Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

„Złodziejstwo przy likwidacji było straszne”. Fragment książki „Nie ma i nie będzie” Magdaleny Okraski

Dawne pole wydobywcze przy ulicy Beethovena jest w sierpniowy upalny dzień zupełnie puste i nieruchome. Kto miałby tu zresztą czegokolwiek szukać? W Wałbrzychu wiele ulic prowadzi na przykopalniane osiedla na obrzeżach, które stanowiły kiedyś bramę do świata pracy tysięcy osób. Dziś, gdy tych kopalń – a często i tych ludzi – w mieście nie ma, ruch i gwar w okolicy zanikł. Nikt nie ma już interesu, by postać we wrotach do nieistniejącej kopalni, psa z kulawą nogą nie interesują odrapane szkielety budynków i trzymające się na słowo honoru kamienice.

Jesteście kosztem społecznym

Jeszcze do 1998 roku właśnie tutaj, pod ziemią, pracowali górnicy z Kopalni Węgla Kamiennego „Wałbrzych”, a potem z zakładu przetwórczego „Antracyt” – przez ich cztery ostatnie, schyłkowe lata. Na miejscu pozostało niewielkie osiedle ceglanych górniczych domów, przeorane siatką wąskich, stromych uliczek, niekoniecznie wyasfaltowanych. Między domami cisza, biega tylko kilkoro dzieci z piłką i patykami. Popatrują na obcych, ale nic nie mówią.

Droga pomiędzy domami przechodzi w żwir i piach, a prowadzi prosto pod musztardowożółty, obłażący z tynku budynek „A” byłych Zakładów Koksowniczych „Wałbrzych”. Niżej już tylko puste pole, trawa, niewielkie drzewka, które zdążyły wziąć we władanie teren i teraz porastają ogromny płaski plac przede mną, tę górniczą Pustynię Błędowską, wypełnioną ciszą, bzyczeniem os, chrzęszczeniem szkła pod butami.

Siedząc na kamieniu z widokiem na tę zombie-kopalnię, wypijam na odwagę Piasta Mocnego z puszki i wracam na Beethovena. Przy drodze na osiedle – przytulony do samego skraju kopalnianego pola wydobywczego niewielki, ubogi domek z dmuchanym dziecięcym basenem obok. Młoda kobieta wiesza w upale pranie na sznurkach; szybko wyschnie.

Chcę pukać do mieszkań górniczych rodzin i pytać o przeszłość, o feralny 1994, a potem 1998 rok, o cały ten bolesny okres półwegetacji Wałbrzycha, który nastąpił później, chcę z tą moją niepustą jeszcze puszką po piwie grzebać w otwartych ranach – ale nawet pukać nie muszę, bo oto z jednej z klatek górniczej kamienicy wychodzi wysoki, postawny mężczyzna po czterdziestce, z młodą żoną i kilkuletnim dzieckiem. Kierują się do srebrnego auta zaparkowanego pod oknami, ale po drodze jestem ja i cała historia górnictwa wałbrzyskiego.

– Mam czterdzieści pięć lat – opowiada po chwili mężczyzna, którego imienia nigdy nie poznam. – Dwadzieścia lat temu zwolniono mnie z kopalni, tej tutaj, KWK Wałbrzych. Złodziejstwo przy likwidacji było straszne, nikt się z tym nawet nie ukrywał. Potem robiłem na Antracycie. To była już kopalnia likwidacyjna, na przeczekanie.

Górnicy siedzieli na dole pod stemplami, a na górę wyjeżdżały na złom kombajny, ciężarówki warte miliony. Dokąd, po co? Kto wie. Ostatnie dwadzieścia lat to straszny okres dla Wałbrzycha. Czas biedaszybów to czas najgorszej nędzy. Przez te wszystkie lata jeździliśmy z żoną do pracy do Niemiec, rok w rok. Dopiero czwarty rok, jak przestaliśmy jeździć. Dopiero teraz się poprawia.

W Wałbrzych uderzyła pierwsza fala dzikiej likwidacji polskiego górnictwa, na długo przed tym, nim doświadczył jej Górnośląski Okręg Przemysłowy. Zlikwidowano cztery kopalnie: Victoria, Thorez, Wałbrzych i Julia. Cztery kopalnie to kilkanaście szybów i pól wydobywczych. Cztery kopalnie to dziesiątki tysięcy ludzi, którzy niemal z dnia na dzień zostali pozbawieni jedynego zajęcia, jakie znali, w dodatku w pośpiechu, chaotycznie i w atmosferze traktowania z góry. Koło napędowe tych likwidacji nazywa się Tadeusz Syryjczyk, minister przemysłu w rządzie Tadeusza Mazowieckiego. To nielubiane w mieście nazwisko.

„Pismo z dnia 20 lutego 1990 roku Przewodniczącego Komisji Górniczej NSZZ »Solidarność« Ziemi Wałbrzyskiej Krzysztofa Betki do Ministra Przemysłu Tadeusza Syryjczyka. Do pisma dołączone było opracowanie wykonane przez pracowników Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie i Biura Projektów w Gliwicach pt. »Opłacalność eksploatacji dolnośląskich kopalń węgla kamiennego«, w którym w pkt. 1 wniosków końcowych stwierdzono, że kopalnie wałbrzyskie nigdy nie osiągną kosztów wydobycia takich, do których społeczeństwo nie musiałoby dopłacać, a więc należy je zlikwidować. W tym celu dyrekcje powinny przygotować programy likwidacyjne. Likwidacja prowadzona będzie równolegle z tworzeniem w Wałbrzychu nowych miejsc pracy.

I właśnie niezrealizowanie ustaleń tego zespołu stało się przyczyną tragedii społeczeństwa wałbrzyskiego. Minister równocześnie powołał Zespół Przygotowawczy, którego zadaniem było zbadanie przyczyn, celu, potrzeb i warunków likwidacji kopalń wałbrzyskich. Zespół ten potrzebował tylko siedem dni na zbadanie przyczyn, celu, potrzeb i warunków likwidacji, i już 30 października 1990 roku wydał opinię, że postawienie w stan likwidacji czterech kopalń wałbrzyskich jest celowe” – pisze Jerzy Kosmaty, legenda górnictwa wałbrzyskiego, w rozprawie Wałbrzyskie tereny pogórnicze po piętnastu latach po zakończeniu eksploatacji węgla.

Początek restrukturyzacji kopalń wałbrzyskich to 15 listopada 1990 roku, a planowany termin ich ostatecznej likwidacji miał przypadać na 31 grudnia 1995 roku. Wierzono wtedy, że operację, która miała właściwie zmienić charakter całego miasta i postawić pod znakiem zapytania los tysięcy ludzi, da się „przeprowadzić bez kosztów społecznych”.

Koszt społeczny był wtedy właściwie retorycznym ozdobnikiem – nikt się nie spodziewał, co to sformułowanie będzie tak naprawdę oznaczać. Nikt nie dałby też wtedy wiary, że pod tą zgrabną frazą, jak pod parasolem, kryć się będą napady na sklepy, biedaszybnictwo i głodne dzieci. Że „koszt społeczny” równa się: dorośli bez wypłat i nastolatkowie bez zimowych kurtek.

„Tak ogromny proces likwidacyjny był przeprowadzany w Polsce po raz pierwszy i może dlatego restrukturyzację górnictwa w Dolnośląskim Zagłębiu Węglowym prowadzono w sposób chaotyczny i nieskoordynowany. Działania ograniczone zostały praktycznie do fizycznej likwidacji kopalń; zakończenia wydobycia, redukcji zatrudnienia i sprzedaży majątku bez realnej wyceny jego rzeczywistej wartości. Nie przeprowadzono również właściwej oceny społecznych, ekonomicznych i gospodarczych konsekwencji likwidacji Zagłębia Wałbrzyskiego” – pisze Kosmaty.

Kto to jest prawdziwy górnik

Nikt tutaj głośno nie mówi, że mężczyźni, którzy poszli kopać w biedaszybach, gdy brakowało chleba, nie są prawdziwymi górnikami – ale to sformułowanie wisi w powietrzu podczas wielu rozmów.

Gdy spotykam się w gwareckiej izbie pamięci z sześcioma byłymi górnikami z kilku kopalń zlikwidowanych na początku lat 90., żaden z nich nie chce drążyć tematu biedaszybów i straszliwej biedy, która przeorała miasto dwadzieścia kilka lat temu. W zamian wolą opowiadać o zawodzie, o którym nostalgiczną pamięć kultywują w swoim liczącym kilka sal klubie-muzeum w piwnicy jednej z kamienic w centrum Wałbrzycha.

Na ścianach ogromne, zapierające dech kolekcje pamiątek z wielu lokalnych kopalń, nie tylko z czasów PRL-u, ale i grubo wcześniejsze – poniemieckie. Leżą, wiszą, stoją i pozują do zdjęć przedmioty dnia codziennego i narzędzia potrzebne do mozolnej pracy pod ziemią, ale także te ozdobne, mające wartość wybitnie wspomnieniową – malowane talerze dekoracyjne i tradycyjne kufle piwne z corocznej biesiady górniczej. Pomysłowość twórców kufli wydaje się być nieograniczona – a to piło się któregoś roku z ceramicznej baby z cycami (ale bez głowy), a to z rogu myśliwskiego czy buta.

Pan Zbyszek, prowadzący tę chyba najciekawszą w Polsce, choć ciasną izbę pamięci o przerwanej brutalnie historii górnictwa, pokazuje z dumą ogromną kolekcję lamp górniczych i każe zgadywać, na jakie paliwo działały. Mamy tu karbidówki, lampy naftowe, starsze i nowsze latarki. Lampa trzymana w ręce i czołówka to przedmioty ważne dla górnika. Gdy w kopalniach nie było górnego oświetlenia elektrycznego, ułatwiały pracę, a może i ratowały życie.

W kącie stoją XIX-wieczne, przykurzone narzędzia – kilofy, maski, hełmy, a nawet aparaty tlenowe oraz sporo nieco zardzewiałych artefaktów niewiadomego (dla oka laika) zastosowania. Pytam o wszystko. Podziwiam manekina w paradnym mundurze górniczym. Przeglądam uważnie kronikę Dolnośląskiego Gwarectwa Węglowego w Wałbrzychu, którą panowie wręczają mi z pietyzmem. Między czarnymi tłoczonymi okładkami jest wszystko – opowieść, z której są dumni. Idealnym, kaligrafowanym pismem opowiedziano tu historie licznych szybów, poziomów, wież. Towarzyszą im zdjęcia: sepiowe, czarno-białe lub niebieskawe (kolorowa fotografia lat 80.).

Opowieści o dumie przeplatają się z tymi o porażkach, choć słowo to jest starannie pomijane w relacjach. Gwarkowie podają z termosu mocną kawę w specjalnej filiżance ze złotym brzegiem i górniczym godłem, zwanym po śląsku pyrlik i żelazko, a w innych częściach kraju znanym jako górnicze młotki. Przyjechałam z Zagłębia Dąbrowskiego, więc widuję je na co dzień, ale tutaj, w otoczeniu tych starszych, spracowanych, a jednak tryskających energią i dowcipnych mężczyzn, nabierają specjalnego znaczenia. Jestem bliżej ich przeszłości, ale i teraźniejszości.

Jeszcze przed moim przyjazdem prowadzący izbę gwarectwa pan Zbyszek mówi mi przez telefon, że są w Wałbrzychu dwie grupy byłych górników: ci, którzy czują się sprzedani i oszukani, i ci, którzy podpisali w imieniu miasta wyrok śmierci, czyli musieli tamtych sprzedać. Obie grupy mają swoje historie, racje i resentymenty – a także nadal nie są w stanie usiąść przy jednym stole. Pyta, z którymi chcę rozmawiać, bo w zależności od tego, kogo zapytam, usłyszę inną historię Wałbrzycha.

Chcę rozmawiać ze wszystkimi, dlatego teraz piję czarną jak bryła węgla kawę z tymi, którzy nigdy nie musieli robić na dziurach. O biedaszybach wiedzą, mieli kolegów, którzy musieli tam kopać, by zarobić na chleb dla dzieci. Ale unikają tematu, ucinają wątki, wracają do czasów świetności miasta, jakby historia upadku była zbyt wstydliwa, nawet gdy byłeś teoretycznie tylko jej świadkiem. – To było dawno – mówią, ale jednocześnie chętnie opowiadają o czasach, które były jeszcze dawniej.

Bo w Wałbrzychu nie dało się nie doświadczyć na własnej skórze ponurego okresu szarości, biedy i niepewności, który teraz, z perspektywy czasu, niektórzy chcą łagodnie nazywać „przemianami”.

– Dwadzieścia lat od zamknięcia kopalni to jest nic – mówi mi pan Zbyszek, gdy w pobliżu nie ma kolegów. – To nadal żyje. I jest ten cierń, że „Solidarność” wystąpiła do ministra o likwidację miejsc pracy. Premie szły z Warszawy za przyspieszenie likwidacji.

Zagłębie trzeba zrozumieć. Ma ponad 700 lat, na Górnym Śląsku wtedy kozy pasali. Staramy się podtrzymywać tę pamięć, dziedzictwo. Co roku organizujemy tak zwaną szychtę szkolną dla młodzieży. I konkurs rysunkowy „Mój dziadek był górnikiem”. Zwycięzcy dostają podczas Barbórki mundur. Kilka lat temu uczestniczyło w tym pięćset dziewięćdziesięcioro dzieci. Po co to robimy? Żeby umiały odróżnić górnika od kominiarza. – Pan Zbyszek śmieje się, ale dość gorzko.

Wałbrzyscy gwarkowie podtrzymują tę lepszą część pamięci, godną opowieść o trudzie, pracy, mozole i nagrodzie. Wspominają wypadki, śmierci kolegów, wyjazdy ostatnich wagoników. Biedaszybników trochę się wstydzą, jakby ta część historii upadku miasta była mniej wyjściowa, niepiękna, a więc niewarta odnotowania.

Gdy jeden z byłych górników żegna się wcześniej i opuszcza nasze kilkugodzinne posiedzenie nad kawą, sokiem i chipsami, pytam szybko:

– Z czym się panu kojarzy takie nazwisko: Balcerowicz?

– W skrócie? Jedno jajko na tydzień – odpowiada i zamyka za sobą drzwi.