Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Słowa niczym plemienne credo, czyli jak polityka tożsamości zabija prawdę

Słowa niczym plemienne credo, czyli jak polityka tożsamości zabija prawdę autor ilustracji: Julia Tworogowska

W debacie publicznej nie chodzi nam o prawdę. Pojęcia, których używamy, coraz rzadziej spełniają postulat arystotelesowskiego adequatiooddania rzeczywistości na miarę tego, co rzeczywiście o niej wiemy. Do czego więc dziś odsyłają nas słowa? Do partykularnych, plemiennych opowieści i emocji, które pozwalają utożsamić nam się z konkretną grupą i ochronić przed tymi złymi – innymi. I robimy to wszyscy. Niezależnie od tego czy jesteśmy „otwartymi i empatycznymi lewicowcami”, czy surowymi prawicowymi „strażnikami patriarchatu”.

Dwa dni temu na łamach naszego portalu ukazał się felieton Piotra Kaszczyszyna dotyczący zjawiska powszechnej hiperbolizacji słowa. To dość fortunny zbieg okoliczności, gdyż – nie wiedząc o tym, na jaki temat ma zamiar pisać mój kolega –  również planowałem popełnić felieton poświęcony słowom.

Bezpośrednią inspiracją okazał się dla mnie wpis na Facebooku Przemysława Staronia – nauczyciela, znanego działacza na rzecz zmiany metod edukacyjnych, a także zadeklarowanego homoseksualisty, podkreślającego potrzebę większej akceptacji dla środowisk LGBT, zwłaszcza w polskiej szkole.

Cóż, jako człowiekowi, dla którego katolicka nauka społeczna stanowi podstawowy punkt odniesienia do interpretacji zjawisk społecznych, trudno nie zgodzić się z postulatem, że potrzebujemy dziś międzyludzkiej współpracy oraz wspólnotowości. W dobie postępującej indywidualizacji i atomizacji społeczeństwa, polaryzacji oraz braku poczucia bezpieczeństwa, współpraca i wspólnotowość są wartościami na wagę złota. Niełatwo mi się więc z treścią powyższego posta w tym punkcie nie zgodzić.

Z drugiej jednak strony mam nieodparte wrażenie, że Przemysław Staroń – świadomie bądź nie – kieruje ten przekaz do określonej grupy. Swojej grupy. Ludzi przekonanych do określonej narracji o świecie. Narracji, w której nasze współczesne problemy są efektem struktury społecznej, w której żyjemy, a którą umowna „lewa strona” debaty nazywa patriarchatem. Struktury opartej o modi rywalizacji, próby uzyskania dominacji jednego nad drugim, wyzysku silniejszych nad słabszymi i większości nad mniejszością. Żyjemy w kulturze archetypicznego ojca, opartej na przemocy i surowości.

Nie chcę polemizować w tym tekście z taką wizją historii – choć zawiera w sobie pewne elementy prawdy, to jako całość jest upraszczająca i fałszywa. Chcę zwrócić uwagę na to, że jest to przekaz do przekonanych. Do swojego plemienia.

Jak bowiem Staroń chce przekonać do swojej diagnozy rzeczywistości konserwatystów, dla których tradycja i kultura odziedziczona po naszych przodkach nie jest tylko i wyłącznie ciężkim brzemieniem oraz źródłem opresji i cierpienia, ale skarbnicą wiedzy na temat życia, wskazówką do szukania sensu i celowości własnego istnienia? Jak chce przekonać mężczyzn, do których mówi, że to, co musimy zrobić, to zabić archetypiczną figurę mężczyzny, zaś na piedestale postawić figurę czułej matki?

Czy gdyby zrezygnował z takich określeń jak „patriarchat” czy „dziadocen”, to po przeczytaniu tego posta niejeden prawicowiec pomyślałby „dobrze gada, polać mu”? Jest dla mnie pewnym paradoksem, że ludzie ze środowisk stawiających na sztandary hasła inkluzyjności, tolerancji, akceptacji i empatii, używają języka, który wyklucza konserwatywnego Innego.

Konserwatywny Inny ma w takiej sytuacji dwa wyjścia – albo przyjąć tę narzucaną mu przez  – nazwijmy to umownie – antypatriachalną stronę narrację, jednocześnie uznając swoją uprzednią tożsamość za toksyczną, albo udać się na wewnętrzną emigrację.

Ktoś może zarzucić mi, że przykład powyższego wpisu jest przestrzelony, zaś autor nie miał intencji konstruowania tożsamościowego przekazu dla swojego plemienia. I jeżeli chodzi o intencje, to z pewnością jest to prawda. Wpis Staronia jest dla mnie tylko pewnym przykładem, inspiracją dla szerszej refleksji. Z pewnością można by było w tym miejscu podać inne, bardziej jaskrawe i adekwatne przykłady.

Moja refleksja jest przede wszystkim wyrazem subiektywnego odbioru, który można streścić w sposób następujący: widzę sensowną treść, ale odrzuca mnie forma. Porusza ona bowiem te pojęcia i skojarzenia, które dla mojej konserwatywnej wrażliwości są ważne.

Żeby nie było, że oskarżam tylko tzw. lewą stronę debaty – my przecież po prawej stronie robimy to samo. Ileż to razy takie określenia jak „libki”, „lewaki”, „wokeiści” czy „współcześni poganie” tak naprawdę służyły nie tyle do tego, by wyrazić to, co rzeczywiście uważamy za prawdę i próbować innych do naszej racji merytorycznie przekonać, ale raczej do tego, aby umocnić nasza grupową tożsamość?

Wszyscy więc mniej lub bardziej używamy słów, które maja budować naszą grupową, plemienną identyfikację. Funkcjonują one niczym dogmaty – pozwalają nam na coś w rodzaju „wspólnego wyznania wiary”, psychologicznego doświadczenia uczestnictwa i przynależności do grupy wyznającej jedną, jedyną i słuszną wizję rzeczywistości.

I do jakiegoś stopnia jest to naturalne – potrzebujemy poczucia przynależności do grupy i związanego z tym bezpieczeństwa. To jasne, że każdy z nas ma wizję rzeczywistości, którą uważa za najbliższą prawdy. Jak zauważył Jean Paul-Sartre, jeżeli wyznajemy jakiś pogląd, to tak jakbyśmy chcieli powiedzieć całemu światu, że każdy powinien myśleć dokładnie tak jak my.

Pomimo jednak pewnej „naturalności” takiej tendencji, uważam, że w debacie publicznej mamy do czynienia z daleko idącą przesadą. Słowa i pojęcia przestały spełniać kryteria arystotelesowskiego adequatio – zgodności myśli z rzeczywistością, przy całej pokornej świadomości tego, co możemy poznać, co realnie wiemy, a czego nie wiemy i prawdopodobnie nigdy nie poznamy. Nie interesuje już nas treść wypowiadanych słów, lecz emocje, które ze sobą niosą. I widać to dobrze na przykładzie powyższego wpisu.

Zgadzam się ze Staroniem, że potrzebujemy wspólnoty i współpracy. Ale czy musiał on komunikować słuszną treść  jednocześnie częściowo stygmatyzując to, co jest dla mojej konserwatywnej wrażliwości czymś ważnym i drogim?

Jeżeli nie spróbujemy odrzeć pojęć, których używamy, z plemiennych emocji, by dotrzeć do ich realnej treści, to dalej będziemy grać w grę zwaną „polityką tożsamości”. To zaś z pewnością nie przybliży nas do zbudowania narodowej, republikańskiej wspólnoty.

A może czas przestać się oszukiwać i przyznać, że tak naprawdę nikogo z nas nie interesuje prawda?  Że interesuje nas tak naprawdę dobre samopoczucie wynikające z przynależności do plemiennej wspólnoty posiadającej określoną prawdę o świecie?

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.