Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
dr Marcin Kędzierski  30 grudnia 2013

Kędzierski: Wojna kulturowa a gender

dr Marcin Kędzierski  30 grudnia 2013
przeczytanie zajmie 4 min
Kędzierski: Wojna kulturowa a gender Julie Burke, CC.

W cieniu politycznych przepychanek, od kilku już dekad, rozgrywa się prawdziwa wojna kulturowa, w której stawką jest świat chrześcijańskich wartości życia społecznego. Kwestia gender, rozpalająca w ostatnich miesiącach głowy, pióra i klawiatury polskich publicystów, jest kolejnym obszarem tego starcia. Z tego powodu jako katolicy powinniśmy z przychylnością patrzeć na ostatni, niedzielny list Episkopatu Polski, bez względu na wątpliwości, które mogły budzić niektóre zwroty w nim zawarte.

Nie mam wątpliwości, że strona atakującą w tym sporze, a co za tym idzie wybierającą zarówno pole, jak i narzędzia walki, są szeroko rozumiane środowiska lewicowo-liberalne, które, paradoksalnie, określają się mianem racjonalistycznych, podobnie jak Kartezjusz, który oparł swoją racjonalistyczną filozofię na … marzeniu sennym. Po drugiej stronie stoją, w dużym uproszczeniu, chrześcijanie. Stają oni do walki na zasadach ustalanych przez swoich przeciwników. W ostatnich kilkunastu (kilkudziesięciu?) latach na forum wielu instytucji, w tym zwłaszcza Parlamentu Europejskiego oraz Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, odbywa się nieustanna konfrontacja, w której agenda setterem są środowiska lewicowo-liberalne. Przeanalizowanie tego okresu przeciągania liny w kierunku obyczajowej rewolucji jest materiałem na habilitację, stąd chciałbym skupić się na bardzo wąskim wycinku, jakim jest aborcja. Zwolennicy niemal bezwarunkowej dopuszczalności aborcji utożsamili ją z prawem kobiety do decydowania o własnym losie. W odpowiedzi środowiska chrześcijańskie, chcąc przełamać narzucony dyskurs, zaczęły forsować nazywanie aborcji już nie przerywaniem ciąży, ale zabijaniem nienarodzonych dzieci. I, co w obliczu środków będących w dyspozycji drugiej strony (fundusze, kultura, media) zaskakujące, w ostatnich latach poparcie dla aborcji systematycznie maleje, mimo niezaprzeczalnych zmian społecznych. Sukces akcji „Jeden z nas” jest tego najlepszym dowodem.

Środowiska lewicowo-liberalne zrozumiały, że ta bitwa została przegrana, i trzeba przenieść się na nowe pole oraz zmienić narzędzia walki. Dziś zatem nie domagają się one wprost aborcji, która w przestrzeni dyskursu publicznego przegrała „z zabijaniem dzieci nienarodzonych”, ale mówią o tzw. zdrowiu reprodukcyjnym, które w ich opinii jest prawem człowieka. To zdrowie reprodukcyjne to nic innego jak właśnie niemal bezwarunkowe prawo do aborcji. Świetnym przykładem zmiany taktyki może być raport Estreli, który niedawno został odrzucony w Parlamencie Europejskim, choć zwolennicy wspomnianych tzw. praw reprodukcyjnych próbowali go „przemycić” kilkakrotnie, i to różnymi drogami. Drugim wytrychem, obok tzw. praw reprodukcyjnych, jest postulat absolutnej równości płci i praw dla związków homoseksualnych, które zostały ukryte pod pojęciem „gender”. Jest ono niezwykle wygodne i skuteczne, bo trudno je zdefiniować, a co za tym idzie, trudno z nim walczyć, bo może dowolnie „skakać po ringu” i unikać ciosów. Jedynym środkiem obrony chrześcijan jest zatem zdemaskowanie tego słowa-klucza, pod którym kryją się starzy wrogowie – aborcja, eutanazja, małżeństwa homoseksualne, edukacja seksualna od wieku przedszkolnego, etc.

Jestem przeciwnikiem odczytywania listów Episkopatu podczas homilii. Uważam też, że ostatni list, który wzbudził medialny szum, był napisany w niezrozumiały sposób i nie tłumaczył, czym tak naprawdę jest „gender”. Ale mając na uwadze, że pojęcia tego nie da się jednoznacznie zdefiniować, celem biskupów było zdemaskowanie wroga – stąd w liście napiętnowane zostały zarówno ideologia gender, jak i tzw. prawa reprodukcyjne. Twierdzenie, że pasterze Kościoła nie powinni się zajmować tym tematem w święto Świętej Rodziny jest kuriozalne – przecież zarówno ideologia gender, jak i prawa reprodukcyjne, uderzają w rodzinę w chrześcijańskim rozumieniu oraz w wychowanie młodego pokolenia. Nie można się zatem dziwić, że wobec narzucania treści kryjących się za tymi dwoma wytrychami biskupi wołają: „Non possumus”. Oczywiście problemem rodzin w Polsce są też trudne warunki materialne czy brak mieszkań, ale te sprawy nie leżą w gestii Episkopatu. Jeśli zarzucamy hierarchii kościelnej, że nie zajmuje się konkretem życia, to trudno znaleźć bardziej konkretny i zagrażający rodzinie problem jak właśnie gender i tzw. prawa reprodukcyjne, które środowiska lewicowo-liberalne za pośrednictwem świata mediów próbują przemycić do głów chrześcijan.

W tym kontekście kuriozalne wydaje się zachowanie niektórych środowisk katolickich, takich jak „Więź” czy „Tygodnik Powszechny”. Mogę się zgodzić, że treść listu Episkopatu pozostawia wiele do życzenia, ale polemizowanie z samym faktem zajęcia się przez biskupów tym tematem, a wręcz wyśmiewanie się z nich, jest strzałem w kolano. Można by rzec, uderz w pasterza, a owce się rozproszą. A dodatkowo akurat wyśmiewanie się z poglądów chrześcijan jest jedną z najczęstszych taktyk stosowanych przez zwolenników gender – zamiast wchodzić w dyskusję, na starcie dyskredytuje się przeciwnika, ukazując jego śmieszność i niekompetencje. Gdybym więc był przedstawicielem środowisk lewicowo-liberalnych zacierałbym ręce z radości, widząc, jaką rolę odgrywa ten chór „pożytecznych idiotów”, którzy chcą pokazać światu, że Kościół też może być fajny, cokolwiek to znaczy. A to właśnie dzięki nim staje się jeszcze bardziej śmieszny i niepoważny.

Wiem, Kościół musi być atrakcyjny, żeby przyciągać do siebie ludzi, tylko „fajność” jest niezwykle krótkotrwałą strategią. Wolałbym, aby zamiast być fajnym, Kościół, biskupi i my, wierni, przeszli do kontrofensywy. Dlatego cieszę się z listu Episkopatu, i zachęcam pasterzy Kościoła w Polsce, i nie tylko, aby nie bali się zrobić kolejnego kroku. Jeśli żyjemy w demokratycznym świecie, powinniśmy mieć takie samo prawo do ofensywy światopoglądowej jak środowiska lewicowo-liberalne. Niech wygra lepszy. A akcja „Jeden z nas” pokazuje, że chrześcijanie nie stoją na straconej pozycji.