Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Gdzie dwóch się bije, tam Putin korzysta. Czy czeka nas inwazja rosyjskich wojsk na Ukrainę?

Gdzie dwóch się bije, tam Putin korzysta. Czy czeka nas inwazja rosyjskich wojsk na Ukrainę? Źródło: Global Panorama - flickr.com

W percepcji Rosji kryzys na granicy białorusko-unijnej daje szansę znaczącego zwiększenia rosyjskiej kontroli nad Białorusią. Znacznie ważniejsza jest jednak Ukraina. Kreml nigdy nie porzucił bowiem planów odzyskania wpływów nad Dnieprem, co było i pozostaje jego absolutnym priorytetem. Moskwa, obserwując słabość Zachodu, rozważa kolejne destabilizujące działania, także w sferze militarnej. Powodzenie tych planów będzie zależało od determinacji Zachodu do podjęcia konkretnych kroków oraz jego polityki skutecznego odstraszania Rosji.

Trwający już pół roku kryzys na granicy unijno-białoruskiej trudno jest zrozumieć bez szerszego kontekstu polityki Moskwy wobec swoich bezpośrednich sąsiadów i szerzej Zachodu. Zacznijmy od polityki Kremla wobec Białorusi. Sfałszowane wybory prezydenckie i zakończone fiaskiem masowe protesty społeczne doprowadziły do powstania nowej formy reżimu politycznego na Białorusi. W miejsce wcześniejszego „miękkiego” autorytaryzmu pojawiła się twarda dyktatura w szybkim tempie rozwijająca elementy totalitarne. Rosja nie tylko jest politycznym sponsorem i gwarantem reżimu Łukaszenki, ale – mimo utrzymujących się napięć na linii Moskwa-Mińsk związanych z treścią dalszej integracji – także głównym beneficjentem jego trwania.

Gangsterska agresja

Białoruś z państwa, które przed 2020 r. próbowało prowadzić ostrożną politykę dialogu z Zachodem i dumnie nazywało się „dostarczycielem stabilności w regionie”, zmieniło się w eksportera niestabilności czy wręcz – używając zwrotu z niedawnego komunikatu Komisji Europejskiej – reżimem „gangsterskim”. Późną wiosną 2021 r. Mińsk uznał, że najlepszą obroną jest atak i zaczął sprowadzać tysiące migrantów z Bliskiego Wschodu i Afryki. Zamiary białoruskie dobrze oddaje ówczesna dość bezpośrednia i szczera wypowiedź Łukaszenki: „Czy wyście tam (na Zachodzie – red.) powariowali? Wypowiedzieliście nam wojnę hybrydową i żądacie byśmy was ochraniali, tak jak wcześniej?”.

Od tego czasu doszło do znaczącej eskalacji kryzysu, który zaczynał się jako migracyjny, aby szybko zmienić się w kryzys graniczny. Co gorsza, główną jego linią stała się granica polsko-białoruska. O ile początkowo Rosja głównie się przypatrywała, co jakiś czas na wszelki wypadek podkreślając, że „nie ma z tym nic wspólnego”, o tyle w ostatnich tygodniach otwarcie się do niego włączyła.

Z Moskwy płynie wsparcie propagandowe, wojskowe (demonstracyjny przelot rosyjskich bombowców wzdłuż zachodniej granicy Białorusi, nieplanowane wspólne manewry) i polityczne, a Kreml wprost „podpowiada” Zachodowi możliwe rozwiązanie problemu. Sprowadza się ono do uznania własnej winy za pojawienie się migrantów („to wy ich zaprosiliście”!), zapłacenia swoistego haraczu za rozwiązania problemu (otwarcie sformułować to minister Ławrow) i wejścia w bezpośredni kontakt z Mińskiem, co miałoby legitymizować reżim Łukaszenki.

Jak na razie udało się to ostatnie, po tym, gdy kanclerz Angela Merkel po dwóch rozmowach z Putinem zadzwoniła do „Herr Lukaschenko”. Przeważyło niemieckie przekonanie o konieczności dialogu za wszelką cenę, co propaganda białoruska wykorzystuje, krzycząc o „uznaniu przez Zachód białoruskiego lidera”.

Moskwie znowu udaje się realizować swoją ulubioną taktykę – wykreować problem cudzymi rękami, koordynować go, jednocześnie dystansując się i przekonując, że nie jest stroną, ale łaskawie może być pośrednikiem w rozmowach. Tak było na przykład w przypadku konfliktu w Donbasie. Jakkolwiek absurdalnie to brzmi, Rosja do dzisiaj kłamie bez mrugnięcia okiem, twierdząc, że na wschodzie Ukrainie trwa wojna domowa.

Kijów na celowniku Putina

W operacji granicznej Moskwa próbuje zrealizować kilka celów. Po pierwsze, zniechęcić Zachód do nałożenia na reżim nowych sankcji, gdyż podniosłoby to koszty jego utrzymania przez Rosję. Po drugie, już dzisiaj wystarczająco wysoka stopień zależności Białorusi od Rosji może się tylko powiększyć, szczególnie jeśli Kreml przeforsuje rozmieszczenie na granicy białorusko-unijnej swoich pograniczników jako swoistego „mechanizmu bezpieczeństwa”. Po trzecie, kryzys graniczny daje Moskwie świetną możliwość przetestowania odporności systemu bezpieczeństwa Polski i państw wschodniej flanki NATO oraz reakcji zachodnich przywódców politycznych. Rosyjski resort obrony zyskuje więc już teraz cenną wiedzę operacyjną.

Po czwarte wreszcie sytuacja na granicy jest tylko jednym z kilku gorących tematów na linii Moskwa-Zachód i wcale nie najważniejszym, choć przyczyniającym się do zastraszania zachodnich polityków i opinii publicznej. Bo, jak dwuznacznie sugeruje Moskwa, „przecież nikt z nas nie chce wojny”. Podobna taktyka ma zmusić Zachód do negocjacji i – w percepcji Kremla – do ustępstw w kwestiach dotyczących m.in. bezpieczeństwa (gruntowna rewizja architektury bezpieczeństwa europejskiego, w tym uznanie rosyjskiej strefy wpływów obejmującej Ukrainę), spraw politycznych („nie wtrącajcie się w nasze sprawy wewnętrzne”!) i energetyki (szybkie uruchomienie Nord Streamu 2 i korzystne dla Gazpromu zmiany w unijnym prawie energetycznym).

O ile nikt na Zachodzie nie ma wątpliwości, czyim wasalem jest Białoruś (nie przypadkiem kanclerz Merkel zadzwoniła najpierw do Moskwy, a nie do Mińska), o tyle z punktu widzenia Kremla znacznie ważniejsza jest Ukraina. Rosja nigdy nie uznała bowiem porażki swojej polityki wobec Kijowa i uważa, że „odzyskanie Ukrainy” jest wyłącznie kwestią czasu. Choć zdawałoby się, że aneksja Krymu i wywołanie wojny w Donbasie zdecydowanie oddaliło Rosję od realizacji tego celu, to rosyjska elita rządząca nie przyjmuje tego do wiadomości.

Sądząc po wystąpieniach Putina i jego „tezach lipcowych”, czyli programowym artykule poświęconym Ukrainie z lipca br., można sądzić, że cierpi on na antyukraińską obsesję. Trudno inaczej odbierać jego słowa, że „Rosjanie i Ukraińcy to jeden naród” i ponawianych gróźb zniszczenia państwowości ukraińskiej.

Działania i komunikacja strategiczna Kremla jasno wskazują, że celem jest zmiana obecnego status quo na Ukrainie. Przy tym Rosja uważa, że sytuacja międzynarodowa jej sprzyja. W Niemczech trwa okres „bezkrólewia” w związku z formowaniem się nowej koalicji, co jest probierzem pokazującym, że nowy rząd w Berlinie może mieć problem z konsensusem i decyzyjnością.

Trwający na europejskim rynku gazowym kryzys związany z deficytem surowca i jego rekordowo wysokimi cenami, do którego Moskwa się walnie przyczyniła, pokazuje, jak podatna na rosyjski szantaż energetyczny stała się Unia Europejska. I choć mało kto ma wątpliwości co do rosyjskich manipulacji rynkiem gazowym, to wniosków politycznych jak na razie z tego nie wyciągnięto.

Zmusić Ukrainę do miłości

W Waszyngtonie zaś od niemal roku rządzi administracja Joego Bidena, dla której priorytetem są Chiny, postrzegane jako główne wyzwanie i zagrożenie. W ostatnich miesiącach widać amerykańskie próby znalezienia choćby minimalnego modus vivendi z Rosją, co miałoby sprowadzać się do ustalenia pewnych reguł możliwych do zaakceptowania dla obu stron oraz – w idealnym scenariuszu – zapewnienia rosyjskiej neutralności w rywalizacji amerykańsko-chińskiej.

Problem w tym, czego Waszyngton zdaje się nie dostrzegać, że dla Moskwy jest to wezwanie do zmaksymalizowania żądań i narzucenia swojej agendy. Kluczową jej częścią jest oczekiwanie wycofania się USA z polityki wspierania Kijowa. Rosyjskie elity rządzące uważają, że wystarczy, gdy Zachód odwróci się od Ukrainy, by ta zmieniła swoją politykę i powróciła do rosyjskiej strefy wpływów. Podobne myślenie zakładające, że można Ukrainę i Ukraińców zmusić do miłości do Rosji, nie uwzględnia antyrosyjskiego czynnika społecznego nad Dnieprem, który po ponad siedmiu latach wojny mocno się spotęgował. Ignorowanie opinii społeczeństwa jest jednak charakterystyczne dla rosyjskiego postrzegania świata.

Rosja, targując się z USA, wysyła zarazem wojownicze sygnały mówiące, że w przypadku braku porozumienia politycznego jest gotowa do rozstrzygnięć militarnych na Ukrainie. Demonstracja rosyjskich sił zbrojnych wokół granicy ukraińskiej w kwietniu i obserwowana od początku listopada ponowna ich koncentracja w tym regionie wywołują na Zachodzie rosnące obawy. Szczerze ujął to kilka dni temu sekretarz stanu Antony Blinken: „Nie mamy jasności co do intencji rosyjskich. Obawiamy się, że Rosja może popełnić poważny błąd, próbując powtórzyć to, co rozpoczęła w 2014 r.”. Stąd seria telefonów między stolicami zachodnimi a Moskwą i alarmistyczne teksty w zachodniej prasie oparte na przeciekach z zachodnich wywiadów.

O ile nie ma wątpliwości, że Rosja jest w stanie powrócić do gorącej fazy konfliktu zbrojnego przeciwko Ukrainie, to trzeba również pamiętać, że Moskwa tradycyjnie od czasów Imperium Rosyjskiego lubi dostawać możliwie wiele niewielkim wysiłkiem. Stąd rosyjska taktyka zastraszania ewentualnością wybuchu wojny. Wciąż wydaje się bardziej prawdopodobne, że na tym etapie jest to raczej część operacji zmuszenia Zachodu do zrewidowania swojej polityki wobec Ukrainy i uzyskania innych koncesji wobec żądań rosyjskich, także jeśli chodzi o nierozbudowywanie obecności wojskowej na wschodniej flance NATO.

Jeszcze jednym czynnikiem, który przynajmniej w najbliższych miesiącach powinien hamować otwartą agresję zbrojną przeciwko Ukrainie jest oczekiwanie na zielone światło dla Nord Streamu 2. Jeśli na Kremlu myślą racjonalnie, to powinni zaczekać na certyfikację gazociągu przez niemieckiego regulatora BNetzA, co pozwoli uruchomić ten najważniejszy od lat rosyjski projekt polityczny w Europie. Gdy po dnie Morza Bałtyckiego popłynie więcej rosyjskiego gazu, znacząco poprawi to położenie strategiczne Rosji wobec Ukrainy i Zachodu. Wówczas długo oczekiwana inwestycja ma zacząć przynosić zyski nie tylko finansowe, ale i w pierwszym rzędzie polityczne.

Skutecznie odstraszyć Rosję

A co jeśli Zachód nie pójdzie na ustępstwa w sprawach ukraińskich? Rosja będzie straszyć agresją. Trwające ruchy militarne wokół granicy ukraińskiej mają służyć także pokazaniu – „możemy was zniszczyć, a Zachód i tak nie ruszy palcem”. Trudno jest szczegółowo przewidzieć, co wymyśli Kreml, ale możliwości jest sporo.

Szaleństwem, a przez to najmniej prawdopodobnym scenariuszem byłaby próba zajęcia całej Ukrainy, bo choć militarnie byłoby to wykonalne, to utrzymanie zajętego terenu już nie. Raczej należy się spodziewać wznowienia działań militarnych wokół Donbasu z ich ewentualnym rozszerzeniem i doprowadzeniem do szybkiej klęski ukraińskich sił zbrojnych.

Przekonanie, że korzystny dla Rosji kontekst międzynarodowy otwiera unikalne okno możliwości sprawia, że elity rządzące w Moskwie będą nabierać pewności siebie. Potwierdza to ostra gra rosyjska w ostatnim czasie – od udziału w kryzysie na granicy polsko-białoruskiej i demonstracji wojskowej wokół Ukrainy po pogłębiony przez Kreml kryzys gazowy w UE.

Powodzenie działań rosyjskich będzie w dużej mierze zależeć od postawy Zachodu. Rosja wysyła sygnały, że jest zdeterminowana, aby odzyskać kontrolę nad Ukrainą, uważając, że jej zachodni partnerzy będą co najwyżej potrząsać szabelką, ale realnych działań na rzecz przyjścia Kijowowi z pomocą nie podejmą. Stąd mniej lub bardziej otwarte zachęty, by Zachód odpuścił sobie „problem ukraiński”.

Sygnały, jakie w ostatnich dniach płyną ze stolic zachodnich są o tyle pozytywne dla Kijowa, że tamtejsi politycy zdają się dostrzegać powagę sytuacji. Kluczowym w tym momencie jest przekonanie Rosji komunikatami publicznymi i wysyłanymi kanałami nieoficjalnymi, że cena za ewentualną rosyjską agresję będzie bardzo wysoka. Bez wyraźnej polityki rozliczania Moskwy za już podjęte działania podrywające zachodnią stabilność (w tym za cyberataki, które stały się rosyjską specjalnością), odstraszania i wskazywania, że w odpowiedzi nastąpią bolesne sankcje, można spodziewać się dalszej eskalacji rosyjskich działań agresywnych.

Na niekorzyść Rosji będzie również grało – tradycyjne – niedocenianie Ukrainy, która w ciągu ostatnich kilku lat znacząco zwiększyła swoją odporność na rosyjską agresją oraz, paradoksalnie, wspomniana wyżej rosyjska pewność siebie. Maksymalizując swoje oczekiwania, iż nadszedł czas „rekonkwisty”, Kreml może tym razem przelicytować.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.