Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Paweł Musiałek  9 października 2013

Musiałek: A mi Was, młodzi, nie szkoda

Paweł Musiałek  9 października 2013
przeczytanie zajmie 8 min

Jak ustaliła „Rzeczpospolita”, według danych GUS w 2012 roku za granicą przebywało 70 tys. polskich emigrantów. Wśród nich najliczniejszą grupą stanowią osoby w wieku 25–34 lat. Dla wielu to kolejny dowód, że Polska nie jest krajem dla ludzi młodych. Zgadzając się z ogólną diagnozą trudnej sytuacji na rynku pracy, należy jednak zapytać, czy faktycznie są pokoleniem Polaków szczególnie boleśnie doświadczającym trudności wejścia w dorosłe życie.

 Brak zdecydowanego wsparcia dla wielu młodych ludzi, którzy nie mogą znaleźć pracy w Polsce i często zmuszeni są emigrować, wydaje się być przejawem elementarnego braku empatii. Każdy zarezerwowany bilet na Wyspy w jedną stronę to przecież często ludzki dramat. Wielu wyjeżdża nie dlatego, że chce, ale dlatego, że musi. Zostawiają w Polsce rodziny, przyjaciół, a przede wszystkim młodzieńcze marzenia o karierze i pozycji społecznej. Z diagnozą trudnej sytuacji na rynku pracy dla ludzi młodego pokolenia zgadzają się niemal wszyscy. Zgadzam się i ja. A jednak tę klarowną i spójną narrację chciałem nieco zaburzyć. I wrzucić kamyczek do ogródka, pytając czy sytuacja obecnych absolwentów jest faktycznie gorsza od sytuacji starszego pokolenia. Bo choć posucha na rynku pracy jest oczywista, to wydaje się, że sytuacja obecnych młodych niewiele różni się od tej, jakiej doświadczało ich starsze rodzeństwo. Czy faktycznie obecni dwudziestolatkowie są pokoleniem szczególnie poszkodowanym przez los? Patrząc na warunki, w jakich przyszło im dorastać, biadolenie na perspektywy młodych czasami może irytować.

Zacznijmy od bezrobocia. To najważniejszy i najdłużej dyskutowany problem. Wynosi ono obecnie w Polsce 13%, a przypadku osób w wieku 15-24 dwa razy tyle. Oczywiście liczba ta przemawia do wyobraźni, ale warto mieć na uwadze kilka kwestii. Przede wszystkim bezrobocie zawsze w pierwszej kolejności dotyka osób, które wchodzą dopiero na rynek pracy. Nie mają oni doświadczenia, stąd dla pracodawców są mniej cenni od osób, które mogą pochwalić się praktyką w zawodzie. Dlatego zawsze stopa bezrobocia wśród najmłodszej grupy aktywnej zawodowo jest największa. Warto zwrócić uwagę, że w niemal całym okresie III RP bezrobocie osiągało poziom dwucyfrowy. Poziom zatrudnienia wyższy niż obecnie odnotowywano z kolei w zasadzie tylko w latach 1997-1999 i po 2007 r., przy czym w tym okresie stopa poniżej 10% była notowana zaledwie w kilku miesiącach 2008 r. Wspominając „złote lata” okresu 2005-2008, kiedy PKB Polski z powodu pierwszych owoców członkostwa w UE rosło w tempie ponad 5% i czuło się realną poprawę standardu życia, należy mieć na uwadze, że takie epizody były wyjątkiem, a nie regułą. Nie dotarłem do danych przedstawiających stopę bezrobocia osób w wieku 25-30 lat, ale myślę, że niedużo się pomylę, jeśli założę, że rosła ona i opadała mniej więcej proporcjonalnie do stopy ogólnego bezrobocia. To by dowodziło, że ogólna liczba bezrobotnych w tej kategorii wiekowej wcale nie jest dziś wyższa niż przeciętna ich liczba w całej III RP. Dynamicznie rosnąca grupa emigrantów po 2004 r. nie oznacza więc pogorszenia perspektyw w Polsce dla młodych, choć byłoby niedorzecznością stwierdzić, że dowodzi jej poprawy. Ludzie nie wyjeżdżali przed 2004 rokiem nie dlatego, że nie chcieli, ale dlatego, że nie mieli takich możliwości.

Wielu w tym miejscu zapewne kręci nosem i wskazuje na znaczący wzrost bezrobocia wśród absolwentów uczelni wyższych. Jeszcze w tym roku ma ich być 30%. To zdaniem wielu najbardziej jaskrawy przykład braku perspektyw dla młodych i symbol ich niedoli. Otóż jest prawdą, że stopa bezrobocia wśród absolwentów rośnie lawinowo w ostatnich latach. Tak samo zresztą jak to, że wielu z tych, którzy dostali pracę, wykonuje zawód często niezwiązany ani z ich formalnym wykształceniem, ani zainteresowaniami i przede wszystkim za pieniądze, które ich nie satysfakcjonują. O umowie o pracę już nie wspominam.

Wyciągając wnioski, należy mieć jednak na uwadze kilka istotnych faktów. Odsetek osób studiujących na uczelniach wyższych w Polsce jest jednym z najwyższych w Europie: w Polsce jest to prawie 2 mln studentów. Każdego roku polskie uczelnie opuszcza prawie 0,5 mln absolwentów. Tak potężna grupa osób jest zmuszona do tego, aby podejmować prace mało atrakcyjne, z prostego powodu. Pracy atrakcyjnej, która odpowiadałaby aspiracjom młodych Polaków, w takiej ilości, aby starczyło dla choćby większości, po prostu nie ma. Z dwóch powodów. Pierwszy, oczywisty, jest taki, że z definicji zawsze liczba miejsc prestiżowej pracy jest ograniczona. Trudno, aby takie miejsca były łatwo dostępne, gdy w Polsce w 2010 roku już ponad 50% osób w wieku 19-24 podejmowało studia. W 1991 roku było to 13%, więc absolwentom znacznie łatwiej było znaleźć pracę, szczególnie że wiele branż wtedy było jeszcze nienasyconych. W raczkującym polskim kapitalizmie brakowało ludzi z wyższym wykształceniem, a kilka składnych zdań po angielsku wystarczało, żeby się „załapać” na dobrą posadę. Ci, którzy z zazdrością patrzą na starsze rodzeństwo, powinni więc pamiętać o tym, że jeśli utrzymalibyśmy tę proporcję studentów także dzisiaj, to większość absolwentów nie miałaby powodu do narzekania na brak pracy. Przecież gdyby wgłębić się w losy najlepszych 30% absolwentów uczelni z całej Polski, okaże się, że wcale wiatr im w oczy nie wieje. Drugi powód wynika z faktu, że Polska nie jest krajem innowacyjnym, gdzie znajdowałyby się nowoczesne ośrodki technologiczne z atrakcyjnymi miejscami pracy. Nie mamy polskich korporacji, które działają na światowych rynkach. Z kolei wielkie koncerny zagraniczne zakładają jedynie filie, które wykonują mało skomplikowane usługi. Najlepszą część tortu zostawiają w centrali w rodzimych krajach.

Powyższe wyjaśnienia pomijają jednak kluczowy aspekt. Mimo tego, że od początku transformacji minęło niecałe ćwierć wieku, to w jakości edukacji wyższej są to lata świetlne. Niestety w negatywnym tego słowa znaczeniu, co przyznają przede wszystkim pracodawcy. Teza o umasowieniu studiów wydaje się być tak banalna, że aż irytująca, ale dla porządku przypomnijmy „oczywiste oczywistości” i wyciągnijmy wnioski. Po pierwsze wiele osób, które kończy studia, jak trafnie zaobserwował pewien znany profesor, nie powinno oglądać uniwersytetu nawet na szkolnych wycieczkach. Nie mają wiedzy, nie mają kompetencji. Wiele z nich także intelektualnych predyspozycji do tego, aby studiować. Te osoby w pierwszej kolejności mają problemy ze znalezieniem pracy. Owszem, są także i zdolni, którym po prostu się nie chce. Im brakuje motywacji i dyscypliny. Przez okres studiów poznałem wielu studentów, którym przeczytanie 20 stron tekstu ze zrozumieniem sprawia fizyczny ból. A dodatkowe lektury poszerzające wiedzę i horyzonty to już totalna abstrakcja. To, że niewiele wiedzą i nic nie czytają, to oczywiście banały. Ale to, że nie widzą w tym problemu, wymaga podkreślenia. Bezpodstawną roszczeniowość, niepopartą żadnymi umiejętnościami ani kompetencjami, potwierdzi wielu pracodawców, którzy na rozmowach kwalifikacyjnych osobiście doświadczają intelektualnej bryndzy kandydatów z dyplomem w ręku. Oczywiście trzeba przyznać, że obecni studenci są w gorszej sytuacji niż dawni, bo ich starsze rodzeństwo, nawet jeśli nie lubiło i nie chciało, to musiało się uczyć, studiować, zdawać trudne egzaminy. Dziś wystarczy, że żacy potrafią w miarę sensownie sklecić kilka zdań i to niekoniecznie na temat, aby otrzymać zaliczenie – i to niejednokrotnie z najwyższym stopniem. Jeszcze kilka lat temu dotyczyło to marginalnych prywatnych szkółek. Obecnie odnosi się w równym stopniu także do najbardziej prestiżowych polskich uczelni. 

Mimo braku podstaw, młodzi czują się oszukani. Bo nie takie miały być ich perspektywy. Nie tak wyobrażali sobie wejście w prawdziwe, dorosłe życie. I mają rację, bo w pewnym sensie oszukali ich wszyscy –rodzice, którzy dopingowali ich w edukacyjnej wyprawie; nauczyciele, którzy wabili złotymi górami; wreszcie społeczeństwo, które obiecywało prestiż i pozycję społeczną. To wszystko prawda, tyle tylko, że najbardziej oszukali oni samych siebie. I do siebie powinni kierować pretensje. Mimo, że powszechna jest opinia o trudności ze znalezieniem pracy po studiach, niewiele robią, aby to zmienić i przygotować się na trudne czasy. Wręcz przeciwnie; zamiast czytać dodatkowe lektury, zaliczać kolejne staże w instytucjach i firmach, zyskiwać kompetencje – w swojej masie pozostają bierni. Godzą się z losem. Ci bardziej świadomi już idąc na studia wiedzą, że o pracę będzie trudno, ale świadomość nie zmienia ich postawy. A to boli szczególnie, jeśli weźmiemy pod uwagę zwykle przyzwoite warunki do studiowania. Obecne pokolenie studentów bardzo często nie musi pracować na studia czy po to, aby mieć środki na życie. Najczęściej troskliwi rodzice dmuchający i chuchający na swoje pociechy zabezpieczają ich byt. Zazwyczaj nie są to ludzie zamożni, a środki na edukację potomków kosztują ich wiele wyrzeczeń. Na studia dla dzieci pracowali naprawdę ciężko, zaliczając wszystkie etapy polskiego kapitalizmu. Wielu nie ominęło jego początków, które symbolizują bazarowe „szczęki”. Oni nie mieli takich warunków do studiowania jak ich dzieci, dlatego o uczelni nawet nie myśleli. Ich dzieci często wysiłku rodziców nie doceniają. Tych pięć lat to dla nich okres niewytężonej pracy, nie inwestycji, ale konsumpcji. Studia nie stanowią dla nich pierwszego etapu dorosłego życia, które wymaga odpowiedzialności, ale raczej ostatni etap młodości, który trzeba do cna wyeksploatować. W pewnym sensie to nie ich wina. Są ofiarami juwenalizacji kultury, społecznego procesu, który młodość traktuje nie jako wstęp do dorosłości wymagający ciężkiej pracy, ćwiczenia charakteru i odkładania przyjemności na później, ale jako najbardziej atrakcyjny etap życia. Ten, który kumuluje wszystko to, co w życiu radosne, przyjemne, warte pożądania. Żeby dowieść tej tezy, nie trzeba daleko szukać. Wystarczy porównać, ile czasu przeciętny uczestnik programu Erasmus spędził na wykorzystaniu dydaktycznej oferty zagranicznej uczelni czy na wertowaniu lokalnych bibliotek w poszukiwaniu niedostępnych w rodzimej Alma Mater lektur, a ile na studenckich imprezach.

W kontekście powyższych uwag warto się zastanowić, cytując klasyka, skoro jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle? Skoro perspektywy dla młodych nie zmieniły się zasadniczo od wielu lat, to dlaczego mają oni takie poczucie krzywdy? Skąd się bierze ich frustracja? Moim zdaniem mają na to wpływ czynniki przede wszystkim psychologiczne. Po pierwsze to utrata optymizmu co do przyszłości. Przez ostatnich 20 lat żyliśmy w paradygmacie państwa nadrabiającego gospodarcze zaległości w stosunku do Zachodu, który był centrum cywilizacyjnej grawitacji i wzorcem. Dominowało myślenie – naśladujmy i kopiujmy instytucje i reformy, a za 10-20 lat będziemy tak samo zamożni i cywilizacyjnie rozwinięci jak państwa zachodnioeuropejskie. Sporo udało nam się nadrobić, choć bieg się wydłuża. Ale pojawił się kłopot. Oto mistrz sam zaczął mieć problemy. Poziom bezrobocia w UE jest obecnie chyba najwyższy od czasów II wojny światowej, a perspektywy rozwoju stoją pod dużym znakiem zapytania. Doświadczamy więc utraty naszego oparcia, punktu odniesienia, oraz poczucia, że ciężka praca z zaciśniętymi zębami niekoniecznie skutkować będzie lepszymi perspektywami, jak myśleli nasi rodzice 20 lat temu. Nie ma pewności co do tego, czy Polska dalej będzie się rozwijać, czy produkcja przemysłowa przeniesie się do Azji lub szerzej na Wschód. Młodzi ludzie to widzą i czują niepokój.

Druga przyczyna wyjaśniająca poczucie frustracji młodych Polaków jest bardziej socjologiczna i zarazem chyba najciekawsza, bo rzadko wspominana w debacie publicznej. Poczucie niedoli nieźle wyjaśnia zjawisko deprywacji relatywnej – dysharmonii pomiędzy faktycznym (w miarę obiektywnym) i pożądanym (z natury subiektywnym) poziomem życia. Otóż dla wielu młodych ludzi takim punktem odniesienia przestają być porównania do sytuacji starszego pokolenia. Nie chcą już słuchać, z ilu przyjemności ich rodzice musieli zrezygnować, żeby oni mieli za co studiować. Bardzo szeroki dostęp do zachodniej kultury dodatkowo napędza i tak niemałe oczekiwania i aspiracje. To powoduje, że są one nieproporcjonalnie większe od możliwości ich zaspokojenia. Jest to zjawisko znane nie tylko w Polsce. Kilka miesięcy temu obserwowaliśmy w Europie serię marszów „oburzonych”, a w Wielkiej Brytanii doszło nawet do zamieszek. Wiele z tych osób, które protestowały i okradały brytyjskie centra handlowe, jest w znacznie lepszej sytuacji materialnej niż ich rówieśnicy w innych państwach na świecie. Młodzi ludzie, którym często rodzice opłacają edukację, nagle zderzają się z sytuacją, kiedy należy włożyć bardzo dużo wysiłku, aby utrzymać standard życia, który wcześniej otrzymywali za darmo. To rodzi frustrację. Ten mechanizm psychologiczny stał u podstaw wielu ruchów społecznych, w tym także polskiej „Solidarności”. W pierwszej połowie lat 70. kredyty pozwoliły na realny wzrost poziomu życia w stosunku do siermiężnego socjalizmu czasów Gomułki. Kiedy pod koniec tej dekady zaczęły się problemy gospodarcze, nikt już nie chciał porównywać sytuacji materialnej do czasów przedgierkowskich, ponieważ punktem odniesienia był lepszy okres pierwszej połowy lat 70. Rozbudzone aspiracje spowodowały poczucie „szklanego sufitu”, które było wówczas większe niż w czasach Gomułki, mimo, że standard życia pomimo kryzysu i tak był wyższy niż dekadę wcześniej.

Wielu młodych studentów czy absolwentów nie pamięta czasów trudnych początków polskiego kapitalizmu, nie wspominając o PRL. Okres ich młodości przypadł na pierwsze owoce reform wolnorynkowych i korzyści wynikających z członkostwa w UE. Dziś, kiedy wchodzą w dorosłe życie, zderzają się z polskimi realiami, które nie powinni ich zaskakiwać. A jednak to się dzieje. Z drugiej strony my nie powinniśmy się dziwić ich zaskoczeniu. Kultura, której fundamentem jest zasada carpe diem, nie może zrodzić odpowiedzialności czy choćby poważnej i dogłębnej refleksji nad własną przyszłością. Dlatego nie może zdumiewać, że młodzi ludzie nie przykładają się do studiów, rozwoju i zdobywania kompetencji. Że nie „gryzą trawy”. Że nie robią wszystkiego, aby wejście w dorosłość było możliwie bezbolesne. Skoro nie wie się, gdzie chce się pójść, nie jest ważne przecież, jaką drogę się wybierze.