet do tych wydawanych przed dekadą albo dwiema, ponieważ jak Kuczok pisze, że go ojciec pobił, to ten ojciec faktycznie nieźle go wyłomotał. Jak Pilch by się napił, to faktycznie pije, a nie 0,7 na dziesięciu, jak w Nie uderzy żaden piorun. Jak Varga zanudza w Tequili przydługim monologiem, to monolog ten wygłasza jednak rockers niosący trumnę kolegi, a nie zblazowany studenciak bez właściwości.

Odbieram wypowiedź Szymka jako pewną oznakę tęsknoty za intersubiektywnością, a nawet szerzej – za wspólnotowym myśleniem. Tę tęsknotę starają się przynajmniej po części zaspokoić Urbanowska i Wojciech Engelking.

Powrót pozytywizmu?

Bohaterka Paląc trawę na rykowisku, Gaja, jest studentką z dobrego krakowskiego domu (na marginesie, zauważmy, że akcja wszystkich omawianych powieści dzieje się albo w Warszawie, albo Krakowie), która wikła się w skomplikowany romans z biseksualnym wykładowcą historii sztuki, a po godzinach lewackim internetowym trollem, Gustawem. Pod wpływem katastrofy smoleńskiej, w której ginie jej dawna licealna miłość (patetyczny, nieskalany harcerzyk), postanawia zakończyć tę relację i powoli zmierzać ścieżką ku pełnemu nawróceniu.

Nie brzmi to najlepiej, prawda? Faktycznie, nie jest to najlepszy koncept w historii literatury, warto jednak podkreślić wyjątkowe na tle rówieśników (co znamionuje przepaść, nad jaką stoi polska proza) starania o zawiązanie jakiejś akcji i zadzierzgnięcie fasadowej, ale jednak – fabuły. Mamy bowiem do czynienia z literaturą tendencyjną – odniesienie do Przedwiośnia nie jest przypadkowe. Jedyną postacią, która ma w sobie pozory krwi i kości, jest narratorka-bohaterka, pozostałe spełniają tylko funkcje, które banalnie łatwo można rozpisać za pomocą schematu aktantów z gramatyki narracyjnej Greimasa. Pozostali bohaterowie obrazują tylko pewne typy, które dobrze znamy, Urbanowska zaś nie ma ambicji, aby nadać im rysów psychologicznego prawdopodobieństwa. Bowiem nawet nie o Gaję tu chodzi, ale o możliwe sposoby odniesienia do wspólnotowej – narodowej może nawet – narracji.

Urbanowska, niejako w opozycji do skrajnie ksobnych literackich propozycji innych autorów „pokolenia przełomu”, nie zamyka się na zewnętrzne konteksty i uwarunkowania, nadając im niepoślednią, a nawet decydującą dla rozwoju Gai, rolę.

Śmierć Jana Pawła II, katastrofa smoleńska, a nawet marsze niepodległości – to wszystko nie tylko determinuje rozwój i światopogląd Gai, ale też znacząco wpływa na jej kontakty z rówieśnikami.

Pozostaje jedynie żałować, że autorka nie pozwoliła sobie na nieco więcej subtelności i finezji. Brakuje zaskoczeń i tych wszystkich drobnych miejsc nieciągłości, które nadają urok literaturze, jak choćby w przypadku również niepozbawionej właściwych literaturze tendencyjnej wad powieści (niepotrzebne skreślić) Wojciecha Engelkinga.

Wiesz, kim ja w ogóle jestem?

Literacki debiut Wojciecha Engelkinga zdecydowanie wyróżnia się na tle pozostałych powieści autorstwa – jak chce sam Engelking – „pokolenia pierdół”. Jako taka zasługuje na osobne omówienie – w tym miejscu zwrócimy uwagę tylko na kilka wybranych wątków.

Engelkingowi nie można odmówić ani zmysłu obserwacji rzeczywistości, ani wrażliwości na różne języki, ani – co szczególnie wyraźne na tle poważnych jak akademia rówieśników – poczucia humoru. Miłą niespodzianką jest również, że na kartach powieści nie sposób odnaleźć mniej lub bardziej zakamuflowanego autorskiego porte-parole.

„Pierwsza polska powieść pokolenia umów śmieciowych”, jak głosi okładkowa informacja, faktycznie stawia pewną pokoleniową diagnozę, sprowadzającą się wszakże do tego, że „pokolenie pierdół” jest doszczętnie zepsute, wyzbyte wszelkiej moralności, a siebie i innych oceniające tylko poprzez pryzmat posiadanego majątku.

Nie jest to oczywiście diagnoza uczciwa, zwłaszcza dla rzeczonego pokolenia, pełnego wszakże wolnorynkowych kuców, delikatnych wegetarian i aspirujących literatów, ale udowadnia, że za pomocą odpowiednio małej próby można wykazać każdą tezę.

Bohaterami (niepotrzebne skreślić) uczynił Engelking dwoje młodych warszawiaków: Wiktora, młodego prawnika z dobrego domu, oraz wychowaną przez samotną, ubogą matkę Weronikę. Wiktor, mimo skończonych studiów pozostający pod przemożnym wpływem rodziców, z ich polecenia rozpoczyna pracę w firmie windykacyjnej pana Edka – wariacji Engelkinga na temat ostatecznego suwerena z Tanga Mrożka. Weronika zaś, aby zaznać choć przez chwilę lepszego życia (lepsze życie opiera się na posiadaniu i konsumpcji), zaciąga w parabanku kredyt gotówkowy w kwocie 50 tys. złotych. Los splata ich w oczywisty sposób: dług ten ma windykować nie kto inny jak Wiktor.

Tak zarysowana fabuła staje się pretekstem do wielu publicystycznych docinków i kpin. Równo dostaje się tutaj Januszom biznesu, nowoczesnym księżom (jak chcieliby tradsi – wesołym konferansjerom), warszawskim słoikom czy prowincjonalnym lebiodom. Postawienie w ten sposób sprawy wymusza oczywiście daleko idące symplifikacje – podobnie jednak jak w przypadku Urbanowskiej, nie jest celem Engelkinga szkicowanie przekonywających portretów psychologicznych. Znamienna jest scena w szpitalu, kiedy to Wiktor wypisuje zeń swoją nieubezpieczoną narzeczoną: „W końcu nakreślił kilka niewyraźnych znaków; złożył zamaszysty, wyćwiczony podpis i jego uwagę znów zwróciło polecenie „(niepotrzebne skreślić)”. Tym razem nie odnosiło się ono do konkretnego punktu; wyglądało na to, że dotyczy całości wypisu. Na początek zamazał nazwisko Beaty. Ordynatorka spojrzała na niego ze zdziwieniem; zawahawszy się, po chwili postawił kreskę też w poprzek własnego”.

Można debiut Engelkinga czytać na przeróżne sposoby: niektórzy mogliby przeprowadzić za jego sprawą druzgocącą krytykę kapitalizmu (sex, drugs & walka klas), który dehumanizuje i nadaje człowiekowi tylko taką wartość, jaką jest w stanie wytworzyć. Inni zaś mogliby (niepotrzebne skreślić) widzieć jako studium rozwoju – proszę wybaczyć – lemingozy. Polifoniczność i niejednoznaczność tej powieści bez wątpienia są jednymi z jej głównych zalet.

Równie dobrze można ją odczytać jako wyraz tęsknoty za … podmiotowością. (niepotrzebne skreślić) reprodukuje – nie zagłębiając się w to, na ile prawdziwy – mit o dziedzicznej biedzie.

Los Weroniki zdeterminowany jest przez ubóstwo jej matki, a Wiktora – przez filisterski system wartości jego rodziców, gdzie imperatywami są praca, którą David Rolfe Graeber nazwałby niechybnie „gówno wartą”, kredyt i mieszkanie w Warszawie. Pokolenie dzieci również dziedziczy przyjęty przez rodziców, a wypracowany w biedakapitalizmie lat dziewięćdziesiątych, kodeks zachowań i obyczajów, chociaż ewidentnie się w nim dusi, nie chce bądź nie potrafi widzieć swojego nieszczęścia, a zastanej sytuacji jakkolwiek modyfikować.

Wiktor nie mylił się, wykreślając swoje nazwisko jako niepotrzebne. W zarysowanej przez Engelkinga rzeczywistości nie ma miejsca na osobiste zalety, talenty czy aspiracje. Bohaterom – czy też znowu: papierowym aktantom – nie pozostaje nic innego, jak odgrywać w tej obezwładniająco mrocznej scenerii narzucone przez pisarza sztywne role. Tutaj również nie uderzy żaden piorun, co jest dojmujące, tym bardziej że powieściowe wydarzenia przedstawione są z perspektywy kilkudziesięciu lat do przodu, kiedy narrator wie już, jak potoczą się losy świata, czy raczej społeczeństwa.

Tym bardziej desperacko (aczkolwiek – w im bardziej żenująco błahych sytuacjach są postawione, tym stają się zabawniejsze) wyglądają więc powtarzane refrenicznie pytania, zadane przez wszystkich chyba bohaterów, którzy choćby przez moment poczują się ustawieni w pozycji wyższości wobec rozmówcy: pan wie, kim ja w ogóle jestem? Czy pani wie, z kim rozmawia?

Choć wiadomo, że z nikim – nikt w tej powieści nie ma siły nawet na to, żeby zdobyć się na impertynencką, obraźliwą odpowiedź, o którą przecież aż się prosi. Engelking swoje pokolenie widzi jako amorficzną, determinowaną tylko czynnikami zewnętrznymi masę, której przedstawiciele wartościują się jedynie poprzez pogardę dla tych gorzej sytuowanych.

Daleki jestem jednak od tego, by (niepotrzebne skreślić) uznać za pełnokrwistą pokoleniową powieść. Przede wszystkim jest to, bądź co bądź, quasi-publicystyczna groteska: na poły satyryczna, na poły tendencyjna.

Dodatkowo – o czym warto nieustannie pamiętać – stosunki międzyludzkie i panorama społeczeństwa Warszawy zostały tu wzięte jako par pro toto tychże w całej Polsce. Nie trzeba natomiast nikomu tłumaczyć, w jakim stopniu Warszawa – procentowo w istocie nie najistotniejsza w skali kraju – różni się od pozostałych miejsc na mapie, gdzie poddana przez Engelkinga miażdżącej krytyce klasa średnia właściwie nie miała jeszcze okazji zaistnieć. Z jednej strony – być może – autor, jak pokoleniowi koleżanki i koledzy, reprodukuje klisze (Warszawa – hipsteriada, Mordor; Kraków – bohema, alternatywa), ale z drugiej – nie znam najlepiej Warszawy. Może tam naprawdę tak jest?

Nie ma również powodu, aby pozycję Engelkinga traktować jako przełomową i innowacyjną. Czytelnik bez problemu wyłapie pewne znajome melodie, wśród których prym wiedzie chyba ta, w której lubuje się Ignacy Karpowicz.

Jak się kończy paralela

Mamy więc poetę, który przerzuca wydruki nowych wierszy i całe pokolenie, które żongluje pokaźną liczbą książek, nachalnie pytając: czy to już? Czy jest podmiot? Czy mówię już własnym głosem? Czego jeszcze brakuje?

I poetę, i pokolenie widzę jako powalonego na murawę w meczu Wisła-Polonia Macieja Sadloka, nad którym pochyla się złowieszcze nemezis w postaci Patryka Małeckiego, wołającego: kim ty, kurwa, w ogóle jesteś, śmieciu? Kim ty, kurwa, jesteś, pedale?

Sztuka (sic!) polega na tym, aby potrafić na tak postawione pytanie nie odpowiadać.

Do prawdziwego, niekwestionowanego wybicia się na podmiotowość, własny język, indywidualny głos – jakkolwiek by to nazwać – niezbędna jest koincydencja kilku czynników. Zaliczyłbym do nich: świadomość osadzenia w pozaliterackim kontekście; społeczne i czytelnicze zapotrzebowanie na tego rodzaju literaturę; rozsądny wydawniczy marketing; wreszcie czynnik być może najważniejszy – osobisty, naturalny talent, którego nie można wypracować.

Wiele jest jeszcze na mapie polskiej literatury, tej najnowszej zwłaszcza, miejsc nieodkrytych i nieprzepracowanych. Co bowiem o tej siermiężnej, niedocenionej, zepchniętej na margines Polsce powiatowej mogą powiedzieć bohaterowie, którzy dorastają w otoczeniu środowisk akademickich albo warszawskiej klasy średniej? Co na temat krwi wypływającej z żył rannego ultrasa i wspaniałości biało-czerwonych barw Cracovii powiedzieć może dziewczyna, którą organicznym wstrętem napawa przejazd komunikacją miejską? Jak lęki, troski i nadzieje ogromnej zbiorowości wyrazić mogą ci, którzy nie są w stanie poradzić sobie nawet z własnym przewodem pokarmowym? Który większą atencją darzą własne rzygi niż jakiekolwiek – co podkreślę raz jeszcze – jakiekolwiek wartości?

Przede wszystkim jednak rewolucję w literaturze osiąga się za pomocą środków literackich. Nie można nachalnie pytać i szukać dla siebie usprawiedliwienia. Literatura, która czuje się zbędna, wyda na świat więcej kalekich monstrów, które nazwać będzie można cudownymi dziećmi – bowiem co kogo obchodzi, co się dzieje na peryferiach? Ci, którzy chcieliby wszelkie niedostatki ignorować, celem wykreowania krótkotrwałego i bezowocnego szumu wokół niezasługującej na to pozycji, wyrządzają ogromne szkody nawet nie tyle samej literaturze, co jej społecznemu odbiorowi. Jeśli czytelnik, skuszony zachęcającym blurbem, debatą w „Powszechnym” czy laudacją Szczuki sięgnie po zachwalane Mięso, efektem będzie więcej nowych Mięs, a w konsekwencji – więcej facebookowych fanpage’y typu Beka z literatury polskiej po 1989 roku. A to prosta droga do tego, by tak wytęskniony podmiotowy głos wybrzmiewał w jeszcze ciaśniejszym i jeszcze biedniejszym getcie.

Pokolenie, które chciałoby określać się biografiami swoich rodziców, powinno natomiast zmienić pracę, wziąć kredyt i wyprowadzić się na swoje, a na swoim już czekać – albo kształtować – kolejny przełom. Dopiero potem pisać pokoleniowe powieści.

Artykuł pochodzi z najnowszej 40-41 teki Pressji pt. „Chcemy więcej”. Zachęcamy do wyboru jednej z trzech opcji prenumeraty pisma.