Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Integralny pro-life. Aborcja i wojna to dwie strony jednego medalu

Integralny pro-life. Aborcja i wojna to dwie strony jednego medalu Autor: Marek Grąbczewski

Żyjemy w kulturze anestezjologicznej, która znieczula nas nadmiarem wrażeń. Spowszedniały nam wizerunki zakrwawionych płodów na ulicy, niespecjalne poruszają nas już filmiki z palącymi się w czołgu żołnierzami. Dzieje się tak, ponieważ uwierzyliśmy w ideologie, które oddalają nas od kultury życia. Czy wojna na Wschodzie i na nowo rozgorzała dyskusja o aborcji na Zachodzie będą w stanie nas otrzeźwić? Podejmujemy więc refleksję nad tymi zjawiskami: estetyką, etyką, metafizyką i polityką zarówno płodów, jak i wojny. Nie epatujemy cierpiętnictwem, chcemy szukać nadziei.

Witamy w Polsce

Uciekasz przed wojną z małym dzieckiem w ramionach bez męża, którego powołano do wojska, zostawiłaś mieszkanie, dorobek całego życia zniknął za twoimi plecami. Spędziłaś w podróży 2 tygodnie, połowę z tego w kolejce już na granicy. Za tobą został cały znany ci świat. Choć nie uciekałaś bezpośrednio przed bombami, to przecież nadal używasz smartfona, widzisz więc, że z twojego miasta, a najprawdopodobniej i twojego mieszkania, zostały gruzy.

Od kilku dni nie masz żadnej informacji od męża. Nie potrafisz przestać czytać wiadomości o wojnie, wszyscy w Polsce i na całym świecie nią żyją. Niby z wojny uciekłaś, ale nadal na niej mentalnie jesteś. Nie potrafisz oderwać wzroku od nagranych amatorsko filmików krążących po sieci, pokazujących palące się czołgi, ginących ludzi. Czytasz o gwałtach. Zahukana i zlękniona przekraczasz granicę. Potrzebujesz ciepłego posiłku, prysznica, normalnego snu.

Przy całym tym przygranicznym rwetesie już po stronie polskiej dobiegają do ciebie zdeterminowani ludzie, którzy krzyczą coś niezrozumiałego. Wręczają kilka ulotek, machają rękami, proszą, żebyś podała dalej. Widzisz na tych ulotkach martwe, zakrwawione i zmiażdżone ciało płodu, migają ci przed oczami słowa napisane po ukraińsku: „Jeśli zabieg przebiegnie z komplikacjami i będzie pani korzystać z pomocy lekarskiej, organy ścigania muszą wszcząć postępowanie wyjaśniające, jak doszło do próby aborcji”.

Tak wyobrażam sobie sytuację, w której znalazły się Ukrainki uciekające z wojny, które oprócz niezbędnej pomocy tak hojnie świadczonej przez wolontariuszy otrzymały również od przedstawicieli Fundacji Życia i Rodziny Kai Godek właśnie takie ulotki rozpoczynające się dość ironicznie od sformułowania: „Witamy w Polsce”. Akcja, którą trudno interpretować inaczej niż w kategoriach potrzeby sprowokowania kolejnego skandalu, wywołała powszechne oburzenie.

Na wszystkich poziomach było to zachowanie nieetyczne. Brak wrażliwości na wojenną traumę, dokładanie emocjonalnego bagażu osobom i tak już ciężko doświadczonym przez życie, zdeptanie godności ciała ludzkiego i używanie makabrycznych wizerunków w celu sprowokowania moralnego szoku, skazanie na ten widok nie tylko wykończonych wojną i podróżą matek, ale też dzieci.

Reakcją, którą obserwowałem wśród znajomych po ulotkowym skandalu Kai Godek, było przekonanie, że wojna pokazuje, jak wszystkie spory rozpalające polityków i media w Polsce w ostatnich latach były błahe i pozbawione realnego znaczenia. W tym skandalu było coś diabelsko groteskowego. Wielokrotnie spotykałem się z opinią, że na tle wojny blaknie spór PiS-u z PO lub wojny kulturowe – gender, LGBT, aborcja. Takie nastroje dopadły również publicystów.

Tomasz Terlikowski napisał tekst, w którym przekonywał, że konserwatyści w obliczu wojny powinni zawiesić spór wokół agendy obyczajowej. Stwierdzał, że „abyśmy mogli się spierać o wartości, o religię, o «małżeństwa gejowskie», musimy mieć minimalną wolność. Putin nikomu jej nie gwarantuje. Z tej perspektywy więc – przynajmniej na czas tej potężnej wojny – warto wstrzymać się od eskalowania obyczajowych sporów, etycznych dylematów” (Terlikowski, 2022).

Problem aborcji jednak nie zniknie. Wojna nie unieważnia śmierci dokonywanej w białych rękawiczkach w klinikach aborcyjnych, tak samo jak troska o dzieci prenatalne nie unieważnia szacunku wobec cierpienia uchodźców uciekających z wojny.

Ulotki Kai Godek nie były jedynymi broszurami dotyczącymi aborcji, jakie rozdawano Ukrainkom. Działaczki Aborcyjnego Dream Teamu oraz organizacji Women Help Women zachęcały kobiety uciekające z wojny do skorzystania z pomocy w usunięciu ciąży. Ten problem nie zniknie, nawet jeśli bardzo będziemy go nie dostrzegać. Gdy piszę te słowa, w Stanach Zjednoczonych sędziowie Sądu Najwyższego przymierzają się do unieważnienia historycznego wyroku Roe przeciwko Wade z 1973 roku.

W wyniku tej sprawy aborcja została w USA uznana za legalną. Teraz jest szansa, aby się to zmieniło. Zmiana prawa to jednak nie wszystko, a organizacje pro-life, mam tu na myśli przede wszystkim te polskie, powinny znaleźć nowy język i nową strategię polityczną, jeśli rzeczywiście i w sposób integralny chcą chronić życie. Taki język i taką strategię polityczną proponujemy w tej tece „Pressji”.

Trzy analogie, trzy paradoksy

Piszemy również o wojnie, bowiem wbrew pozorom aborcja i wojna to dwie strony tego samego medalu. Oba te zjawiska należą do kultury śmierci, tak wyraziście wyeksponowanej zarówno w kontekście wojny, jak i aborcji w ulotkowym skandalu sprowokowanym przez Fundację Życia i Rodziny.

Orężem tej kultury jest wolność pojęta skrajnie indywidualistycznie, co prowadzi ostatecznie do panowania silnych nad słabymi. W obu tych wypadkach wola uprzywilejowanej strony godzi w niewinnych. Niezależnie od tego, czy chodzi o bezbronne kobiety uciekające z wojny, czy bezbronne dzieci prenatalne, na których dopuszcza się aborcji (zob. Evangelium Vitae, 19).

I nie, nie porównuję kobiet decydujących się na aborcję do Władimira Putina. Decyzja o usunięciu ciąży często jest dramatyczna, wynika nierzadko z ekstremalnie trudnych doświadczeń życiowych. Różna jest również świadomość społeczna dotycząca zła wojny i zła aborcji. Nadal przecież dość powszechne jest przekonanie, że aborcja to tylko zabieg medyczny, trudno zaś znaleźć kogokolwiek, kto sądziłby, że wojna to zwyczajne działanie polityczne. Przede wszystkim nie chodzi mi tutaj o porównywanie win. Oba te zjawiska dużo więcej dzieli, niż łączy. Efekt jest taki sam – giną niewinni.

Za tą podstawową analogią idą trzy następne, każda z nich zawiera w sobie pewien paradoks, dzięki któremu możemy spostrzec, że kultura śmierci, choć istnieje realnie, to tak naprawdę nie przystaje do rzeczywistości. Oddala nas od kultury życia i Logosu.

1. Ideologia

Władimir Putin wierzy w ideologię ruskiego miru. Zgodnie z jej wykładnią Ukraińcy to młodsi bracia Rosjan, naród będący częścią wielkiej ruskiej rodziny połączonej prawosławiem i cyrylicą. A jednak przywódca Rosji zdecydował się swoich braci masowo zabijać. Wierzy bowiem również, że bez Ukrainy nie będzie w stanie utrzymywać mocarstwowego statusu swojego państwa, a więc ostatniego argumentu legitymizującego jego władzę.

Aby uratować ruski mir (niebagatelne znaczenie ma fakt, że mir w języku rosyjskim oznacza zarówno świat, jak i pokój), Putin musi niejako składać swoich braci Ukraińców w ofierze. Żeby ideologia konstytuująca porządek polityczny w Rosji mogła trwać, trzeba Ukraińców zabijać. Putin nie zwariował, działa według swojej logiki. Jego ideologia jest jednak paradoksalna: każe mu kochać Ukraińców i jednocześnie ich mordować.

Paradoksalna jest również ideologia reprezentowana przez proaborcyjnych ideologów. Podstawowym argumentem na rzecz aborcji podnoszonym w debacie publicznej jest odwołanie do praw człowieka. Kobiety mają prawo do samostanowienia. Są autonomicznymi jednostkami, więc mogą decydować o własnym ciele. Tymczasem za ideą praw człowieka od zawsze stała troska o najsłabszych. Nie ma zaś istot bardziej niewinnych i bezbronnych niż ludzkie płody. Dyskusja o tym, czy dzieciom prenatalnym należą się prawa człowieka, przypomina tę, czy chłopi pańszczyźniani są ludźmi.

Oczywiście spór rozstrzyga się tutaj o osobowy status poczętego życia. Katolicy uznają człowieczeństwo od poczęcia. Jak pokazuje tekst Pawła Grada Bez metafizyki nie da się pojąć, że poczęty płód jest człowiekiem, za taką decyzją stoją konkretne argumenty, nie jest to decyzja arbitralna. Przyjmując więc katolickie stanowisko, nie sposób nie zarzucać zwolennikom aborcji myślenia paradoksalnego.

Wątpliwe jest też, czy ta paradoksalność całkowicie znika, gdy stwierdzamy, że zarodek a później płód to tylko potencjalny człowiek. Powszechnie dziś dba się przecież o dobrostan zwierząt, podkreśla ich niewinność i bezbronność w relacji do często okrutnych ludzi, coraz powszechniej mówi się również o prawach zwierząt. Jak można nie bronić praw istot ludzkich, a jednocześnie domagać się praw zwierząt ze względu na ich niewinność i bezbronność? Bo zarodków i płodów po prostu nie widać?

Jak słusznie pokazuje w tym numerze Łukasz Murzyn, prawa człowieka wskazują, że nikt nie może podlegać niczyjemu panowaniu, a uzależnienie tych praw od jakiegokolwiek arbitralnego warunku jest sprzeczne z tą ideą. Tymczasem ludzkim płodom takich praw się odmawia, więc – zgodnie z tym myśleniem – można pozbawiać je życia. W ideologii reprezentowanej przez proaborcyjne środowiska dostrzegamy paradoks. Wszyscy mamy prawa człowieka, o ile jesteśmy wystarczająco silni i niezależni, aby się o te prawa upomnieć. Nie możemy zabijać nikogo, no chyba że jest płodem – najbardziej niewinną i zależną ludzką istotą jak to tylko możliwe.

2. Parodia

Putinowska ideologia ma swoje historyczno-ideowe źródła. Jednym z nich jest koncepcja Moskwy jako trzeciego Rzymu, wypracowana przez mnicha Filoteusza, najprawdopodobniej pod koniec XV wieku. Jej kluczowa teza brzmi: pierwszy Rzym upadł na skutek herezji, drugi Rzym – Konstantynopol – na skutek zdrady prawdziwej wiary, trzecim Rzymem jest Moskwa, a czwartego już nie będzie. Dlatego prawdziwą stolicą chrześcijańskiej cywilizacji jest stolica rosyjskiego państwa.

Rosja to strażniczka prawdziwej wiary, która została wypaczona zarówno w rzymskim, jak i konstantynopolskim chrześcijaństwie. Ta różnie rozumiana w dziejach Rosji koncepcja teologiczna tłumaczy wiele z dzisiejszej rzeczywistości, np. szatańskie zaangażowanie patriarchy Cyryla w usprawiedliwianie rosyjskiej inwazji, i to z Ewangelią na ustach. Kolejnym paradoksem jest więc fakt, że religia miłości zostaje tutaj zamieniona na religię przemocy. Staje się jej parodią.

Z podobną parodią chrześcijaństwa mamy do czynienia w ramach myślenia reprezentowanego przez aborcyjnych ideologów, podkreślam „ideologów”, nie zaś przez wszystkie osoby dokonujące aborcji często w sytuacjach granicznych. Podstawowym nakazem moralnym płynącym z Ewangelii jest naśladowanie Boga. Jednak nie w jego wszechmocy i absolutnej podmiotowości, ale czynieniu ofiary z siebie na rzecz innych. Ofiary dokonanej przez Chrystusa na krzyżu. Tylko taka ofiara może tworzyć kulturę życia.

Tymczasem, jak zauważa Bartosz Brzyski w tekście Mistyczne ciało Strajku Kobiet, gdy posłucha się części aborcyjnych ideologów, można odnieść wrażenie, że aborcja jest konieczną ofiarą dla uzyskania przez kobiety podmiotowości. Uwalnia je z rozumienia kobiecości redukowanej do macierzyństwa. Ofiara nadal jest podstawowym nakazem moralnym, zmienia się tylko jej sens. To już nie ofiara z siebie na rzecz innych, lecz ofiara z innych na rzecz własnej podmiotowości. Aborcja staje się niejako sakramentem. To kolejny paradoks tego myślenia. I znowuż, choć na innym poziomie, religia miłości staje się religią przemocy, parodią.

3. Anestetyka

Kultura śmierci przejawia się nie tylko na poziomie ideologii i można ją odczytywać nie tylko jako parodię chrześcijaństwa, ale wpływa również na nasze postrzeganie świata. Świata, który im bardziej bombarduje nas coraz bardziej drastycznymi obrazami, tym mocniej znieczula naszą wrażliwość. Kultura śmierci jest jednocześnie kulturą anestezjologiczną, kulturą nieczułości. Sprawia, że przestajemy prawdziwie widzieć ludzi, którzy tracą swoje życie bez względu na to, czy chodzi o nienarodzonych, narodzonych, dzieci prenatalne lub te, którym pozwolono na narodziny.

Dlatego też tak łatwo powszednieją nam drastyczne obrazy z wojny i tak łatwo przechodzimy z oburzenia do obojętności, gdy widzimy drastyczne zdjęcia płodów na naszych ulicach. Jak pisze Kamil Wons w tym numerze „Pressji”, utraciwszy umiejętność przeżywania śmierci, czynimy z niej pornografię. Czytamy bowiem, że „tak jak pornografia wyrywa ciała (a nawet ich poszczególne członki) z kontekstu, dehumanizuje aktorów i sam stosunek seksualny, tak wydaje się, że obrazy zwłok w trakcie wojny są oddzielone od swoich posiadaczy. Tyczy się to w równym stopniu ofiar masakr w Buczy lub Irpieniu, co i rosyjskich czy ukraińskich żołnierzy. Stają się one jedynie dekoracją, statystyką, a wręcz świetnym powodem do kpin”.

Ten sam proces dotyczy również najbardziej drastycznych przedstawień płodów – są tak samo anonimowe, fragmentaryczne i nieludzkie jak ofiary masakr w Buczy i Irpieniu. Dlatego tak nieznośne również dla przeciwników aborcji są ulotki Fundacji Kai Godek. Jeśli szanuje się godności osoby ludzkiej, to nie można w sferze publicznej pokazywać kompletnie anonimowych, martwych i rozszarpanych płodów. Przynosi to na dodatek efekt odwrotny do zamierzonego. Ludzie oswajają początkowy szok, a wstrząsające obrazy stają się tylko dekoracją, statystyką, a nawet – wśród zwolenników aborcji – powodem do kpin.

Gdy estetykę etymologicznie związaną z wrażliwością pozbawi się wartości, wówczas jej miejsce zajmie anestetyka, znieczulenie, nieczułość. Obrazy i wrażenia, które pochłaniamy, mają nas tylko otumanić, zapewnić trwanie bez bólu, ale i bez kontaktu z rzeczywistością.

Integralny pro-life

Kultura życia ukrywa się gdzieś pod powierzchnią tych iluzji. Integralny pro-life oznacza zerwanie wygodnych masek. Maski zarówno aborcjonisty ukrytego pod paradoksalną ideologią, jak i współczesnego pro-lifera, który – jak słusznie pokazuje Piotr Wilkin – skrywa swoją polityczną słabość pod niemoralnym makiawelizmem lub – jak pokazują teksty Andrzeja Ciepłego i Marii Libury – redukuje swoją działalność do lobbowania na rzecz zaostrzenia prawa i happeningów, zamiast dbać o dobrostan nieuleczalnie chorych dzieci i sierot. Zrywa maski putinowskiej ideologii, pokazuje bezsilność intelektualną zachodnich elit w obliczu dramatu wojny, elit zaczadzonych kosmopolityzmem, pacyfizmem i neoliberalizmem. W tym numerze „Pressji” wszystkie te maski staramy się zrywać.

Ukazanie złudności kultury śmierci musi zaprowadzić nas z powrotem do rzeczywistości, bezpośredniego doświadczania życia. Zachęca nas do uważności, dostrzeżenia konkretu, na przykład człowieka lub sytuacji, które wymagają od nas reagowania, czułości i wrażliwości. Tylko dzięki wyrwaniu się z anestezjologicznej kultury będziemy w stanie dostrzegać bezbronność i niewinność. Chcemy być w tych ponad trzydziestu tekstach przewodnikami na drodze do kultury, która na nowo zatętni życiem.

Wielką tajemnicą jest to, że sytuacje graniczne, takie jak wojna czy utrata dziecka, zdolne są dostarczać nam nie tylko bólu i cierpienia, ale również dobra i łaski. Jak pisze św. Paweł w Liście do Rzymian, „gdzie jednak wzmógł się grzech, tam jeszcze obficiej rozlała się łaska, aby jak grzech zaznaczył swoje królowanie śmiercią, tak łaska przejawiła swe królowanie przez sprawiedliwość wiodącą do życia wiecznego przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego” (Rz 5, 20-21).

Bez tej wojny nie byłoby ukraińskiego bohaterstwa ani bezprecedensowej skali pomocy niesionej Ukraińcom przez polskie społeczeństwo. Bez cierpienia, jakie idzie za utratą dziecka, nie byłoby wielu dojrzałych relacji rodziców, którzy właśnie w tych granicznych sytuacjach w cichości swoich domów budują nową kulturę życia. Nie byłoby w końcu docenienia fenomenu życia, heroizmu matek i ojców wychowujących niepełnosprawne dzieci.

Pięknie opowiada o tym w tym numerze „Pressji” Ewa Liegman z Hospicjum Perinatalnego Pomorze Dzieciom. Jej słowa najlepiej oddają radykalną nadzieję, a więc najgłębszy sens chrześcijaństwa. Liegman wyznaje, że „to nieprawdopodobnie, jak relacja może się pogłębić pomiędzy mężczyzną i kobietą w tych trudnych okolicznościach. Dla mnie to jest bardzo wzruszające. Szczególnie patrząc na mężczyzn, którzy często są ofiarami stereotypu, że kiedy pojawia się problem, najczęściej uciekają. Tutaj rzeczywiście można odzyskać wiarę w prawdziwe męstwo i ojcostwo, w którym można wzrastać. […] Mamy tutaj takie powiedzenie: w ciągu jednego dnia można przeżyć całe swoje życie. To dotyczy ludzi, którzy zaczynają i kończą swój życiorys na porodówce, ale też ludzi, którzy żyją kilkadziesiąt lat na świecie, a dopiero w momencie ostatecznej diagnozy budzą się i stwierdzają, że czas do tej pory przeciekał im przez palce. Często spotykam się z sytuacją, w której pacjenci wychodzą ze spotkań z nami, mówiąc, że żyli w jakimś matriksie, w letargu i chcieliby zapisać swój życiorys zupełnie inaczej. Słowa nie obejmą tego doświadczenia, trzeba je przeżyć”.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego.

Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o zachowanie informacji o finansowaniu artykułu oraz podanie linku do naszej strony.