Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Formuła abstrakcyjnych, indywidualistycznych i liberalnych praw człowieka w dużej mierze się zużyła

Formuła abstrakcyjnych, indywidualistycznych i liberalnych praw człowieka w dużej mierze się zużyła Mathias P.R. Reding/unsplash.com

Prawa człowieka stały się podstawowym językiem, za pomocą którego formujemy nasze sądy moralne. O ile jednak pierwsza generacja praw człowieka wydawała się niekontrowersyjna, to powstanie kolejnych katalogów zrodziło wątpliwości co do wystarczalności tej koncepcji. Abstrakcyjne, indywidualistyczne i nasiąknięte liberalizmem prawa człowieka łatwo oskarżyć o imperializm kulturowy i ignorowanie wartości, chociażby takich jak wspólnota. Przede wszystkim jednak trudno na gruncie tej koncepcji uzasadnić zobowiązania, jakie powinniśmy podjąć, aby stawić czoła współczesnym wyzwaniom. O idei praw człowieka i jej słabościach rozmawia Maciej Witkowski z dr Magdaleną Gawin, filozofką z Uniwersytetu Warszawskiego.

Jeśli możesz przekaż nam 1% podatku. Nasz numer KRS: 0000128315.
Wspierasz podatkiem inny cel? Przekaż nam darowiznę tutaj!

Czy twoim zdaniem koncepcja praw człowieka przechodzi obecnie kryzys? Czy ta formuła trochę się wyczerpała?

Myślę, że tak. Najczęściej postrzegamy prawa człowieka jako autonomiczne, tzn. niezależne od konkretnego porządku ustrojowego. Wydawałoby się, że skoro prawa człowieka jawią się jako niezależne, to ich ewentualny kryzys powinien wynikać z utraty wiary w ich moc wiążącą. Sądzę jednak, że ten kryzys wynika w pewnej mierze z tego, że nowoczesne prawa człowieka są wpisane w określony porządek ustrojowy, oparty (w przypadku państw zachodnich) na demokracji reprezentacyjnej. Jeśli przyjmiemy to założenie, to obserwowany kryzys praw człowieka można powiązać z problemami, jakie dotykają tę nowoczesną formę ustrojową. Demokracje, które wykształciły się po II wojnie światowej, przeżywają obecnie kryzys. Fundamentem normatywnym dla tych ustrojów, a co za tym idzie dla konstytucji wielu państw, są prawa człowieka.

Jest do dobrze zilustrowane m.in. w koncepcji Habermasa, który twierdził, że normatywną podstawą procesu legitymizacji władzy powinien być ustrój zakładający funkcjonowanie praw człowieka. To właśnie w ramach tego mechanizmu powinna rozwijać się demokracja deliberatywna. Habermas zdawał sobie sprawę z wyzwań stojących przed tą formą ustrojową. Nowoczesne demokracje reprezentacyjne przez to, że zakładają udział obywateli, a nie tylko elit, w kształtowaniu polityki państwa i porządku prawnego, próbują łączyć dwa normatywne stanowiska – republikańskie, zakładające partycypację i zaangażowanie obywatelskie, z nowoczesnym liberalizmem, który pojmuje tę kwestię jako oddzielenie sfery prywatnej od publicznej oraz udział władzy eksperckiej w kształtowaniu polityki państwa.

Demokracja deliberatywna miała być odpowiedzią na to wyzwanie. Jej podstawę stanowiło tworzenie przestrzeni dyskusji, która angażowałyby aparat władzy w sprawy polityczne obywateli i zrazem czyniła go bardziej czułym na potrzeby społeczne. W praktyce jednak projekt demokracji deliberatywnej nie zniósł omawianego napięcia, które w efekcie przejawiało się m.in. w braku zaangażowania politycznego obywateli oraz dominującego przekonania o braku wpływu na podejmowane przez władzę decyzje polityczne. Teoretycznie ten stan rzeczy nie powinien mieć wpływu na autorytet praw człowieka. Jednak można zaobserwować zjawiska, które uzasadniają diagnozę ich kryzysu. Zaczerpnąć je można chociażby z analiz Chantal Mouffe i Ernesto Laclau, którzy podobnie jak Habermas dostrzegają zagrożenie dla nowoczesnych demokracji w postaci swoistego deficytu demokracji, występującego w ich obrębie. Twierdzą jednak, że zastane procedury wyłaniania reprezentacji nie pozwolą na zmianę tego stanu rzeczy. W ich przekonaniu sytuacja ta wywołuje głęboką frustrację i niezgodę wśród obywateli, co skutkuje tendencjami antysystemowymi, skrajnymi i populistycznymi. Inaczej mówiąc, strukturalne problemy demokracji parlamentarnych wywołują zjawiska podważające ich własne podstawy, w tym jedno z podstawowych normatywnych założeń, jakim są prawa człowieka.

Wydaje się jednak, że ta kwestia uderza w prawa człowieka rykoszetem. Wielu krytyków twierdzi, że powody kryzysu są znacznie głębsze. Jak można to rozumieć?

Tak, drugi powód kryzysu jest związany z samą konstrukcją praw człowieka. Bardzo cenię całą procedurę, która doprowadziła do uchwalenia Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka. Pomyślano ją tak, aby uczestniczyli w niej przedstawiciele bardzo różnych ludów i kultur, dzięki czemu nie była zupełnie zamknięta ideologicznie. Znajdują się tam prawa socjalne, prawa wskazujące na wartość wspólnoty, religii i kultury. Niemniej jednak w pewnym momencie, tj. w latach 60., podzielono prawa człowieka na tzw. generacje – wyróżnia się ich trzy lub cztery. Założenie jest takie, że pierwsza generacja praw ma bezwzględne obowiązywanie. Kolejne zaś mogą być wprowadzane w życie w zależności od możliwości danego państwa. Generacje wskazują zatem na hierarchę praw człowieka. Pierwsza generacja praw to w istocie te liberalne. Stąd też częste przekonanie, że prawa człowieka to w istocie prawa liberalne.

Co więcej, moglibyśmy powiedzieć, że poza ogólnymi sporami ideologicznymi istnieją także globalne wyzwania, np. kryzys klimatyczny, a także te związane z brakiem wystarczających narzędzi, aby chronić to, co lokalne, przed wielkim kapitałem. Można wskazać mnóstwo współczesnych wyzwań, które nie zostały ujęte w prawach człowieka.

Powszechna Deklaracja Praw Człowieka w swoich zapisach skupia się przede wszystkim na ochronie ludzi przed naruszeniami wynikającymi ze struktury władzy. Wynika to m.in. z historii praw człowieka, którą wiązać należy z deklaracjami XVIII-wiecznymi (dodajmy na marginesie, że ich historii można doszukiwać się wcześniej, np. w Wielkiej Karcie Swobód z 1215 roku). Jakkolwiek ich wymowa była szersza, to jednak skupiono je przede wszystkim wokół ochrony praw indywidualnych przed nadużyciami ze strony władzy. Tym niemniej, a może właśnie dlatego, nie odpowiadają one na zagrożenia ściśle współczesne, które wynikają np. z wyzysku będącego udziałem wielkich korporacji. Możemy założyć, że prawa człowieka powinny nas przed tym zabezpieczać, ale żadne o tym wprost nie traktuje. Podobnie katalog praw człowieka zawiera prawo do korzystania z czystego środowiska, ale nie ma w nim obowiązku ochrony środowiska naturalnego lub zwierząt. A być może właśnie takiej idei normatywnej dziś potrzebujemy.

Dodajmy tu pewien kontekst polityczny. Otóż model państw, który wyłonił się po II wojnie światowej, był oparty o ideę państwa opiekuńczego. To na nim spoczywała odpowiedzialność za kształtowanie polityki gospodarczej, rozwiązywanie problemów społecznych itd. Nic dziwnego, że zgodnie z Powszechną Deklaracją Praw Człowieka to właśnie państwo jest zobligowane do zapewnienia tych praw swoim obywatelom. Pod koniec lat 70. i na początku 80. doszło do zmiany w sposobie postrzegania obowiązków państwa. Było to związane ze zwrotem neoliberalnym. Zakładał on uniezależnienie gospodarki od polityki oraz uznanie, że to rynek powinien regulować wiele kwestii społecznych. Żyjemy w świecie, w którym istnieje mnóstwo globalnych korporacji, a ich siła przekracza siłę poszczególnych państw. Sytuacja uległa zasadniczej przemianie. Pytanie jest zatem takie: czy również prawa człowieka nie powinny ulec zmianie i uwzględnić te przekształcenia, np. poprzez obciążenie korporacji obowiązkiem realizowania praw człowieka?

Czy nie sądzisz, że niektóre z tych trudności są odwiecznymi problemami związanymi z koncepcją praw człowieka, które teraz po prostu się intensyfikują? Już Edmund Burke twierdził, że idea abstrakcyjnych, przyrodzonych i niezbywalnych praw człowieka to trochę utopia, gdyż wszelkie prawa rodzą się w konkretnej politycznej wspólnocie.

Z pewnością. Prawa człowieka od samego początku miały wymiar uniwersalistyczny. Tacy myśliciele jak Burke wskazywali, że założenie to jest błędne i mylące, gdyż wszelka implementacja jakichkolwiek norm następuje w warunkach konkretnego państwa. Trudno się z tym nie zgodzić. Nawet tak uniwersalistyczna idea jak prawa człowieka będzie ostatecznie implementowana w ramach konkretnych państw i porządków prawnych. Zarzut dotyczy też tego, że prawa człowieka pojmują społeczeństwo jako zbiór niezależnych jednostek, natomiast nie ujmują go w kategoriach zbiorowości.

Niemniej warto zauważyć, że prawa człowieka rozumiane uniwersalnie i abstrakcyjnie chyba nieprzypadkowo narodziły się wraz z rozwijającym się kolonializmem, który jest wczesną formą globalizacji. Wraz z migracją ludzi pojawiła się potrzeba wypracowania pewnej idei, która przekraczałaby granice i kultury. Ten sposób myślenia odbija się chociażby w konstrukcji Unii Europejskiej. Z jednej strony opiera się ona na projekcie ekonomicznym, który ma tak uzależnić wzajemnie państwa członkowskie, aby nie opłacało się im wszczynać wojen między sobą. Z drugiej strony, żeby ten projekt ostatecznie się powiódł, potrzebny jest proces ujednolicania prawa, a w szczególności norm mających charakter gospodarczy. To zaś nie mogłoby się powieść bez wspólnej normatywnej podstawy, jaką dają prawa człowieka. Być może zatem były one potrzebne ze względu na proces globalizacji.

Oczywiście tej koncepcji często zarzuca się pewnego rodzaju imperializm. Jednak nie da się ukryć, że jest ona przydatna, gdyż w pewnym sensie porządkuje nasz sposób myślenia i pozwala nazwać szereg niepokojących zjawisk moralnych, np. naruszenia praw dzieci czy kobiet, niezależnie od miejsca, w których zachodzą. Niemniej jest prawdą, że koncepcja praw człowieka nie bierze pod uwagę różnic kulturowych i jest ślepa (albo częściowo ślepa) na wartość, jaką stanowi zbiorowość.

Wspomniałaś o liberalnym elemencie praw człowieka. Liberalizm koncentruje się na podkreślaniu znaczenia uprawnień jednostek, przez co jednak nie dostrzega problemów i specyfiki różnych grup mniejszościowych. To chyba też jest problematyczne?

W tym kontekście można przywołać dwa dość silne zarzuty. Pierwszy z nich dotyczy właśnie tego, że prawa człowieka nie dostrzegają zbiorowości i rozmaitych mniejszości, np. głośnej już społeczności LGBT. Z jednej strony prawa człowieka dają tu pewne narzędzia, gdyż wskazują, że każdy powinien mieć równe prawa, niezależnie od indywidualnych uwarunkowań, np. biologicznych. Ale z drugiej strony są nieczułe i niewrażliwe na pewne dylematy i sytuacje konfliktowe, które wynikają ze specyfiki róznych grup.

Drugi zarzut, który ma bardziej funkcjonalny charakter, dotyczy tego, że myślenie w kategoriach praw człowieka zmusza nas do pojmowania jednostek jako głównego podmiotu polityki. W efekcie tak prowadzonego namysłu otrzymamy porządek ustrojowy, który będzie wspierał przede wszystkim prawa jednostkowe, ale utrudni zbiorowe działanie. O tym mówili m.in. Jacques Rancière i Ernesto Laclau. Pojawia się tutaj problem ludu. Cały ustrój ukierunkowany jest na taki proces demokratyczny, który opiera się na zatomizowaniu jednostek, które jako pojedynczy obywatele cieszą się indywidualnymi prawami i możliwością uczestnictwa w życiu politycznym.

Taki ustrój utrudniania manifestowanie się wszelkich zbiorowych form artykulacji woli. Wolę mogą wyrażać przecież nie tylko poszczególne jednostki, lecz także funkcjonująca równolegle do nich zbiorowość. Prawa człowieka zaś nie dostrzegają tego fenomenu. Nic dziwnego zatem, że ludzie w ustroju demokratycznym czują się mniej sprawczy niż powinni.

Na tej podstawie Laclau pokazuje, w jaki sposób związek praw człowieka z poczuciem niskiej sprawczości politycznej społeczeństw prowadzi do populizmu, co sygnalizowałam już wcześniej. Można oczywiście powiedzieć, że populizm jest po prostu wpisany w politykę, ale dotyczy to tylko niektórych jego przejawów. Te bardzo agresywne, destrukcyjne formy populizmu, z którymi mamy do czynienia dziś, będą właśnie wynikały z tłumienia artykulacji woli ludu. Taka stłumiona wola staje się w efekcie dużo gwałtowniejsza i często nakierowuje się na niszczenie systemu. To niezwykle poważne zagrożenie.

Wcześniej wspominałaś o tym, że liberalna i indywidualistyczna koncepcja praw człowieka może utrudniać zmaganie się z wyzwaniami współczesności, przede wszystkim ze zmianami klimatu. Ostatnio Trybunał Sprawiedliwości UE stwierdził, że prawo do oddychania czystym powietrzem jest prawem człowieka. Przeciwnego zdania był polski Sąd Najwyższy, który orzekł, że o takim prawie nie może być mowy. Czy w ogóle takie kwestie da się rozstrzygać w języku indywidualnych praw człowieka? A jeżeli jest to niemożliwe, to jakie alternatywy możemy wskazać?

Można próbować radzić sobie z tymi wyzwaniami przy pomocy zastanych narzędzi. Mamy problem z klimatem, więc możemy tak interpretować prawa człowieka, że będzie z nich wynikało, że każdy człowiek ma prawo do życia w zdrowym środowisku, a zatem państwo powinno zaangażować się w walkę ze zmianami klimatu. Problem polega na tym, że nie jest to wprost zawarte w prawach człowieka, stanowi jedynie interpretację. Z tego powodu prawa człowieka są implementowane w poszczególnych krajach na różne sposoby. Część państw pójdzie taką ścieżką interpretacyjną i zastosuje wynikającą z niej politykę, a inne obiorą przeciwną drogę.

Gdyby zmienić tę perspektywę i bardziej podkreślić znaczenie powinności zbiorowej, zgodnie z którą to my jako ludzkość mamy pewne zobowiązania dotyczące ochrony środowiska, to być może udałoby się rozwiązać pewne problemy. Gdybyśmy jednak chcieli włączyć do praw indywidualnych również prawa zbiorowe, to sukces tego zabiegu interpretacyjnego z punktu widzenia globu wciąż byłby uwarunkowany uniwersalizmem tak rozumianej idei praw człowieka. Stoimy zatem w obliczu problemu, którego powstanie jest oznaką, że być może jako ludzkość dochodzimy do ściany. II wojna światowa była ogromnym kryzysem, jaki wywołał globalną reakcję. Jej częścią było m.in. uchwalenie Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka. Być może kryzys klimatyczny także doprowadzi nas do tego, że trzeba będzie wypracować nową ideę normatywną, uwzględniającą również prawa istot żywych bądź prawa zbiorowości.

Na czym takie prawa zbiorowe miałyby się opierać i czym różniłyby się od praw człowieka w takim kształcie, jaki mamy obecnie?

Odpowiedzią może być idea dóbr wspólnych. Dokonuje się tu pewnej dystynkcji pojęciowej, w ramach której dobra wspólne odróżnia się od dóbr publicznych. Wydawałoby się, że nie powinno się tego robić, ponieważ dobra publiczne w pewnym sensie są dobrami wspólnymi, bo należą do obywateli danego państwa. Tego rozróżnienia dokonuje się jednak, aby wyłapać ten wymiar, który nie jest zawarty w prawach człowieka.

Dobra publiczne to bowiem te, jakimi zarządza władza, natomiast dobra wspólne miałyby być wynikiem kooperacji między obywatelami w ramach wspólnoty. Taka kooperacja wytwarza pewne stany rzeczy lub same rzeczy mające charakter niematerialny. Dobrym przykładem mogą być tu szkoły demokratyczne, które z jednej strony są oczywiście pewnym bytem materialnym, a z drugiej ich wyjątkowy charakter wynika przede wszystkim z kooperacji pomiędzy jednostkami.

Obecnie prawo jest wrażliwe na kwestię własności, zarówno prywatnej, jak i publicznej. Jeśli zaś chodzi o dobra wspólne, to brakuje ochrony prawnej dla przestrzeni i miejsc, które są związane właśnie z integracją bądź kooperacją. Po prostu nie mamy takiej jednostki prawnej, która chroniłaby dobra wspólne.

Jak miałoby to wyglądać w praktyce?

Pomyślmy o jakiejś dzielnicy, np. warszawskiej Pradze. Jest to bardzo specyficzne miejsce, które z racji wielu historycznych i architektonicznych czynników wytwarza pewien model interakcji. Gdyby niematerialny klimat tego miejsca był chroniony prawnie, utrudniałoby to gwałtowną gentryfikację.

Taką wizję praw kolektywnych można by również przystosować do kwestii związanych ze zmianami klimatu. Na najbardziej ogólnym poziomie mogłaby ona służyć temu, aby ograniczać destrukcyjny, wykorzeniający i atomizujący wpływ wielkiego kapitału, dzięki czemu moglibyśmy lepiej chronić lokalnych mieszkańców i środowisko, w którym żyją.

W Polsce kwestie związane z prawami człowieka najgłośniej wybrzmiewają, gdy mowa o aborcji, prawach kobiet i prawach reprodukcyjnych. Wiele haseł powtarzanych podczas protestów odnosiło się właśnie do jednostkowego prawa kobiety do decyzji o aborcji. Czy rzeczywiście jest to jedyny słuszny sposób mówienia o prawach kobiet, czy też również w tym wypadku można myśleć o prawach kolektywnych lub o prawach dóbr wspólnych?

Dopiero zaczynam badania na ten temat, ale uważam, że potrzebna jest zmiana myślenia. Polska dyskusja na temat prawa do aborcji, która ma dość gwałtowny przebieg, została rozpisana w specyficzny sposób, właśnie w odniesieniu do praw indywidualnych. Tylko że w klasycznie rozumianych prawach człowieka nie znajdziemy nic, co powiedziałoby nam, czy wynika z nich prawo do aborcji.

Dlatego też mamy dwie strony. Jedna twierdzi, że prawo do aborcji powinno być prawem człowieka, jakim jest prawo do decydowania o swoim ciele, a druga wskazuje, że płód też ma prawo do życia. Tak rozpisana dyskusja toczyła się w wielu krajach, gdzie w ramach rozumu publicznego dochodzono do pewnego rodzaju kompromisu, tyle że na płaszczyźnie praw jest to de facto spór nierozstrzygalny. Mamy stronę pro-life, stronę pro-choice i nie da się znaleźć w ogóle żadnego punktu zaczepienia, aby się porozumieć. Co więcej, takie myślenie całkowicie ignoruje perspektywę zbiorową i nie pozwala dostrzec realnych problemów związanych z reprodukcją.

Gdyby jednak trochę zmienić tę perspektywę i zastanowić się poważnie nad procesem reprodukcji, to może udałoby się znaleźć jakiś nowy język opisu. Kwestia reprodukcji została całkowicie sprywatyzowana. Zakłada się bowiem jakiś model rodziny nuklearnej, w ramach którego powinna zachodzić reprodukcja, ale wydaje się, że teraz ten model po prostu przeżywa kryzys.

Jakie są przyczyny kryzysu rodziny i rodzicielstwa?

Gdy oboje rodziców pracują, obciążenie obowiązkami zawodowymi, rodzinnymi i wychowawczymi staje się duże. Nie chodzi o to, że kobiety zyskały nowe prawa i większą samoświadomość. Ważniejszą rolę odgrywają tu czynniki ekonomiczne. Zmieniają się aspiracje kobiet i pewien etos związany z kobiecością, ale wiele z nich chciałoby mieć udane i spełnione życie rodzinne, móc rozwijać się także w macierzyństwie. Jest to jednak dość trudne ze względu na charakter rynku pracy oraz materialne warunki życia.

Pojawiają się różne pomysły rozwiązań. Zaczyna się wspierać ideę ojcostwa albo tworzy różne programy, które np. mają zachęcić kobiety do pozostania w domu. Sądzę jednak, że bez poważnego podjęcia kwestii reprodukcji oraz pracy opiekuńczej jako problemów społecznych i zbiorowych, a nie tylko indywidualnych, wciąż będziemy mieli do czynienia z licznymi i gwałtownymi napięciami w Polsce.

Zauważmy, że ma to również negatywny wpływ na najmłodszych. Dostrzegamy coraz więcej chorób i zaburzeń wśród dzieci i młodzieży. Oczywiście w ramach systemu praw człowieka mamy także koncepcję praw dziecka, ale nie dotyka ona istoty problemu. Te prawa bowiem znów mają charakter całkowicie indywidualistyczny, a ich cel stanowi ochrona dziecka przed nadużyciami ze strony rodziców i wychowawców. To oczywiście ważne w kontekście ochrony przed przemocą, ale nie rozwiązuje innych problemów.

Może właśnie w tym zakresie również warto pomyśleć o prawach dóbr wspólnych, o zaangażowaniu wspólnoty w proces reprodukcji i wychowania dzieci, o prawie do opieki zastępczej. Może powinniśmy iść właśnie w tym kierunku.

W ramach myśli konserwatywnej też odnajdujemy takie podejście do reprodukcji, w którym perspektywa zbiorowa jest obecna. Chodzi o to, aby właśnie rozpoznać rodzinę jako podstawową wspólnotę, gdzie nie mamy do czynienia wyłącznie z prawami ojca, prawami matki i prawami dzieci, lecz przyznajemy prawa i ochronę prawną rodzinie jako wspólnocie.

To jedno z możliwych rozwiązań, ale nie ograniczałabym się do rodzin. W moim przekonaniu kierunek dóbr wspólnych oraz namysł nad pracą opiekuńczą byłby bardziej wartościowy, choć zapewne nieidealny. Jedna z propozycji w tym kontekście wiązałaby się z ideą płatnej pracy opiekuńczej, która obecnie w zasadzie nie jest finansowana. Jedną z myślicielek promujących tę ideę jest Sylvia Federici. Rozwiązanie to umożliwiłoby matkom, ojcom i opiekunom prawnym wybór, być może poprawiłoby to warunki materialne rodzin oraz zdjęłoby presję samorealizacji zarówno w życiu zawodowym, jak i rodzinnym. Z pewnością rozwiązanie to podniosłoby prestiż pracy opiekuńczej, która zbyt często jest niedowartościowywana.

W przypadku myślenia w kategoriach dóbr wspólnych chodziłoby o wytworzenie takich mechanizmów, w ramach których dochodziłoby do współpracy np. między sąsiadami w zakresie opieki nad dziećmi. Dzięki temu można by stworzyć przestrzenie, które wspomagałyby rodziców, a także proces socjalizacji.

Przyznam, że mam pewne zastrzeżenia do konserwatywnego modelu rodziny. Bynajmniej nie kwestionuję zasadności opieki rodzicielskiej lub znaczenia rodziny. Problem jest jednak taki, że model ten w połączeniu ze współczesną formą życia stwarza bardzo niezdrową sytuację. Wymagania stawiane przez rynek pracy są bardzo wysokie, tzn. obciążające dla wszystkich osób, które podejmują pracę zarobkową. Zarazem warunki materialne życia wiążą się z koniecznością podjęcia pracy przez obojga rodziców. Chodzi tu zarówno o wysokość pensji, jak i koszty życia. Przy próbie zachowania tradycyjnego modelu rodziny większość pracy opiekuńczej spoczywa na barkach matki. To zbyt duże obciążenie, szczególnie w sytuacji, w której mamy do czynienia z atomizacją społeczną, przejawiającą się w destrukcji więzi społecznych, np. sąsiedzkich.

Pozwolę sobie na ilustrację tego problemu na przykładzie mojego osobistego doświadczenia. Moi rodzice pracowali, ale nie było problemu z opieką nad nami (mam brata), ponieważ działało wsparcie sąsiedzkie. W bloku, w którym mieszkałam, zawsze znalazły się kobiety-sąsiadki, które poczuwały się do pomocy w zakresie opieki nad dziećmi. Ten nienazwany, tradycyjny system działał bardzo sprawnie. Zawsze ktoś czuwał nad nami, nawet kiedy zabawa odbywała się na podwórku, pozornie bez opieki. Zatem kiedy mówimy o tzw. tradycyjnym modelu rodziny, to właściwie co mamy na myśli?

Tradycyjnie opieka nad dziećmi spoczywała nie tylko na rodzicach, ale również na społeczności. Rodzice, w szczególności zaś matki, nigdy nie byli w tym sami, wręcz przeciwnie. Stąd bierze się, jak sądzę, próba podkreślania roli i znaczenia rodziny dzisiaj, jednak bez uwzględnienia kontekstu społecznego jest niewłaściwa i może prowadzić do szeregu problemów. Przekonanie, że dziećmi powinny opiekować się przede wszystkim matki w sytuacji, w której pozbawione są one pomocy otoczenia, jest równoznaczne z ogromnymi obciążeniami. Dodajmy do tego wymagania, jakie obecnie stawiane są rodzicielstwu oraz dzieciom. Nie chcę rozwijać tego tematu, bo to czas na inną rozmowę, ale proces normalizacji procesu wychowawczego niezwykle się rozwinął.

Obecnie wymagania stawiane rodzicom są niezwykle duże. To z jednej strony presję odczuwają rodzice, a z drugiej zaś presja ta wywołuje liczne problemy u dzieci. Nie bez przyczyny opieka psychologiczna i psychiatryczna dziecijest tak istotna. Obecność matek w domu nie rozwiąże tego problemu. Z tego powodu pojawiające się w przestrzeni publicznej sugestie lub wprost wyrażane opinie, że to „feminizm” jest odpowiedzialny za kryzys rodziny, wydają mi się zupełnie nietrafione. Problem jest dużo poważniejszy i strukturalny. Myśl feministyczna obejmuje również namysł nad rodzicielstwem – jego znaczeniem oraz wyzwaniami, jakie się z nim wiążą.

Chciałabym zakończyć optymistycznie. Współcześnie różne formy wsparcia się odnawiają. Matki organizują się w celu udzielania sobie pomocy w opiece nad dziećmi. Ilustruje to, jak sądzę, pragnienie więzi społecznych, ich ogromną potrzebę.

Portal klubjagiellonski.pl istnieje dzięki wsparciu Darczyńców indywidualnych i Partnerów. Niniejszy tekst opublikowany został w ramach działu „Architektura społeczna”, którego rozwój wspiera Orange Polska.

Tym dziełem dzielimy się otwarcie. Utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony oraz przedrukowanie niniejszej informacji.