Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Piotr Trudnowski  22 stycznia 2020

Czy wybory do Sejmu i Senatu są ważne? Jak wojna o sądownictwo prowadzi nas do anarchii

Piotr Trudnowski  22 stycznia 2020
przeczytanie zajmie 9 min
Czy wybory do Sejmu i Senatu są ważne? Jak wojna o sądownictwo prowadzi nas do anarchii Kancelaria Premiera/flickr.com

Logiczną konsekwencją przyjęcia zaproponowanego przez uczestników „rokoszu sądowego” sposobu myślenia – a ten potwierdzą najpewniej za chwilę „stare” izby Sądu Najwyższego – wydaje się być uznanie, że… nie stwierdzono w sposób wymagany Kodeksem wyborczym ważności wyborów parlamentarnych z 13 października 2019 r. Skoro zaś u podstaw rokoszu zanegowano domniemanie prawomocności organów państwa, to i tutaj być może powinniśmy uznać, że mamy dziś „nie-Sejm”, „nie-Senat” oraz uchwalane przez parlament „nie-ustawy”. Wraz z projektem powszechnie krytykowanej senackiej „ustawy naprawczej” to kolejny dowód, że chaos prawny staje się paląco groźny i stoimy u progu anarchii. Wyjście z tego stanu w sposób legalny jest możliwe tylko na ścieżce „nowego otwarcia” konstytucyjnego, najlepiej zatwierdzonego w referendum.

W czwartek 23 stycznia na wniosek I Prezes Sądu Najwyższego połączony skład trzech starych izb Sądu Najwyższego – Izba Cywilna, Izba Karna oraz Izba Pracy i Ubezpieczeń Społecznych – zajmą się rozstrzygnięciem statusu sędziów powołanych na wniosek tzw. „neo-KRS”. Ze składu wyłączono dwie nowe izby powołane nowelizacjami Prawa i Sprawiedliwości, gdyż właśnie takie osoby tam zasiadają.

Nie może zatem dziwić, że 24 godziny przed posiedzeniem Sądu Najwyższego marszałek Sejmu skierowała wniosek do Trybunału Konstytucyjnego w sprawie sporu kompetencyjnego z Sądem Najwyższym. Ten wniosek potencjalnie może zablokować planowaną na jutro decyzję albo ją post factum „unieważnić”. Nic dziwnego, że wniosek inicjuje właśnie marszałek Sejmu – bo stoimy u progu decyzji, która potencjalnie może rozszerzyć dualizm prawny i chaos ustrojowy poza wąsko rozumiany wymiar sprawiedliwości. Prawdopodobne są groźne konsekwencje również dla polskiego parlamentu. To chyba kulminacyjny moment „rokoszu sądowego” i kolejna niestandardowa i dość brutalna próba jego stłumienia przez obóz rządzący.

Dlaczego rokosz jest rokoszem?

W asortymencie rokoszan mamy unijne i prawnomiędzynarodowe definicje sądu i prawa do sądu oraz wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE) z 19 listopada 2019 r. Mimo to konsekwentnie używam pojęcia „rokosz” z pełną świadomością jego wagi i znaczenia. Nie odmawiam jego uczestnikom istotnych racji i, przynajmniej części z nich, dobrych intencji. Choć szeregu konkretnych rozwiązań zaproponowanych przez PiS gotów jestem prywatnie bronić (choćby konstytucyjności sejmowego wyboru składu Krajowej Rady Sądownictwa), to nie neguję, że sposób przeprowadzenia pseudoreform w wymiarze sprawiedliwości sprowadza się do wygodnej dla obozu rządzącego zmiany personalnej, a to czyni stawiane im zarzuty ważkimi. Takie niestety jednak w polskiej tradycji bywało często zbójeckie prawo rokoszu czy konfederacji – że podnoszone były w sposób legalny przeciwko niesprawiedliwym (a więc nielegalnym) działaniom władzy wykonawczej, ale prowadziły często do tragicznych dla państwa konsekwencji. W podobnej sytuacji znajdujemy się i tym razem.

Zgodnie z przyjętą przez rokoszan logiką możemy podejrzewać, że „starzy sędziowie” Sądu Najwyższego niebawem uznają, że sędziowie wybrani przez „neo-KRS” nie są sędziami, sądy z nimi w składzie – nie są sądami, zaś ich wyroki – nie są wyrokami. Warto zastanowić się, jakie będą konsekwencje uznania tego sposobu myślenia.

Głównym przedmiotem sporu jest dziś status tzw. neo-KRS, a więc Krajowej Rady Sądownictwa w składzie powołanym po reformach obozu „dobrej zmiany”. Zwolennicy rokoszu uznają, że pomimo wyroku Trybunału Konstytucyjnego (K 12/18) stwierdzającego prawomocność aktualnego składu Krajowej Rady Sądownictwa jest ona zbyt uzależniona od pozostałych władz, a wątpliwości związane choćby z nieujawnieniem list poparcia dla członków KRS dodają argumentów na rzecz tej tezy. Myślą przewodnią „rokoszan” jest więc podważanie statusu sędziów powoływanych przez nową KRS. Ścieżka to niebagatelna w skutkach, dotyczy bowiem dziś już kilkuset sędziów, w tym wszystkich sędziów dwóch nowych izb Sądu Najwyższego: Izby Dyscyplinarnej oraz Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych (IKNiSP).

Dotychczas największe wyrażane wprost kontrowersje dotyczyły Izby Dyscyplinarnej – to ją za „nie-sąd” uznała Izba Pracy i Ubezpieczeń Społecznych Sądu Najwyższego, a Komisja Europejska ma wystąpić do TSUE o środki tymczasowe zmierzające do jej zamrożenia. Problem w tym, że jeżeli tytułem do negowania Izby Dyscyplinarnej jest jej skład – a w tę stronę zmierzać musi ewentualna decyzja „trzech izb” – to najprawdopodobniej te same zarzuty stosować należałoby wobec Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych.

„Rokoszanie” są najpewniej świadomi możliwych tragicznych tego konsekwencji, bo dotychczas na jej temat raczej głośno milczą. Choć i tu zdarzają się wyjątki – w aneksie do opinii na temat tzw. „ustawy kagańcowej” zamówionej przez Kancelarię Senatu prof. Władysław Czapliński z Instytutu Nauk Prawnych Polskiej Akademii Nauk stwierdza wprost, że „do IKNiSP mają odniesienie wszystkie wątpliwości, które sformułował Sąd Najwyższy w wyroku Izby Pracy i Ubezpieczeń Społecznych z 5 grudnia 2019 r. (sygn. akt III PO 7/18). W związku z tym IKNiSP nie jest sądem w rozumieniu prawa UE, a jej wyrok pozbawiony jest mocy prawnej”.

Czy ostatnie wybory parlamentarne są na pewno ważne?

Jakich tragicznych konsekwencji powinniśmy się obawiać? Otóż zgodnie z ustawą o Sądzie Najwyższym (art. 26) prawo zastrzega „stwierdzanie ważności wyborów i referendum” do wyłącznej kompetencji właśnie IKNiSP. Kodeks Wyborczy reguluje zaś, że „Sąd Najwyższy (…) rozstrzyga o ważności wyborów”, a „rozstrzygnięcie (…) podejmuje, w formie uchwały, nie później niż w 90 dniu po dniu wyborów”.

I tak też się stało – 23 grudnia właśnie IKNiSP rozstrzygnęła, że wybory z 13 października są ważne. Jeżeli jednak przyjmiemy logikę rokoszu, to wraz z zanegowaniem statusu sędziów powołanych na wniosek „neo-KRS” powinniśmy chyba konsekwentnie uznać, że takiego rozstrzygnięcia nie było.

Przećwiczmy ten tok rozumowania rokoszan raz jeszcze i wyprowadźmy z niego logiczne konsekwencje. Neo-KRS nie jest KRS, więc sędziowie powołani na jej wniosek nie są sędziami. Skoro sędziowie w składzie IKNiSP nie są sędziami, to IKNiSP nie jest sądem. Skoro IKNiSP nie jest sądem, to nie mogła rozstrzygnąć o ważności wyborów. Skoro zaś Sąd Najwyższy nie rozstrzygnął w ustawowym terminie o ważności wyborów, to mamy poważny problem. Nie mamy bowiem potwierdzenia ważności wyborów, a więc możemy mieć uzasadnione wątpliwości co do tego, czy Sejm jest Sejmem, Senat Senatem, a ustawy przez parlament procedowane – obowiązującym prawem.

Kodeks Wyborczy nie przewiduje sytuacji, w której Sąd Najwyższy nie rozstrzygnął o ważności wyborów. Wiadomo, że może rozstrzygnąć o ich nieważności – wówczas mamy do czynienia z powtórzeniem wyborów. Co jednak zrobić, gdy nie orzekł ani ważności, ani nieważności wyborów?

Skoro praktyką postępowań sądowych staje się dziś negowanie wyroków i składów sędziowskich ze względu na zanegowanie statusu sędziego powołanego na wniosek tzw. neo-KRS, to chyba powinniśmy się spodziewać niebawem procesów, w których strony będą wywodzić, że mamy do czynienia z nie-ustawą uchwaloną przez nie-Sejm i nie-Senat.

Ktoś powie – bez przesady, musimy zachować minimum zdrowego rozsądku. IKNiSP uznała wybory za ważne zanim jakiś inny organ podważył jej status, więc kierujmy się domniemaniem ważności tamtej uchwały i domniemaniem prawomocności IKNiSP w chwili podejmowania decyzji. Hola hola – ale przecież tych samych argumentów należałoby używać w stosunku do tzw. neo-KRS i sędziów powołanych na jej wniosek! Skoro pozwalamy „rokoszanom”, przy wsparciu organów unijnych, negować tę meta-normę domniemania prawomocności, to bądźmy w tym konsekwentni.

Oczywiście nie postuluję „testowania” tego sposobu argumentacji ani nie podważam prawomocności dzisiejszego Sejmu i Senatu. Przeprowadzenie takiego eksperymentu myślowego pozwala jednak klarownie pokazać, do jak niebezpiecznej sytuacji prowadzić może akceptowane przez istotną część opinii publicznej negowanie meta-normy prawomocności organów państwowych.

Miejmy nadzieję, że strony opamiętają się, nim dojdzie do takiego zaognienia sytuacji, w której i powyższe argumenty zaczną być stawiane na poważnie w debacie publicznej i na salach sądowych…

Ustawą nie przywrócimy praworządności

17 stycznia z kolei upubliczniono senacki, opozycyjny projekt nowelizacji ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa, która już dziś budzi bardzo poważne wątpliwości konstytucyjne również tych komentatorów, którzy dotychczas jednoznacznie krytykowali ustawy forsowane przez obóz „dobrej zmiany”. Projekt ten udowadnia tezę, o której mówimy od wielu miesięcy – legalne odwrócenie skutków zmian w wymiarze sprawiedliwości drogą ustawową jest w praktyce niemożliwe.

Projekt proponuje bowiem karkołomne konstrukcje dotyczące wyjścia ze stanu, w którym się znaleźliśmy. Zgodnie z jego treścią sędzia powołany na wniosek tzw. neo-KRS „ma prawo złożyć oświadczenie o zrzeczeniu się urzędu”, jednak jeśli z tego prawa nie skorzysta – „zajmowanie stanowiska sędziego po upływie terminu, o którym mowa w ust. 2, stanowi oczywistą i rażącą obrazę przepisów prawa, za którą sąd dyscyplinarny wymierza karę złożenia sędziego z urzędu”. Senacki projekt ustawy zdejmuje więc sędziów z urzędu nie pozostawiając sądowi dyscyplinarnego żadnego pola manewru.

Jednocześnie projekt, w niezbyt zrozumiały sposób, uznaje, że orzeczenia wydane w składach z sędziami powołanymi na wniosek neo-KRS pozostają w mocy (art. 12. ust. 1), ale mogą być kwestionowane (art. 12. ust 3.), przy jednoczesnej nieważności orzeczeń Izby Dyscyplinarnej. W uzasadnieniu czytamy jednak wprost, że „nieprawidłowe powołanie sędziów skutkuje także wadliwością wydawanych przez nich orzeczeń. Zgodnie z obowiązującym ustawodawstwem orzeczenie wydane prze sąd, w składzie którego uczestniczyła osoba nieuprawniona podlega wznowieniu”.

„Przepis stanowiący, że zajmowanie stanowiska sędziego po upływie terminu wskazanego w ustawie jest rażącym naruszeniem prawa i określający z tego tytułu bezwzględnie oznaczoną sankcję złożenia z urzędu jest oczywistym naruszeniem Konstytucji” – to nie opinia żadnego ze „skrzydłowych” ministra Ziobry, ale dra Marcina Szweda, prawnika Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.

Teoretycznie jednak na chwilę spróbujmy założyć, że tego typu ustawa rzeczywiście mogłaby rozwiązać nasz problem i zgodnie z jej myślą przewodnią orzeczenia podjęte przez nieprawomocne składy pozostają w mocy, więc tyczy się to również stwierdzenia ważności wyborów przez IKNiSP… Wracając do rozpoczętego wcześniej eksperymentu myślowego zdamy sobie sprawę, że nie możemy tak założyć! Ustawę zaproponował wszak Senat, co do którego prawomocności w skutek braku stwierdzenia ważności wyborów powinniśmy mieć duże wątpliwości!

Jak uciec znad prawnej przepaści?

Brzmi to wszystko jak zabawa w szukanie dziury w całym, ale sprawa jest śmiertelnie poważna. W sporze o wymiar sprawiedliwości zapętliliśmy się już dawno temu, a dzisiaj ta pętla się zaciska. Od jakiegoś czasu mówię wprost, że dualizm prawny, z którym mamy do czynienia od początku rokoszu zaczyna przybliżać nas do realnej perspektywy rozpadu jedności państwa. Skoro zaczynamy funkcjonować w dwóch równoległych rzeczywistościach prawnych to trudno mówić jeszcze o jednym organizmie państwowym. Przykład wątpliwości dotyczących prawomocności aktualnego parlamentu – Sejmu z przewagą obozu rządzącego i Senatu z przewagą opozycji – dobrze chyba pokazuje, jak blisko prawdziwej anarchii się znaleźliśmy.

Od dawna w środowisku Klubu Jagiellońskiego powtarzamy, że wyjście z tego kryzysu możliwe jest tylko na drodze „nowego otwarcia”, „opcji zerowej”, „momentu konstytucyjnego”. Tak, musi dojść do stworzenia politycznej większości pozwalającej na zmianę ustawy zasadniczej, która w opcji minimum przywróci pełną legitymizację Trybunału Konstytucyjnego, bo uzasadnione wątpliwości wokół sędziów-dublerów w polityczno-prawnej praktyce rokoszan skutkują brakiem uznania dla jego rozstrzygnięć m.in. dotyczących KRS, a więc pośrednio – również negowania dwóch nowych izb Sądu Najwyższego.

Proponujemy od dawna, by właśnie nowelizacją Konstytucji stworzyć tytuł do wyboru składu TK od początku, obsadzając w nim sędziów wybranych sejmową większością kwalifikowaną 2/3 głosów. Wyobrażalne wydają się jakiegoś rodzaju przepisy przejściowe, które jednorazowo pozwoliłyby na wybór do TK sędziów już wcześniej do niej wybranych – a więc zarówno tych z aktualnego składu, jak i tych wybranych przez Sejm VII kadencji i niedopuszczonych do orzekania. Wobec wyobrażalnych wątpliwości co do prawomocności aktualnego parlamentu niezbędne wydaje się potwierdzenie takiej zmiany w drodze referendum.

W opcji optimum konieczne wydaje się również przeprowadzenie analogicznej konstytucyjnej „opcji zerowej” w stosunku do KRS i Sądu Najwyższego oraz ustanowienie, że ustawy dot. organizacji władzy sądowniczej mają charakter organiczny, a więc uchwalany w Sejmie większością kwalifikowaną np. 3/5 głosów. To jedyna droga, by uniknąć dalszego nakręcania spirali przez walczące ze sobą o dominację personalną w sądownictwie partyjne plemiona.

W opcji maksymalistycznej konieczne jest określenie na nowo balansu między władzą polityków a władzą prawników, do czego wzywa w znakomitej rozprawie na naszych łamach dr Jacek Sokołowski. Sokołowski celnie wskazuje, że brak dobrze określonego punktu równowagi jest błędem założycielskim III RP, który doprowadził do trwającego od ponad czterech lat sporu, a droga do unormowania tej sytuacji wiedzie przez uczynienie prezydenta „strażnikiem sądów” oraz reorganizację Trybunału Konstytucyjnego.

Jedno jest pewne – bez zdolności klasy politycznej do pójścia na prawdziwy kompromis sytuacja będzie się tylko pogarszać. Złudna jest zarówno wiara „rokoszan” w decydujące rozstrzygnięcia ciał ponadnarodowych, jak i wiara „dobrej zmiany” w możliwość dopchnięcia kolanem kontrowersyjnych pomysłów, gdy z ostatnich organów sądowych odejdą ostatni funkcyjni strażnicy ancien regime. Bez próby politycznego wyjścia z tej plątaniny pogłębiający się prawny chaos, instytucjonalną anarchię i coraz to nowe wątpliwości prawne – jak choćby te dotyczące prawomocności Sejmu i Senatu – wcześniej czy później wykorzysta jakiś jawny nieprzyjaciel Rzeczypospolitej. Z historii znamy to aż nadto dobrze.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki 1% podatku przekazanemu nam przez Darczyńców Klubu Jagiellońskiego. Dziękujemy! Dołącz do nich, wpisując nasz numer KRS przy rozliczeniu podatku: 0000128315.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.