Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Wielkanoc – katolicki rytuał przejścia. Co tak naprawdę świętują chrześcijanie?

Wielkanoc – katolicki rytuał przejścia. Co tak naprawdę świętują chrześcijanie? autor ilustracji: Julia Tworogowska

Pascha. Golgota. Zmartwychwstanie. Relikt zmierzchającego na Zachodzie chrześcijaństwa czy może jednak coś więcej? Prawdziwe centrum dobiegającego dziś końca Wielkiego Postu, jak i obchodów Wielkanocy stanowi sadzawka chrzcielna. Katolicki rytuał przejścia. Radykalne porzucenie „starego” i wejście w „nowe”.

Polska A.D. 2024. Kraj, przez który przetacza się sekularyzacyjny walec. W sformułowaniu, że nasza ojczyzna jest dzisiaj najszybciej laicyzującym się państwem w Europie zawiera się również ten optymistyczny akcent, że „u nas” ciągle jest z czego „sekularyzować”. W związku z tymi procesami treść wiary chrześcijańskiej staje się coraz mniej zrozumiała dla ogółu społeczeństwa. Instytucjonalny autorytet Kościoła upada. Polska wydaje się wkraczać w erę postchrześcijańską.

W tym kontekście społeczno-kulturowym przeżywamy – zakładając, że Chrystus umarł w 33 r. n.e. – po raz 1991 święta wielkanocne. Uroczystość Zmartwychwstania. Najważniejsze chrześcijańskie święto. Dziś dla wielu ludzi treść paschalnych obrzędów może być już niejasna, zaś rytuały odprawiane  w katolickich świątyniach – niezrozumiałe.

Być może dla niektórych te święta mają przynajmniej jakiś charakter wspólnotowy – są czasem spędzonym z rodziną, z bliskimi. Być może dla niektórych stanowią uniwersalny symbol zwycięstwa życia nad śmiercią. Są echem mglistej nadziei, że wraz ze śmiercią nasze życie się nie kończy, a po „drugiej stronie” istnieje jakieś inne, lepsze miejsce, w którym ktoś „otrze z oczu wszelką łzę, a śmierci już odtąd nie będzie. Ani żałoby, ni krzyku, ni trudu”.

Biorąc pod uwagę ten kontekst, jak i to, że dla samych chrześcijan treść Wielkanocy nie zawsze jest w sposób jasny wykładana, spróbuję się podjąć próby pokazania co moim zdaniem – a jak sądzę także zdaniem Kościoła – stanowi istotę tych świąt. Wielu bowiem – nawet spośród wierzących – nie ma pojęcia, że w centrum celebracji Wielkanocy stoi chrześcijański rytuał inicjacji. Porzucenie „starego” i wejście w „nowe”. Tym rytuałem jest chrzest.

Bądź mężczyzną albo giń!

Nim jednak przejdę do omówienia znaczenia tegoż powszechnie znanego – wręcz zbanalizowanego – rytuału chrześcijańskiego, muszę wykonać pewien krok wstecz. Krok ku zarysowaniu sensu idei rytuałów inicjacyjnych jako takich. Jak sądzę, pozwoli to nakreślić odpowiednie tło, zaznaczyć horyzont ludzkiej, ponadczasowej natury na której katolicki rytuał buduje.

Rytuały inicjacyjne można chyba najprościej zdefiniować jako zbiór praktyk, które wprowadzają członków danej społeczności bądź to do wspólnoty jako takiej, bądź w wyższy stopień uczestnictwa w niej. Takimi rytuałami będą chociażby te związane z przejściem z dzieciństwa w dorosłość, zawierania małżeństwa albo obejmowania ważnych religijnie lub politycznie funkcji w danej wspólnocie.

W kulturach i religiach pierwotnych rytuały inicjacyjne – zwłaszcza te wprowadzające młodych mężczyzn w dorosłość – potrafiły przyjmować bardzo brutalne formy. I tak chociażby północnoamerykańscy Indianie z plemienia Dakota wieszali chłopców na rzemieniach przywiązanych do kołków wbitych do piersi. Z kolei Aborygeni nacinali młodym chłopcom penisa od nasady aż po sam żołądź, rozrywali uszy i nos oraz wyrywali co najmniej cztery zęby.

Te wszystkie brutalne praktyki miały stanowi czytelny znak i twardy dowód  na to, że chłopiec przestaje być już dzieckiem. Nie jest już dłużej kimś kto raczej wymaga ochrony i opieki aniżeli zapewnia  ją innym. Staje się mężczyzną. Człowiekiem, który od tej pory będzie zdolny do zdobywania pożywienia, stawiania czoła niebezpieczeństwom oraz obrony kobiet i dzieci.

Ta swoista  terapia szokowa nie zawsze kończyła się dla jej uczestników happy endem. Znajomy siedzący głęboko w tematyce kultury indiańskiej, opowiedział mi kiedyś, że wśród niektórych plemion indiańskich ci, którzy nie podołali próbie będącej treścią rytuału przejścia, nigdy nie zostawali pełnoprawnymi mężczyznami w ówczesnym rozumieniu. Najczęściej stawali się homoseksualistami, nie mogli brać udziału w polowaniach i parali się zajęciami kobiecymi.

Alternatywa więc była radykalna. Albo umierało stare niedojrzałe „ja” i rodziło się nowe „dorosłe”, albo szansa na pełny rozwój człowieczeństwa – tak jak było wówczas postrzegane – była  nieodwracalnie utracona. W skrajnych przypadkach zaś skutkowała wyłączeniem ze wspólnoty i śmiercią.

Ucywilizowany monoteizm i późnokapitalistyczna płynność

Te brutalne praktyki zostały ucywilizowane przez wielkie religie monoteistyczne. W judaizmie rytuał przejścia w dorosłość odbywa się w ramach uroczystości znanej jak bar micwa.

W jej trakcie młody – zwykle 13-letni – chłopiec wprowadzany w świat dorosłych, recytuje w synagodze fragment Tory oraz wygłasza krótki komentarz do tekstu, często zaczynając od słów: „Dzisiaj jestem mężczyzną”. Jego ojciec dziękuje zaś Bogu „za uwolnienie od ciężaru odpowiedzialności za grzechy syna”. Tak oto następuje uroczyste przyjęcie młodego mężczyzny w poczet dorosłych członków społeczności żydowskiej.

Z kolei w Islamie – a przynajmniej w niektórych społecznościach wyznających tę religię – rytuał przejścia do dorosłości polega na ceremonii, w trakcie której imam zadaje młodemu mężczyźnie pytania dotyczące treści Koranu. Chłopiec musi szybko odpowiadać na pytania w formie „tak” lub „nie”. Brak zawahania i trafność odpowiedzi świadczyć ma o religijnej dojrzałości. To zaś jest bramą do stania się pełnoprawnym członkiem społecznej i religijnej wspólnoty.

Rytuały przejścia praktykowane są do dziś. W mniej w mniej lub bardziej rozmytej formie obecne są w zglobalizowanych i zsekularyzowanych społeczeństwach współczesnego Zachodu. W Polsce jak wiemy kluczową cezurą jest 18. rok życia, który daje obywatelom czynne prawo wyborcze, możliwość spożywania alkoholu oraz zawierania małżeństw bez zgody rodziców. Odbywa się impreza osiemnastkowa, o północy jest tzw. pasowanie. Większość z nas zna to bardzo dobrze.

Piszę o tym wszystkim, by pokazać, że potrzeba rytuałów przejścia jest dla ludzkości czymś naturalnym. Występuje w różnych religiach, kulturach czy systemach społeczno-politycznych. Wszyscy potrzebujemy punktów odniesienia. Swoistych pieczątek potwierdzających przejście ze starego życia do nowego, z niższej formy życia do formy wyższej, z adolescencji i niesamodzielności ku dorosłości i samostanowieniu.

Chrześcijanie również posiadają taki rytuał. Celem, do którego zmierzał cały Wielki Post oraz punktem kulminacyjnym Triduum Paschalnego jest, ten często skracany do koniecznego minimum, niemalże niezauważany i odbębniany niedbale moment jakim jest… odnowienie przyrzeczeń chrzcielnych. To chrzest jest istotą wielkanocnego misterium. W centrum Triduum Paschalnego stoi baptysterium.

Śmierć „starego człowieka”…

Istotę chrztu w mojej ocenie w sposób najbardziej dosadny i zwięzły przedstawił św. Paweł w szóstym rozdziale Listu do Rzymian. Zresztą nieprzypadkowo to właśnie ten fragment jest odczytywany w trakcie Liturgii Wigilii Paschalnej. A brzmi on następująco:

„Czyż nie wiadomo wam, że my wszyscy, którzyśmy otrzymali chrzest zanurzający w Chrystusa Jezusa, zostaliśmy zanurzeni w Jego śmierć? Zatem przez chrzest zanurzający nas w śmierć zostaliśmy razem z Nim pogrzebani po to, abyśmy i my wkroczyli w nowe życie – jak Chrystus powstał z martwych dzięki chwale Ojca.

Jeżeli bowiem przez śmierć, podobną do Jego śmierci, zostaliśmy z Nim złączeni w jedno, to tak samo będziemy z Nim złączeni w jedno przez podobne zmartwychwstanie. To wiedzcie, że dla zniszczenia grzesznego ciała dawny nasz człowiek został razem z Nim ukrzyżowany po to, byśmy już więcej nie byli w niewoli grzechu. Kto bowiem umarł, stał się wolny od grzechu.

Otóż, jeżeli umarliśmy razem z Chrystusem, wierzymy, że z Nim również żyć będziemy, wiedząc, że Chrystus powstawszy z martwych już więcej nie umiera, śmierć nad Nim nie ma już władzy. Bo to, że umarł, umarł dla grzechu tylko raz, a że żyje, żyje dla Boga. Tak i wy rozumiejcie, że umarliście dla grzechu, żyjecie zaś dla Boga w Chrystusie Jezusie.

Niechże więc grzech nie króluje w waszym śmiertelnym ciele, poddając was swoim pożądliwościom. Nie oddawajcie też członków waszych jako broń nieprawości na służbę grzechowi, ale oddajcie się na służbę Bogu jako ci, którzy ze śmierci przeszli do życia, i członki wasze oddajcie jako broń sprawiedliwości na służbę Bogu.”

W rytuale chrztu człowiek w pewnym sensie umiera oraz rodzi się na nowo. Porzuca starą formę życia i przybiera nową. Co to znaczy, że w trakcie chrztu człowiek umiera? Według chrześcijaństwa każdy z nas znajduje się w stanie wewnętrznego nieuporządkowania. Znamy ten stan pod pojęciem grzechu pierworodnego. Jego skutkami zaś są pożądliwości.

I nie chodzi tu nasze naturalne popędy jako takie. Nie chodzi o to, że np.  seks jest czymś złym, zaś to, co cielesne jest nieczyste i godne pogardy. W doktrynie o pożądliwościach chodzi o to, że nasze naturalne popędy zostały wypaczone. Zatraciły swoją miarę. Brakuje im wewnętrznej harmonii, uporządkowania. Pragniemy więcej, niż rzeczywiście potrzebujemy. Kierujemy się egoizmem, który dba przede wszystkim o zaspokojenie siebie, nierzadko kosztem drugiego człowieka.

To ów stary człowiek – ten Jungowski cień, który, jak sądzę, tkwi w każdym z nas – jest źródłem wojen, przemocy, ale też mikro-zła, którego doświadczamy na co dzień. W rodzinie, pracy, w związkach czy po prostu niezdrowych nawykach. Stary człowiek kieruje się lękiem – boi się o swój stan posiadania, o swoją przyszłość, o to, że zmarnuje życie, o to, że jego potrzeby nie zostaną zaspokojone. Boi się śmierci.

I cóż, ktoś powie, że to normalne, że każdy tak ma. To prawda. Pytanie tylko, czy taki sposób życia nas ostatecznie uszczęśliwia, czy też nie? Czy życie w nieustannym niepokoju o siebie czyni nas spełnionymi, czy raczej sprawia, że marnujemy czas na zmaganie się z nadmiarem kortyzolu w naszym organizmie?

… i narodziny „nowego człowieka”

Zupełnie inaczej funkcjonuje nowy człowiek. Charakteryzuje go – jak pisze św. Paweł w piątym rozdziale Listu do Galatów – miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie. Jest to ktoś, który nie patrzy tylko i wyłącznie na własne dobro. Partykularny interes nie jest jego najwyższym celem.

W polityce myśli o dobru wspólnym; w relacjach międzyludzkich – o dobru drugiego. Nie boi się, że jego potrzeby nie zostaną zaspokojone, nie żyje w ciągłym lęku o swój byt. Ufa, że jest ktoś kto się o niego troszczy, zaś sam wykonuje spokojnie to, co do niego należy.

Jak sądzę, osoby niewierzące może razić sformułowanie zawarte w cytowanym przeze mnie Liście do Rzymian, a które to brzmi: „Żyjecie dla Boga”. Życie dla Boga może niektórym kojarzyć się z jakąś formą niewoli, niechcianej zależności, rezygnacji ze szczęścia, poddaniu się niekorzystnej dla nas władzy. Zwłaszcza, jeżeli mamy obraz Boga jako kapryśnego monarchy lub nadmiernie surowego przełożonego.

Tymczasem w optyce chrześcijańskiej „życie dla Boga” znaczy tyle, co żyć w zgodzie z własną naturą. „Chrystus objawia człowieka samemu człowiekowi” – czytamy w konstytucji duszpasterskiej Gaudium et spes. Naśladować Boga, żyć dla Boga, oznacza dobrze rozumiane życie w zgodzie z samym sobą i własnym sumieniem. I to najbardziej, najgłębiej i najprawdziwiej w zgodzie ze sobą jak się da. Nie w zgodzie z tym, jacy aktualnie jesteśmy. Ale jakimi możemy i najgłębiej chcemy się stać.

Chrześcijanie nie wierzą bowiem w kapryśnego, woluntarystycznego boga, który może uznać za dobro to, co mu się akurat w danym momencie uwidzi. My, chrześcijanie wierzymy w Boga, który jest Logosem. Rozumnością, harmonią, porządkiem. Boga, który wprowadza pokój, a nie destrukcję.

Inicjacja w chrześcijaństwo

W starożytności chrzest poprzedzony był intensywnym okresem przygotowania zwanym katechumenatem. Był to bardzo poważnie traktowany przez Kościół proces inicjacji – najczęściej dorosłego człowieka – w chrześcijański sposób życia. Katechumenat stanowił przygotowanie do „pogrzebu” starego człowieka oraz wprowadzenie w nowe życie. Jeżeli miałbym do czegoś porównać ten okres, to do czasu spędzonego przez dziecko w łonie matki, który miał zakończyć się porodem – chrztem.

Katechumenat trwał zwykle około trzech lat. Przez ten czas kandydat do chrztu słuchał katechez na temat życia chrześcijańskiego oraz przechodził pomniejsze rytuały stopniowego wtajemniczenia w życie chrześcijańskie (tzw. skrutynia). W trakcie tych obrzędów katechumen z jednej strony był wprowadzany w dalsze etapy „oświecenia”, z drugiej zaś był egzaminowany przez wspólnotę z gotowości do podjęcia dalszych etapów inicjacji. Kościół traktował to naprawdę poważnie.

Po trzech latach tejże inicjacji, w Wigilię Paschalną, odbywały się chrzty katechumenów. Dlaczego chrzest w dzień zmartwychwstania? Otóż dlatego, że – w zgodzie ze słowami św. Pawła z Listu do Rzymian – chrzest jest uczestnictwem w męce, śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa. Jezus na krzyżu zabił w sobie starego człowieka i w zmartwychwstaniu przeszedł do nowego życia.

W chrzcie dokonuje on tego dzieła również w człowieku. To, co wspominamy bowiem w trakcie Paschy jako historyczne wydarzenie, w chrzcie staje się także naszym udziałem. Faktyczny chrzest Jezusa nie odbył się w wodach Jordanu, ale właśnie na krzyżu. I chrzest każdego chrześcijanina również odbywa się krzyżu.

Śmierć starego człowieka i narodziny nowego człowieka były przez pierwszych chrześcijan traktowane bardzo poważnie. Popełnienie ciężkich grzechów po chrzcie było obarczone bardzo poważnymi sankcjami, często kilkunastoletnimi okresami pokuty. Zakładano więc, że chrzest jest prawdziwym przejściem do nowego życia.

Nie ma już powrotu do tego, co stare. Nowo ochrzczony stawał się pełnoprawnym członkiem Kościoła. Mógł uczestniczyć w Eucharystii (wcześniej wychodził ze świątyni po Liturgii Słowa), a także pełnić ważne funkcje we wspólnocie.

Wielki Post jest ukierunkowany na chrzest

Dziś wielu chrześcijanom umyka fakt, że Wielki Post i  towarzysząca mu asceza jest przede wszystkim przygotowaniem do chrztu bądź też do odnowienia jego przyrzeczeń. Opisał to w sposób całościowy bp. Zbigniew Kiernikowski w książce Od Paschy do Paschy.

Dla katechumenów pierwszych wieków ten okres pokuty był ostatecznym przygotowaniem i oczyszczeniem przed inicjacją w nowe życie. W Wielkim Poście nie chodzi więc o umartwienie dla samego umartwienia, albo o odmówienie sobie czegoś tylko po to, by móc się znowu „upodlić”.

Niegdyś usłyszałem o dość wymownym zwyczaju, praktykowanym w pewnej społeczności podhalańskiej. W lany poniedziałek, po 40 dniach wstrzymywania się od spożywania alkoholu, górale – oczywiście płci męskiej – wchodzili do stodoły, z której nie wychodzili przez cały kolejny tydzień.

Ów czas spędzali na – a jakże! – intensywnej konsumpcji „napojów wyskokowych”. I choć mam wiele sympatii dla tego typu tradycji, to trzeba niestety przyznać, że nie bardzo odpowiada to faktycznym celom Wielkiego Postu.

Asceza wielkopostna miała i nadal ma na celu skuteczne przezwyciężenie w sobie złych skłonności. Uśmiercenie starego człowieka. Do akcentowania tego aspektu nawoływała Sacrosanctum concilium, konstytucja o liturgii świętej. Zresztą na ten charakter Wielkiego Postu wskazuje także liturgia Wigilii Paschalnej.

Tuż przed odnowieniem przyrzeczeń chrzcielnych możemy bowiem usłyszeć następujące wezwanie celebransa: „Po odbyciu 40-dniowych ćwiczeń pokutnych, odnówmy przyrzeczenia chrzcielne!” Wielki Post miał być skutecznym uśmierceniem tego, co „wadliwe”, a nie chwilowym wstrzymaniem się od praktykowania zła.

Nowe życie dane w chrzcie, będące wynikiem katechumenalnego przygotowania, jest jak ziarno rzucane w glebę, która wzrasta i wzrasta, aż wyda owoc. Cykliczność roku liturgicznego pomaga chrześcijanom w rozwijaniu w sobie tego nowego człowieka. Niestety, prawda jest bowiem taka – co często osoby niewierzące potrafi do Kościoła skutecznie zniechęcić – że my, chrześcijanie skutki starego człowieka ciągle w sobie nosimy.

Rozwój nowego życia i dobijanie trupa starego ja to proces. Ciągłego oczyszczania i wzrastania. Słuszne jest jednak – na wzór pierwszych chrześcijan – wymaganie, by po chrzcie – przynajmniej na poziomie świadomego wyboru – do starego stylu życia już nie wracać. Tego domaga się poważne traktowanie tegoż rytuału.

Czas uczynić katechumenat czymś powszechnym

Choć dziś większość spośród wierzących została ochrzczona jako dzieci, to nie jest tak, że wierzący nie powinni odbyć katechumenatu, przygotowania do chrztu post hoc. Do tego zresztą w trakcie chrztu zobowiązują się rodzice dziecka.

Taką rolę inicjacyjną miała pełnić katecheza szkolna z dopełnieniem i zwieńczeniem w postaci sakramentu, bierzmowania. Czy bierzmowanie rzeczywiście pełni taką rolę? Odpowiedź na to pytanie chyba najlepiej oddaje prześmiewcza definicja tego sakramentu, która głosi że „bierzmowanie jest sakramentem ostatecznego pożegnania się z Kościołem”.

Współcześnie w polskim Kościele tego rodzaju formy mocniejszej inicjacji można odnaleźć w jednej z wielu wspólnot formacyjnych powstałych po Soborze Watykańskim II. Wśród nich możemy wyróżnić choćby Drogę Neokatechumenalną oraz założony przez ks. Franciszka Blachnickiego Ruch Światło-Życie zwany popularnie „Oazą”.

W dobie zlaicyzowanej i postchrześcijańskiej Europy należy spodziewać się, że chrzest dorosłych  stanie się na powrót czymś powszechnym. W tym roku we Francji – „najstarszej córze Kościoła” – w Wigilię Paschalną ten sakrament ma przyjąć ponad 12 tys. osób dorosłych i młodzieży. We Francji zresztą liczba katechumenów stale wzrasta. Im mocniej zjawisko laicyzacji będzie dotykać Polskę, tym częściej będziemy stykać się z takimi sytuacjami także i na rodzimym podwórku. Chrzest znów, na poważnie, stanie się rytuałem inicjacji.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.