Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Paweł Musiałek  31 lipca 2014

Musiałek: Młodzi, ale kompetentni

Paweł Musiałek  31 lipca 2014
przeczytanie zajmie 4 min
Musiałek: Młodzi, ale kompetentni m00by, CC

O dłuższego czasu w Polsce można usłyszeć utyskiwanie na obecność w polityce tych samych, mocno wysłużonych twarzy i deficytu ludzi młodych. Ze starzeniem się elity politycznej trudno się nie zgodzić, ale wnioski należy wyciągać bardzo ostrożnie. Bo czy na pewno wymiana pokoleniowa „zrobi różnicę”?

Nie tacy młodzi piękni

Ja mam wątpliwości. Szczególnie jeśli patrzę na obecnych reprezentantów młodego pokolenia w polityce. Choć sprawni retorycznie, to czy nową, jakość tworzą rzecznicy (aktualni bądź byli) swoich partii Adam Hofman czy Patryk Jaki? Czy ktoś cokolwiek słyszał o jakiejkolwiek aktywności, nie mówiąc o dokonaniach, polskich posłów przed 30-tką – Jana Ziobry, Krzysz­tofa Brej­zy, Michała Ka­ba­ciń­skiego, Ce­za­rego Tom­czyka, Adama Rybakowicza, Marka Poznańskiego, Tomasza Pacholskiego? Jeśli nie, to nie ma się czego wstydzić. Nawet wytrawni badacze politycznego planktonu mieliby z tym problem, bo można odnieść wrażenie, że po wyborach zniknęli w korytarzach sejmowych, a niektórzy zapadli się pod ziemię. Oczywiście można wysunąć sugestię, że rozwinęliby skrzydła, gdyby w macierzystych partiach mieli większe „przełożenie”, a nie musieli nosić teczek za starszymi kolegami. Może to i prawda, ale przecież nie od razu Kraków zbudowano. Jeśli chcą mieć silniejszą pozycję to muszą pokazać, że na nią zasługują. Co dotychczas pokazali?

Nie mam złudzeń, że nagła zmiana pokoleniowa zrobi jakościową rewolucję. Na poparcie tej tezy mam kilka argumentów. Część z nich szeroko opisywałem w tekście o sytuacji młodych na rynku pracy. Tutaj ograniczę się tylko do kilku najważniejszych. Zacznijmy od edukacji. Wciąż dobrze się ma mit młodego Polaka, który kończąc studia ma liczne przewagi na starszymi kolegami, o rodzicach nie wspominając. Jest wykształcony, zna języki, zna świat, co dystansuje go od polskich waśni i małości, a przybliża do Europy – jej standardów i jej ducha. Ten mit jest mocno wadliwy. Nie tylko upiększa, ale i pomija inne ważne kwestie. Przede wszystkim mamy do czynienia z upadkiem szkolnictwa wyższego. Dotyczy on nie tylko dramatycznego obniżenia poziomu, ale także rezygnacji uniwersytetów z pracy elitotwórczej, a także w innych aspektach.

Młodzi absolwenci nie tylko opuszczają uczelnie z elementarnymi brakami w wiedzy, ale też nie internalizują troski o dobro wspólne, odpowiedzialności za państwo, chęci działalności publicznej. Są pokoleniem CV – pragmatycznymi indywidualistami, a nierzadko karierowiczami, którzy odczuwają satysfakcję i spełnienie osiągając kolejne szczeble drabiny awansu zawodowego i społecznego.

Często wymaga ona ćwiczenia nie tylko z elastyczności, ale i konformizmu. Praca dla innych, a już szczególnie dla abstrakcyjnego „państwa”, czy „narodu”, jest nie tylko niezrozumiała, ale jest wręcz uważana za frajerstwo. Oczywiście byłoby dużą niesprawiedliwością wrzucać wszystkich absolwentów uczelni do jednego wora, ale myślę, że ci bardziej ideowi w tym opisie bez trudu rozpoznają wielu swoich kolegów.

Można wiele zarzucić pokoleniu „Solidarności”, dziś stanowiącego trzon elity, nie tylko politycznej, ale na pewno nie to, że polityką zajęli się z niskich pobudek. Wielu z nich w czasach opozycji siedziało w więzieniach czy chociaż ryzykowało różnymi nieprzyjemnościami. A przecież na horyzoncie nie było rad nadzorczych spółek Skarbu Państwa. Niewielu studiowało na uniwersytetach, ale dokształcali się i debatowali po godzinach. Nierzadko częściej czytali klasyczne lektury polityczne niż współcześni studenci politologii, którzy wolą przyswajać poradniki z marketingu politycznego. Oczywiście nie wszyscy z pokolenia „S” w III RP zdali egzamin z poczucia dobra wspólnego czy moralnej pryncypialności – a i system nie sprzyjał pielęgnowaniu cnoty. Zgoda – ich polityczny dorobek nie jest imponujący, bo przecież III RP to nie jest spełnieniem marzeń, a im dalej w czasie, tym więcej samozadowolenia, a mniej sukcesów. A jednak systemowa wymiana zmęczonych twórców III RP na bezideowych karierowiczów o konsystencji plasteliny nie jawi mi się jako lepszy wybór. Szczególnie, że przecież młodość ma swoje naturalne, „niezawinione” ograniczenia. Polityka jest dziedziną wymagająca nie tylko znajomości lektur, ale i życia. Wymaga spojrzenia całościowego, przewidywania konsekwencji, a przede wszystkim znajomości ograniczeń i przeciwności losu, co powoduje, że cenne jest doświadczenie, którego naturalnie młodym brakuje.

Jeszcze raz – zdaję sobie sprawę z dużego uproszczenia. Wiem, że wielu młodych działa społecznie, tworzy ciekawe inicjatywy, interesuje się życiem publicznym. Wielu z nich działa także politycznie. W Ruchu Narodowym, Kongresie Nowej Prawicy i innych ruchach jest wielu wartościowych młodych ludzi, chętnych do pracy dla Polski.

Nawet jeśli łatwo zachłystują się prostymi rozwiązaniami, to warto ich wciągać choćby dlatego, że mają serce i energię. Udowodnili to, bo za darmo „gryzą trawę”.

 

Przede wszystkim kompetencje

Czy w związku z tym powinniśmy odwołać rewolucję młodych? Cieszyć się ze status quo? Niekoniecznie. Poczucie „szklanego sufitu”, politycznej miałkości, blokady i dryfu jest przecież powszechne. Problem polega jednak na błędnej diagnozie. Największym problemem polskiej polityki są kryteria doboru ludzi i ścieżka awansu, co rykoszetem odbija się na młodych, choć nie tylko. Obecny model zarządzania partiami spowodował, że ceni się przede wszystkim lojalność, pozwalającą budować system klientelistyczny. Walory intelektualne i inne często w takim systemie nie tylko nie pomagają, ale przeszkadzają, ponieważ takie osoby nie są chętne do personalnych gier i składania hołdów lennych partyjnym baronom – znają swoją wartość i takie zachowanie często uwłacza ich godności. Oczywiście główni odpowiedzialni za taki stan rzecz są partyjni liderzy, którzy metodycznie stosują zasadę BMW – polityk może bierny, mierny, ale musi być wierny. To czy BMW będzie „stare”, czy „nowe” nie ma znaczenia. W tym przypadku będzie jeździć tak samo. Jeśli chcemy jakościowej rewolucji musimy zmienić markę – zacząć od zmiany kryterium doboru ludzi.

Kult lojalności musi być zastąpiony kultem kompetencji,

aczkolwiek różne umiejętności są przydatne. W polityce potrzebni są zarówno intelektualiści, jak i profesjonaliści; humaniści i umysły ścisłe; specjaliści od idei i od marketingu; grzebiący w ustawach, jak i dobrze prezentujący się w telewizji. Tak jak w drużynie piłkarskiej potrzebny tak bramkarz i napastnik, jak i masażysta oraz trener, tak różne umiejętności i charyzmaty potrzebne są polityce. A rozkład talentów nie jest skoncentrowany w jednym pokoleniu. Tak jak bezprzedmiotowe w polityce jest kryterium płci, tak samo bezprzedmiotowe jest kryterium wieku. Na pytanie skierowane do starszego pokolenia czy stawiać na młodych doradzam więc  – tak, ale tylko jeśli spełniają odpowiednie kryteria.

Podobna jest odpowiedź w drugą stronę. Czy zachęcać do polityki młodych? Tak samo jak innych. Ale jednak ważna uwaga. Zachęcam, żeby spróbowali także innych dróg życiowych, innych doświadczeń zawodowych. Żeby politykę podporządkowali pod życie, a nie na odwrót. Choćby po to, żeby nie byli uzależnieni od partyjnego lidera i partyjnej kasy. Żeby mieli gdzie wrócić, gdy noga im się powinie albo polityczna kuchnia okaże się zbyt zniechęcająca. Wielu starszych polityków nie posłuchało tej rady i dziś nie mają wyjścia. Codziennie oglądamy w telewizji ich upadek i odarcie z godności, bo nie ma granicy, której by nie przekroczyli w walce o przetrwanie. To dla nich młodzi są dziś największym zagrożeniem.