Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Czy Putin buduje drugie ZSRR? Rosyjski spazm postimperialny na oczach całego świata

Od 24 lutego wszyscy żyjemy wojną w Ukrainie. Dla większości komentatorów to kolejny dowód na to, że imperializm jest wpisany w DNA rosyjskiej państwowości. Gdy jednak przyjrzymy się bliżej kremlowskiej ideologii, to okaże się ona na wskroś nacjonalistyczna. Nacjonalizm zaś z gruntu wyklucza jakikolwiek imperialny projekt. Paradoksalnie więc obecna wojna może być przejawem ostatecznego upadku rosyjskiej idei imperialnej. Przekonuje Paweł Rojek w rozmowie z Cezarym Boryszewskim.

Cezary Boryszewski: Wygląda na to, że bardzo się pomyliłeś. 

Paweł Rojek: Dlaczego?

W 2014 roku, po rozpoczęciu agresji Rosji na Ukrainę, napisałeś książkę Przekleństwo imperium, w której przekonywałeś, że Rosja wcale nie odbudowuje dawnego imperium. Ta diagnoza jest już nieaktualna, prawda? 

Wręcz przeciwnie, obecne wydarzenia tylko ją potwierdzają. Tak naprawdę jesteśmy świadkami ostatecznego końca rosyjskiego projektu imperialnego. Walka mieszkańców Ukrainy przeciwko próbom włączenia ich do rosyjskiej strefy wpływów świadczy o tym, że całkowicie wyczerpał się potencjał integracyjny Rosji. Zostaje naga przemoc, a na niej nie można zbudować niczego trwałego. Uważam więc, że pod tym względem moja diagnoza jest wciąż aktualna. Nie spodziewałem się jednak, że dojdzie do wojny na wielką skalę. W swojej książce argumentowałem, że taka wojna po prostu nie opłaca się rosyjskim elitom, które z jednej strony muszą eskalować napięcie, by zyskać poparcie społeczeństwa, z drugiej strony są jednak zależne od stosunków gospodarczych z Zachodem, więc napięcie to nie może przekroczyć pewnej granicy. Z tego punktu widzenia próba zajęcia Ukrainy, która doprowadziła do regularnej wojny i potężnej reakcji Zachodu, okazała się wielkim błędem rosyjskich elit. Podobnie jak wielu innych komentatorów nie wyobrażałem sobie, że może do tego dojść.

A jednak o. Wojciech Surówka, dominikanin, znawca filozofii rosyjskiej, który przez wiele lat pracował w Kijowie, pisał w kwietniowym „Znaku”, że „jest dokładnie odwrotnie, niż twierdzi Rojek: neoimperializm staje się coraz mocniejszy. Nawet jeśli założymy, że Putin zdecydował się na budowanie państwa narodowego, jest to mimo wszystko państwo o charakterze imperialnym, twórcza kontynuacja dwóch poprzednich imperiów: rosyjskiego i sowieckiego”. To brzmi dość wiarygodnie. 

W obliczu brutalnej agresji akademickie rozważania na temat różnic między imperializmem a nacjonalizmem mogą wydawać się niepotrzebnym dzieleniem włosa na czworo. W końcu oba okazały się równie groźne. Mimo to uważam, że powinniśmy starać się rozpoznać, z czym tak naprawdę mamy do czynienia.

Otóż nie ma czegoś takiego jak narodowe imperium. To drewniane żelazo. Imperia są, co prawda, tworzone przez pewne narody, które mogą czerpać z nich korzyści, ale z istoty mają charakter ponadnarodowy. Jeśli używamy pojęcia imperium w jakiś inny sposób, przestaje ono uchwytywać tę zasadniczą cechę, odróżniającą je od innych formacji politycznych. Do stworzenia imperium potrzebna jest więc jakaś ideologia, która może uzasadniać dołączenie wielu narodów do wspólnego projektu. Ściślej rzecz ujmując, wystarcza ideologia, która może uzasadniać współpracę elit peryferii z elitami centrum. To właśnie ta współpraca jest konieczna do stworzenia systemu imperialnego.

Doskonałym przykładem imperium był Związek Radziecki. Dominacja Rosji została formalnie ukryta pod fasadą uniwersalistycznej ideologii. Dzięki temu nawet Polacy mogli tłumaczyć swoje podporządkowanie tym, że przecież wspólne z radzieckimi towarzyszami walczyli o światową sprawę socjalizmu. Ideologia nie musiała być zresztą przyjmowana na serio, wystarczało tylko jej zewnętrzne manifestowanie. Nawet w takiej postaci pozwalała na usprawiedliwienie podległości. Starałem się opisać te mechanizmy w swojej wcześniejszej książce Semiotyka Solidarności. To jednak właśnie ta lekceważona często warstwa ideologii ostatecznie legitymizowała władzę imperium. Gdy jej w końcu zabrakło, Związek Radziecki rozpadł się jak domek z kart.

Czy w Rosji nie ma dziś imperialnej ideologii? Aleksander Dugin, który nazywany jest mózgiem Putina, od lat głosi przecież konieczność budowy eurazjatyckiego imperium. 

W Rosji istnieje wiele nurtów ideowych. Starałem się je z grubsza opisać w Przekleństwie imperium. Niektóre, jak eurazjatyzm, rzeczywiście mają charakter neoimperialny. Dugin bardzo wyraźnie mówi o budowie imperium nie na podstawie etnicznej, lecz ideologicznej.

Rzecz jednak w tym, że Dugin po początkowym oczarowaniu Putinem stał się jego zaciekłym krytykiem. Jego zdaniem Putin nie realizował swojej historycznej misji odbudowy imperium na nowych przesłankach. Projekt Unii Eurazjatyckiej, po której tak wiele sobie obiecywał, został już niemal porzucony. Teraz dopiero, po rozpoczęciu regularnej wojny, Dugin znów zaczął wierzyć w Putina i umieszcza ekstatyczne wpisy w mediach społecznościowych. Moim zdaniem eurazjatyzm, choć zachowuje pewne wpływy w kręgach militarnych, nie jest wcale uzasadnieniem obecnej polityki Kremla.

To co w takim razie jest ideologiczną podstawą wojny w Ukrainie? 

Przyjrzyjmy się oficjalnym wypowiedziom. Ich świetnym podsumowaniem jest słynny artykuł niejakiego Piotra Akopowa Nadejście Rosji i nowego świata, który ukazał się 26 lutego 2022 roku na stronie agencji RIA Novosti. Najwyraźniej był przygotowany wcześniej, gdy uważano, że w ciągu kilku dni Rosjanie zdobędą Kijów.

Według Akopowa głównym celem Rosji miało być zjednoczenie rzekomo podzielonego jednego narodu zamieszkującego Rosję, Białoruś i Ukrainę. Jak sądzę, wizja ta jest dość reprezentatywna dla oficjalnej ideologii Kremla. Podobne wątki można znaleźć w wypowiedziach Putina czy Ławrowa. Taka wspólnota narodowa niewątpliwie wykracza poza obecne granice państwowe, dlatego może uzasadniać ich zmianę. Jest jednak jasne, że ma zasadniczo charakter narodowy, a nie ponadnarodowy.

Czy jednak nasza kategoria narodu ma zastosowanie do przypadku Rosji? Naród rosyjski kształtował się inaczej niż narody europejskie. 

To prawda. Państwowość rosyjska niemal od samego początku miała charakter imperialny, najpierw w formule dynastycznej, potem religijnej, oświeceniowej, panslawistycznej i w końcu komunistycznej. Pojęcie narodu rosyjskiego nosi ślady tej historii. Mamy właściwie dwa słowa, które często nie są właściwie rozróżniane.

Słowo russkij ma mniej lub bardziej etniczny sens, natomiast słowo rossijskij jest szersze, ma charakter bardziej państwowy. Rosyjskość w tym drugim sensie jest wyraźnie reliktem imperialnym. Podobnie dwuznaczny sens miało zresztą dawniej słowo „Polak”, mogło bowiem odnosić się do etnicznych Polaków albo szerzej – do obywateli wielonarodowej Rzeczypospolitej.

Władze rosyjskie ostentacyjnie podkreślały swój nie tylko russkij, ale i rossijskij charakter. Ta semantyczna ostrożność wynikała z tego, że wiele zamieszkujących Federację Rosyjską mniejszości uznaje się za Rossijan, ale nie za Russkich. Nacjonalistyczne hasło „Rossija dlia russkich” było traktowane jak śmiertelne zagrożenie dla integralności Federacji Rosyjskiej. Świadectwem zwrotu nacjonalistycznego we współczesnej Rosji jest właśnie coraz większy nacisk na „ruskość”. W końcu rosyjski świat, w imię którego toczy się wojna, to właśnie russkij, a nie rossijskij mir.

A czy nie jest tak, że Putin chce po prostu znów odzyskać wpływ nad terytorium byłego ZSRR? 

Związek Radziecki był prawdziwym wielonarodowym imperium spajanym przez znakomicie rozwiniętą ideologię marksizmu-leninizmu. Tylko taka uniwersalistyczna ideologia mogła uzasadnić połączenie w jednym organizmie tak wielu rozmaitych narodowości. Ideologia rosyjskiego świata obejmuje tylko część dawnego Związku Radzieckiego. Prócz Rosji, Białorusi i Ukrainy włącza jeszcze może część Kazachstanu i Mołdawię. W żadnej interpretacji nie mieszczą się w niej jednak dawne republiki bałtyckie czy azjatyckie.

Formuła narodowa rosyjskiego świata jest po prostu znacznie węższa niż przesłanka klasowa, na której był zbudowany Związek Radziecki. Jej zakres przypomina raczej Rosję z XVII wieku, może nawet jeszcze przed przyłączeniem lewobrzeżnej Ukrainy. Chociażby więc z powodów ideologicznych Rosja nie może nawet próbować odtworzyć imperium w poprzednich granicach. Prócz tego dochodzą kwestie gospodarcze, polityczne, społeczne i militarne.

Nie znaczy to oczywiście, że obecne władze nie wykorzystują postimperialnej traumy Rosjan. To właśnie tęsknota za utraconą wielkością jest paliwem napędzającym społeczną machinę putinizmu. Jak na ironię realizuje ona politykę, która w istocie zamyka imperialny okres dziejów Rosji.

Czy jednak takiego „zbierania ziem ruskich” nie można uznać za tworzenie imperium? Przecież Rosjanie właśnie próbują rozszerzyć swoje granice!

Nie każde wyjście poza własne granice jest imperializmem. Moim zdaniem projekt rosyjskiego świata wprost wyklucza swoje dalsze imperialne rozwinięcie. Podstawą potęgi imperium jest bowiem inkluzywny charakter, pozwalający na włączanie wielu kolejnych narodowości. Ideologia rosyjskiego świata jest po prostu zbyt ekskluzywna, by oprzeć na nim jakiś szerszy projekt integracyjny. Nie oznacza to jednak, że nie może uzasadniać krwawej wojny, czego jesteśmy teraz świadkami. W historii przejście od formuły imperialnej do narodowej łączyło się często właśnie z eskalacją przemocy.

Przypominam, że transformacja Imperium Osmańskiego do narodowej Turcji wiązała się z ludobójstwem Ormian. To straszna cena za zmianę przesłanki legitymizacyjnej. Z punktu widzenia ofiar nie ma większego znaczenia, czy zbrodni dokonuje się w imię odbudowy imperium, czy tylko ustalenia granic wyobrażonego narodu. Dlatego wydaje mi się, że tak łatwo myli się agresywny nacjonalizm z agresywnym imperializmem.

Co więcej, sami Rosjanie nie mają chyba jasności, co właściwie robią. Wielu z nich może myśleć, że faktycznie odbudowują utracone imperium. Na nagraniach z wojny można zobaczyć, że żołnierze rosyjscy wywieszają na czołgach wyciągnięte z jakichś magazynów radzieckie flagi. Logika jest jednak nieubłagana. Jawna walka w imię jakiegoś narodu po prostu wyklucza budowę ponadnarodowej wspólnoty.

Przywołam bliski mi przykład tej sprzeczności. 6 maja Rosjanie ostrzelali rakietami muzeum Grigorija Skoworody pod Charkowem. Skoworoda był ukraińskim filozofem, wybitnym platonikiem, jego brat był zresztą pradziadkiem Włodzimierza Sołowjowa.

Atak na muzeum nie miał żadnego sensu militarnego, chodziło tylko o uderzenie w ukraińskie dziedzictwo kulturowe. Rzecz jednak w tym, że samo muzeum powstało jeszcze w czasach sowieckich i było ważnym elementem prowadzonej przez ZSRR inkluzywnej polityki narodowościowej. Paradoksalnie Rosjanie niszczą więc nie tylko dziedzictwo ukraińskie, lecz także dawny radziecki projekt ideologiczny, którego rzekomo są spadkobiercami. To się kompletnie nie trzyma kupy.

A co z III Rzeszą? Czy to nie była próba zbudowania nacjonalistycznego imperium?

Nazizm nie był etnicznym nacjonalizmem. Niemcom udało się stworzyć wizję, w której mogli odnajdywać się także przedstawiciele innych narodów. Nie chodziło w niej tylko o wąsko rozumiany naród niemiecki, ale o szerszą jedność rasową, wiążącą się w jakiś niejasny sposób z kulturą. Wizja nazistowska okazała się jednak zbyt wąska, by stworzyć coś trwalszego. Niemcy nie mieli np. żadnej sensownej propozycji dla Słowian, dlatego właśnie Tysiącletnia Rzesza trwała zaledwie 12 lat.

Nie ma więc żadnych szans na realizację idei rosyjskiego świata? 

Codziennie dowiadujemy się, że idea ta nie tylko nie wywołuje zainteresowania, ale budzi zbrojny opór tych, do których była adresowana. To coś niesamowitego. Rosyjskojęzyczni obywatele wschodniej Ukrainy, będący na dodatek często wiernymi Ukraińskiego Kościoła Prawosławnego Patriarchatu Moskiewskiego, a więc z pozoru idealni mieszkańcy rosyjskiego świata, zamiast witać swoich wyzwolicieli chlebem i solą, strzelają do nich z javelinów.

Każdy z nas widział filmiki, na których dzielni ukraińscy żołnierze kwieciście klną po rosyjsku, dokładnie tak samo jak ich przeciwnicy. Mieszkańcy Charkowa nie różnią się właściwie niczym, jeśli chodzi o pochodzenie etniczne, przynależność wyznaniową czy dziedzictwo kulturowe od mieszkańców Biełgorodu po drugiej stronie granicy. Różnią ich tylko wybory aksjologiczne, polityczne i tożsamościowe. To całkowita kompromitacja ideologii Kremla. To tak jakby Niemcy zajmujący w 1938 roku Sudety spotkali się z heroicznym oporem zamieszkujących je niemieckojęzycznych obywateli Czechosłowacji. Projekt ideologiczny rosyjskiego świata po prostu nie wypalił.

Klęska ideologiczna ma o wiele większe znaczenie niż fatalne wyposażenie czy nieudolne dowodzenie rosyjskiej armii. Przypominam, że triumfalny artykuł Akopowa, zaplanowany do automatycznej publikacji trzeciego dnia wojny, został pospiesznie usunięty ze strony RIA Novosti, bo okazało się, że zbyt rażąco nie przystaje do rzeczywistości.

Jak wobec sprzeciwu rosyjskojęzycznych mieszkańców Ukrainy Rosja może więc uzasadniać swoją agresję? 

Na razie nie widać jakiejś sensownej propozycji. To zresztą kwadratura koła. Niszczenie rosyjskojęzycznych miast, które miało się wyzwalać, jest jawnym absurdem. Żeby było jeszcze dziwniej, wyrażenie russkij mir można tłumaczyć nie tylko jako rosyjski świat, lecz także jako rosyjski pokój. Sprzeczność ideologii i rzeczywistości musi w końcu doprowadzić do jakiegoś przesilenia. Wydaje mi się, że może ona być zresztą powodem, dla którego Rosjanie stają się coraz bardziej brutalni. Żołnierze zaczynają sobie uświadamiać, że ich walka nie ma żadnego sensu. Znikają więc wszelkie ograniczenia.

Wspomniałeś o groźbie, jaką niesie hasło „Rosja dla Ruskich”. Czy rosyjski nacjonalizm może doprowadzić do rozpadu samej Rosji? 

Federacja Rosyjska jest państwem, które zamieszkuje dziesiątki narodów i grup etnicznych. Rosjanie stanowią około 75% ludności. Jest jasne, że na dłuższą metę trudno będzie prowadzić politykę nacjonalistyczną. Na razie jednak jakoś się to udaje.

To właśnie członkowie mniejszości etnicznych z dalekich prowincji Rosji stanowią trzon rosyjskiej armii w Ukrainie. Z jednej strony służba wojskowa jest dla nich atrakcyjną drogą awansu, z drugiej zaś dowódcy wolą ryzykować życie przedstawicieli mniejszości, których rodziny mają mniej możliwości do wyrażania niezadowolenia.

Jest coś niesamowitego w tym, że w imię rosyjskiego świata Dagestańczycy, Czeczeni i Buriaci popełniają zbrodnie na Ukraińcach. W dłuższej perspektywie ideologia rosyjskiego świata może rzeczywiście zagrażać spójności samej Rosyjskiej Federacji. Przestrzegałbym jednak przed fantazjowaniem o rychłym rozpadzie kraju. Trudno przypuścić, by te części Rosji, które zostały włączone do niej przed XVII wiekiem, mogły nagle wytworzyć tożsamość pozwalającą na dążenie do uzyskania niepodległości.

Jaką rolę odgrywa dziś rosyjska cerkiew? Dlaczego patriarcha Cyryl jawnie wspiera wojnę? To się nie mieści w głowie. 

Teologia polityczna prawosławia jest trochę inna niż zachodniego chrześcijaństwa. Na Zachodzie przyzwyczailiśmy się do tego, że władze świecka i kościelna wchodzą ze sobą w konflikty. Prawosławie dziedziczy natomiast bizantyjską wizję chrześcijańskich cesarzy gwarantujących jedność i czystość doktryny. Stąd domyślną opcją jest wsparcie władzy. Tak zresztą było w Rosji nawet w czasach komunistycznych.

Religijne uzasadnienie brutalnej agresji przeciwko innemu chrześcijańskiemu narodowi jest jednak czymś, co trudno pojąć nawet w ramach tej tradycji. Rola kościoła prawosławnego w projekcie rosyjskiego świata jest jednak kluczowa. Zgodnie z nim podstawą jedności podzielonego narodu ma bowiem być właśnie wspólne dziedzictwo kulturowe, w tym przede wszystkim jedność wyznania uosabiana przez moskiewskiego patriarchę.

Poparcie Cyryla dla wojny nie jest więc czymś przypadkowym. Sama doktryna rosyjskiego świata była zresztą formułowana przy wielkim udziale jego poprzednika, patriarchy Aleksego. Gdyby Cyryl potępił wojnę, byłby to cios w samo serce rosyjskiego świata.

Czy takie stanowisko patriarchy nie budzi jednak sprzeciwu ze strony prawosławnego duchowieństwa wiernych? 

Oczywiście, zwłaszcza w Ukrainie. Przypominam, że Ukraiński Kościół Prawosławny podlega pod Patriarchat Moskiewski. Zwierzchnik tego Kościoła, Onufry, bardzo ostro potępił rosyjską agresję. Ponoć już połowa parafii przestała wspominać imię patriarchy Cyryla podczas liturgii, co jest wstępem do rozerwania jedności kościelnej.

Być może w najbliższym czasie wielu wiernych przejdzie do podlegającego pod Konstantynopol Kościoła Prawosławnego Ukrainy. Postawa Cyryla wywołuje też sprzeciw w samej Rosji, choć jest on mniejszy, niż moglibyśmy się spodziewać. Sam jednak tłumaczyłem niedawno dla Wirtualnej Polski jednoznaczne wypowiedzi rosyjskiego prawosławnego publicysty, Sergieja Czapnina, za które zresztą grozi mu w Rosji do 15 lat więzienia. Mam nadzieję, że nikt tam na nie nie natrafi.

A prawosławni na świecie? 

Większość bez wahania potępia rosyjską agresję. Wielkie wrażenie zrobiła na mnie przygotowana przez Brandona Gallahera i Pantelisa Kalaitzidisa deklaracja prawosławnych teologów dotyczącą ideologii rosyjskiego świata. Została ona opublikowana po angielsku, grecku i w wielu innych językach, także po polsku. Nie pozostawia suchej nitki na teologiczno-politycznej wizji patriarchy Cyryla. Deklaracja została jak dotąd podpisana przez prawie 1500 prawosławnych teologów z całego świata. Są wśród nich najwybitniejsi współcześni myśliciele prawosławni. To pokazuje stopień marginalizacji rosyjskiego prawosławia.

Metropolita Hilarion, intelektualna gwiazda moskiewskiego patriarchatu, znakomity teolog, kompozytor, subtelny intelektualista odpowiadający za relacje cerkwi z zagranicą, został niedawno z hukiem wyrzucony z Uniwersytetu we Fryburgu za to, że nie potępił rosyjskiej agresji. W tym czasie na uroczystości z okazji urodzin Cyryla wygłosił referat, w którym chwalił działalność ekumeniczną patriarchy. Przypomnę, że jej rezultatem jest zerwanie łączności z większością prawosławnych Kościołów na świecie. Przykro mi to mówić, ale rosyjskie prawosławie staje się tym, czym było do XVII wieku. Niewielką, agresywną, prowincjonalną wspólnotą celebrującą swoje bezzasadne poczucie wyższości.

Jak głęboko sięgają kulturowe źródła obecnej wojny? Czy rację mają ci, którzy potępiają dziś całą rosyjską kulturę? Czy Fiodor Dostojewski popierałby Putina?

To pytania, które zadają sobie teraz chyba wszyscy badacze kultury rosyjskiej. Akurat przypadek Dostojewskiego jest chyba jednak dość jasny, bez trudu można go sobie wyobrazić w koszulce ze znakiem Z, w końcu znamy jego poglądy polityczne z Dziennika pisarza.

Obserwuję, że wielu znajomych badaczy filozofii rosyjskiej przeżywa obecnie kryzys i zaczyna skłaniać się do myśli, że wojna w Ukrainie jest niejako naturalnym rezultatem rozwoju całej rosyjskiej kultury. Sam niedawno przeglądałem opublikowany przez Ministerstwo Obrony Ukrainy spis żołnierzy z 64 Samodzielnej Brygady Zmechanizowanej, która dokonała zbrodni wojennych w Buczy. Zacząłem zwracać uwagę na historyczne nazwiska. Jakoś nie zdziwili mnie tam Uljanow, Własow czy Breżniew, nawet Donskoj, Romanow i Suworow, ale na liście byli też Riepin, Niestierow i Skriabin, a także Leontiew i Sołowjow.

A więc rzeźnia w Buczy jest kulminacją całej rosyjskiej historii? 

Z pewnością wielka część kultury rosyjskiej jest głęboko uwikłana w imperializm. Największy rosyjski poeta, Aleksander Puszkin, napisał słynny wiersz Oszczercom Rosji, w którym ostro bronił prawa Rosji do brutalnego zdławienia powstania listopadowego. Argumenty z tego wiersza pojawiają się do dziś w rosyjskiej propagandzie.

Ewa Thompson w swojej książce Trubadurzy imperium bezlitośnie odnajdywała wątki kolonialne w twórczości rosyjskich pisarzy, nawet takich, którzy (jak Lew Tołstoj czy Aleksander Sołżenicyn) stawali w opozycji do władzy. Wreszcie niedawno przypomnieliśmy sobie o jadowitym wierszu wielkiego noblisty Josifa Brodskiego Na niepodległość Ukrainy.

Mimo to byłbym bardzo ostrożny w potępieniu całej rosyjskiej kultury. Wielu jej przedstawicieli potrafiło wyzwolić się z imperialnej formy. Tołstoj w końcu zaczął dostrzegać, że ukochana Rosja jest więzieniem dla zamieszkujących ją narodów, a Sołżenicyn, jak wskazywała Thompson, w kolejnych wydaniach Oddziału chorych na raka usuwał swoje wcześniejsze uwagi o Uzbekach.

Teksty filozofa Włodzimierza Sołowjowa o problemach narodowych w Rosji wyglądają jak aktualna publicystyka antywojenna. Dziś zapewne groziłaby mu odpowiedzialność za rozpowszechnianie fałszywych informacji o Siłach Zbrojnych Federacji Rosyjskiej. Pamiętajmy, że kolonializm jest niestety dość powszechną cechą światowej literatury. Powieści Jane Austen też zawierają niepokojące świadectwa wyzysku innych ludów. Problemem jest więc nie tyle obecność wątków kolonialnych, co sposób, w jaki się dziś do nich odnosimy. Kultura rosyjska, odpowiednio czytana, może stać się wielką szkołą przezwyciężania toksycznego dziedzictwa.

Czy można jednak dalej kochać rosyjską literaturę i filozofię? 

To dla mnie bardzo ważne pytanie. Sam przecież zajmuję się filozofią rosyjską. Właśnie kończę książkę o myśli ks. Pawła Florenskiego. Gdy dowiedziałem się o ataku Rosji na Ukrainę, przypomniałem sobie o Marianie Zdziechowskim. To były profesor naszego uniwersytetu, wybitny znawca myśli rosyjskiej, słuchacz wykładów Sołowjowa, przyjaciel wielu rosyjskich filozofów. W czasach brutalnej rusyfikacji potrafił zarazem dostrzegać wielkość rosyjskiej kultury, jak i jednoznacznie krytykować jej wynaturzenia i podatność na instrumentalizację przez władzę.

Jak wskazywał, wielu rosyjskim myślicielom brakowało wrażliwości na zło, dlatego tak często uzasadniali rosyjską rzeczywistość społeczną i polityczną, zamiast ją krytykować. Myślę, że postawa Zdziechowskiego jest dziś aktualna. Wskazywał on też, że podobne zagrożenia dotyczą każdej kultury. Nietrudno sobie wyobrazić, że również polski romantyczny mesjanizm mógłby stać się instrumentem podobnej cynicznej polityki.

Dlaczego Putin ma wciąż takie poparcie? Ponoć znacząco wzrosło ono po 24 lutego. 

Rosjanie kompensują sobie realny brak demokracji i biedę wspomnieniami swojej imperialnej wielkości. Upadek każdego imperium przynosi traumę, która utrzymuje się przez pokolenia. Dawne zachodnie imperia po utracie kolonii żyły przynajmniej w wolności i dostatku, a upadek Związku Radzieckiego przyniósł wiele lat politycznego chaosu, upokorzeń i nędzy.

Świat nie okazał też Rosjanom oczekiwanego przez nich szacunku, traktował ich jak przegranych, a nie jak tych, którzy sami wyrzekli się swojej niebezpiecznej wielkości. Stąd rozczarowani Rosjanie tak chętnie przyjęli powrót łagodnego autorytaryzmu, który dawał nadzieję na odzyskanie utraconej dumy. System władzy Putina perfekcyjnie nauczył się cynicznie wykorzystywać postimperialną traumę Rosjan. W zamian za wolność dawał im złudzenie mocy. Każdy kolejny konflikt międzynarodowy zapewniał wzrost słupków poparcia. Władze przy tym roztropnie nie eskalowały napięcia, zadowalały się efektami wewnętrznymi.

Niestety teraz mechanizm ten przestał być już tylko wewnętrzną sprawą Rosji. Chore rosyjskie fantazje zaczęły się urzeczywistniać. Putin zapewne przez nieostrożność doprowadził do realnej wojny na wielką skalę. Rosjanie teraz stali się zakładnikami systemu. Stawka sprzeciwu wobec władzy się zwiększyła. Nie chodzi tylko o rosnącą represyjność systemu, ale przede wszystkim o coraz większe koszty psychologiczne przejścia do opozycji. Trzeba uznać, że jest się członkiem wspólnoty, która ma krew na rękach.

Obserwując swoich rosyjskich znajomych, widzę, że mało kogo stać na taki ruch. Działa tu bezbłędnie mechanizm dysonansu poznawczego, opisany przez Leona Festingera. Dlatego właśnie do Rosjan nie docierają informacje o zbrodniach wojennych. Oni po prostu nie chcą, by do nich trafiały. Blokady psychologiczne są tu o wiele ważniejszym czynnikiem niż działania Roskomnadzora. To jednak oznacza, że system nie może już ewoluować. Albo będzie trwać wiecznie, albo gwałtownie upadnie. Jak na razie oba scenariusze są trudne do wyobrażenia.

Gdy już jednak dojdzie do upadku tego systemu, co można zrobić, by znów nie odrodziły się niebezpieczne tendencje w rosyjskiej polityce?

30 lat nie wystarczyło na wyleczenie syndromu postimperialnego. Znamy z historii przypadki radykalnej przemiany kulturowej, ale dokonywały się one najczęściej w warunkach okupacji. Tak doszło do przekucia tożsamości niemieckiej lub japońskiej. Na razie jednak nie zanosi się na żadną okupację Rosji. Warto jednak zwrócić uwagę, że w obu wspomnianych przypadkach przemiana polegała nie tyle na dekonstrukcji, co raczej rekonstrukcji tożsamości. Udało się odnaleźć w dziedzictwie tych narodów wątki, które pozwalały na rozwinięcie ich w innych kierunkach. Wydaje mi się, że podobny proces mógłby dokonać się w Rosji.

Kultura rosyjska to bowiem nie tylko pochwała wielkich przestrzeni. W Przekleństwie imperium pokazywałem, że nawet emblematyczna dla rosyjskiego imperializmu idea Rosji jako Trzeciego Rzymu bywała interpretowana na różne sposoby. Czasami stawała się inspiracją dla rozwoju w głąb, a nie wszerz.

Rosja ma długą tradycję religijnego lub kulturowego izolacjonizmu, który, co prawda, sprzeciwiał się Zachodowi, ale jednocześnie nie planował jego podboju. Paradoksalnie takie właśnie myślenie można znaleźć u Iwana Iljina, który uchodzi za ulubionego filozofa Putina. Putin oczywiście wcale nie realizował jego wizji, tylko wykorzystywał go do uzyskania poparcia wśród elit. Timothy Snyder zupełnie bezzasadnie zrobił z Iljina ideologa rosyjskiego faszyzmu.

Myślę, że wielkim zadaniem przyszłej Rosji będzie właśnie reinterpretacja jej własnego dziedzictwa kulturowego. Najpierw sądziłem, że wojna w Ukrainie sprawi, że przez lata badania filozofii rosyjskiej nie będą nikomu potrzebne. Teraz widzę, że mogą się one przyczynić do ostatecznego pokonania upiora rosyjskiego imperializmu.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych.

Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o zachowanie informacji o finansowaniu artykułu oraz podanie linku do naszej strony.