Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Czy istnieje prawo do własności danych? Plusy, minusy, alternatywy

Czy istnieje prawo do własności danych? Plusy, minusy, alternatywy https://unsplash.com/photos/Uo2ZXh4XOLY

W internecie dane na nasz temat są zbierane i wykorzystywane przez firmy, który dzięki temu zarabiają. Wydaje się, że użytkownicy globalnej sieci są w ten sposób poszkodowani. Cierpi nie tylko ich prywatność, lecz także ich udział w zyskach. Odpowiedzią mogłoby być prawo do własności danych. Jednak bliższy rzut oka na problem pokazuje, że to wcale nie jest takie proste.

Wiemy o was dużo i dzięki temu zarabiamy

Powiedzieć, że “żyjemy w społeczeństwie opartym na danych”, trąci w 2021 roku truizmem. Wszyscy wiemy, że firmy technologiczne – od mediów społecznościowych przez aplikacje do zakupów, transportu czy rozrywki po serwisy treningowe i randkowe – konstruują swoje usługi tak, by mimochodem zebrać jak najwięcej informacji o swoich użytkownikach. W końcu kto ma dane, ten ma władzę albo przynajmniej pieniądze.

W procesie monetyzacji danych o osobach – czy to przez spersonalizowane reklamy, optymalizację procesów lub jeszcze bardziej wciągający design – tworzona jest nowa wartość dla jednych, ale pojawiają się też nowe koszty dla innych. Zagrożenia dla prywatności i cyberbezpieczeństwa, monopolizacja kanałów dystrybucji, manipulacja w sferze rynkowej i politycznej, uzależnienia i choroby psychiczne – to wszystko negatywne efekty cyfryzacji. Dla obserwatorów tego zjawiska: chleb powszedni.

Niestety jako wspólnota polityczna nie mamy pojęcia, co zrobić ze światem opartym na danych. Czy powinniśmy bardziej agresywnie egzekwować przepisy dotyczące prywatności, m.in. RODO? Czy przyznać ludziom prawo własności do informacji, które ich dotyczą? Wprowadzić obowiązkową interoperacyjność usług, by pozwolić działać konkurencji rynkowej? A może bezpośrednio uregulować poszczególne sfery życia społeczno-gospodarczego, w których dane są zbierane i wykorzystywane?

Każde z proponowanych rozwiązań ma swoje wady i zalety. Należy je oceniać w kontekście stawianych celów regulacyjnych. Tak czy inaczej trzeba pamiętać, że znalezienie panaceum jest niemożliwe. Wynika to przede wszystkim z faktu, że możliwe cele regulacyjne – więcej prywatności, większa konkurencyjność gospodarki, bardziej sprawiedliwy udział w zyskach i kosztach – czasami wykluczają się wzajemnie.

W tym tekście rysuję mapę proponowanych rozwiązań regulacyjnych, analizując ich plusy i minusy. Robię to jednak z zastrzeżeniem, że wyzwanie, które mamy przed sobą to nie tylko problem techniczny: jak najlepiej osiągnąć cel, co do którego panuje zgoda. Dziś bowiem tej zgody nie ma. Problem, przed którym stoimy, jest ze swej natury polityczny. Musimy nie tylko odpowiedzieć sobie na pytanie o to, jak ma wyglądać kształt świata, w którym chcemy żyć, lecz także opracować narzędzia niezbędne do urzeczywistnienia tej wizji.

Czym jest własność danych?

Pierwszym pomysłem, powracającym cyklicznie w debatach akademickich i politycznych, jest przyznanie ludziom prawa do własności danych, które ich dotyczą. W 2002 roku proponował to Lawrence Lessig. Ostatnio zaś z podobnym pomysłem wyszli Andrew Yang, który uczynił z niego część swojej platformy w prawyborach Partii Demokratycznej oraz Jaron Lanier, biznesmen-aktywista, w głośnej wideo-opinii na łamach „New York Timesa”.

Koncepcja własności danych urzeka swą prostotą: ludzie najlepiej wiedzą, czego chcą, pozwólmy im więc decydować, jak dane na ich temat mogą być wykorzystywane. Dopuśćmy ich także do uczestnictwa w zyskach z ich monetyzacji. Chcąc jednak ocenić spodziewane konsekwencje i skuteczność tego rozwiązania, trzeba najpierw odpowiedzieć na dwa pytania: czym są dane? (a więc własność czego nas interesuje) oraz jaki jest związek pomiędzy własnością a faktyczną kontrolą nad danymi?

Słowo „dane” może się odnosić do co najmniej dwóch typów przedmiotów: informacji oraz zapisów tych informacji. W pierwszym rozumieniu dane to stwierdzenia faktów o świecie, np. że Przemysław Pałka lubi placki ziemniaczane, 5 listopada 2021 r. o 10:03 polajkował mem o Makłowiczu, a w weekendy rano słucha Jacka Johnsona. W drugim rozumieniu dane to utrwalone obserwacje tych faktów, czyli w dużym uproszczeniu bardzo duża i skomplikowana tabelka w Excelu.

Własność obydwu typów nie musi przynależeć tym samym podmiotom. Owszem, mogę twierdzić, że jeśli ktoś zarabia pieniądze na informacjach, które mnie dotyczą, powinien poprosić mnie o zgodę albo podzielić się zyskiem. Ale jeśli ktoś zarabia pieniądze na zapisach informacji, które skrzętnie zebrał i opracował Facebook czy Amazon, to chyba owa firmy powinny mieć jakieś prawo do stworzonej przez siebie bazy danych?

Co ciekawe, z prawnego punktu widzenia nikt nie jest dziś właścicielem ani danych, ani informacji, ani ich zapisów. Wyjątkiem jest praktycznie mało istotne prawo do baz danych w UE, które nie ma swojego odpowiednika w Stanach Zjednoczonych. Poza nim prawo w kwestii własności milczy, co zresztą leży w interesie dużych graczy. Na poziomie informacji mamy bowiem do czynienia z sytuacją, którą Julie Cohen nazywa “biopolityczną domeną publiczną” – ktokolwiek „złapie” dane, może z nich korzystać. Jeśli tylko firmy dobrze opisują cele przetwarzania w swych politykach prywatności, RODO niewiele tutaj zmienia.

Natomiast na poziomie zapisów firmy technologiczne korzystają z ochrony prawno-karnej (zakazu hackingu) połączonej ze swobodą kształtowania swoich usług i brakiem obowiązku dzielenia się danymi lub infrastrukturą. Dopóki Facebook albo Amazon mogą korzystać z danych i nikt im tego nie zabrania, dopóty jest im wszystko jedno, czy w świetle prawa są ich właścicielami. A nawet jeśli pojawiłoby się prawo nakazujące dzielenie się danymi z konkurencją, to co zrobi z nimi platforma, na której nikt jeszcze nie ma konta?

W tym sensie dużo ważniejsza niż własność danych wydaje się faktyczna kontrola nad nimi. Kontrola zaś to nie tylko dostęp do danych, ale także do całej infrastruktury pozwalającej dane dalej zbierać i wykorzystywać, co szczegółowo opisują Angelina Fischer i Thomas Streinz. Dlatego też wśród ludzi na co dzień zajmujących się tym tematem panuje konsensus, że własność danych to temat odwracający uwagę od realnego problemu, jakim jest faktyczna zdolność do wytwarzania z nich wartości.

Uwspólnotowienie danych: trusty danych i inne pomysły

Ale być może nasz problem leży gdzie indziej. Być może za mało wierzymy w rynek? Może faktycznie przyznanie ludziom prawa własności do informacji na ich temat lub przyznanie innym firmom dostępu do infrastruktury sprawiłoby, że mniejsi gracze byliby w stanie lepiej walczyć o swoje interesy? Pomysł drugi jest wart rozważenia, ale pierwszy to ślepa uliczka.

Pomyślmy, co stałoby się, gdyby Unia Europejska prawnie przyznała jednostkom prawo własności do danych na ich temat? Zapewne wówczas Facebook, Google i inni zmieniliby swoje umowy w taki sposób, aby zapewnić, że ludzie przenoszą na te firmy prawo własności informacji, podobnie jak teraz udzielamy im licencji do wytworzonych utworów. Nie zmieniłoby się nic z wyjątkiem tego, że nagle giganci mieliby jeszcze jedną (tym razem prywatnoprawną) podstawę do korzystania z informacji.

Jaron Lanier wyobrażał sobie, że gdy tylko ludzie dostaną prawo własności, połączą się w kooperatywy, takie “związki danowe”, które na wzór ZAiKSu będą kolektywnie negocjować wynagrodzenie za korzystanie z danych. Podobną tezę stawiają Eric Posner i Glen Weyl. Pomysł na papierze wygląda ciekawie. Problem w tym, że do stworzenia takich związków prawo własności w ogóle nie jest potrzebne! Czemu ludzie już dziś tego nie robią? Bo Facebook i Amazon wiedzą, że klienci i tak nie odejdą. Problemem konsumentów nie jest brak prawnej ochrony, ale brak siły przetargowej, wynikający z obecnej struktury rynków.

Poza kwestią dzielenia się zyskiem istnieje też problem dotyczący sposobu wykorzystywania danych oraz kosztów, jakie ludzie w tym procesie ponoszą. W tym kontekście Jack Balkin postuluje, żeby w relacji platforma-użytkownik wprowadzić „obowiązki powiernicze”, tj. prawny nakaz kierowania się interesem osób, których dane dotyczą. Choć pomysł brzmi dobrze, nie wiadomo jednak, w jaki sposób zorganizować zdolność do wspólnego działania – każda osoba musiałaby osobiście monitorować, jak wykorzystywane są dane.

Interesującym sposobem radzenia sobie z tym problemem jest tzw. trust danych. To prawno-technologiczne rozwiązanie ma na celu zagwarantować zarówno ochronę interesów jednostek, jak i szerszy dostęp mniejszych graczy do infrastruktury. Trust to instytucja prawa anglosaskiego polegająca na powierzeniu masy majątkowej w zarząd podmiotowi X, który ma obowiązek zarządzania nim w interesie podmiotu Y. Trust danych byłby więc z technologicznego punktu widzenia składnicą danych, do której miałyby dostęp różne, często konkurujące ze sobą firmy. Zgodnie z prawem zarządzanie nim miałoby na celu ochronę interesów, których dane trust by magazynował. Brzmi super, pozostaje jednak jeden, fundamentalny problem. Jak definiować interesy osób, których dane dotyczą?

Prywatność czy udział w zyskach?

W debatach na temat regulacji zarządzania danymi ścierają się dwa nurty: prywatnościowy i redystrybucyjny. Z jednej strony aktywiści i akademicy walczący o prywatność postulują ograniczenie zbierania informacji dotyczących osób, popierając logikę RODO  w relacjach rynkowych, w szczególności minimalizację danych oraz ograniczenie celu ich przetwarzania. W tym nurcie sam fakt, że dane są zbierane, kojarzy się z nadzorem i powinien być oceniony jako zjawisko negatywne lub co najmniej podejrzane.

Z drugiej strony niektórzy obserwatorzy nie widzą problemu w zjawisku zbierania danych i wykorzystywaniu ich przez firmy. Dyskusyjny, ich zdaniem, jest jedynie niesprawiedliwy podział zysków i strat. Ten pogląd ma głębokie uzasadnienie w logice kapitalizmu, w której ideałem jest sytuacja zwana konkurencją doskonałą. Zakłada ona m.in. idealny dostęp do informacji o preferencjach wszystkich konsumentów. W tej optyce im więcej podmiotów ma dostęp do większej ilości danych o ludziach, tym lepiej. Zwiększa się bowiem w ten sposób efektywność i produktywność. Pociąga to za sobą wzrost ogólnej wartości społecznej. Dlatego z punktu widzenia zwolenników tego podejścia realnym problemem jest to, że monopoliści zachowują nadwyżkę konsumenta, tj. nie dzielą się zyskiem.

Wbrew intuicji model biznesowy takich platform jak Facebook czy Google – z wszystkimi jego mankamentami – jest niesamowicie egalitarny. Nawet najubożsi, jeśli tylko mają dostęp do internetu, mogą sobie pozwolić na korzystanie z ich usług. Owszem, możemy wyobrazić sobie świat, w którym zbieranych danych jest znacznie mniej, nie ma spersonalizowanych reklam, ludzie zachowują pełną kontrolę nad swoim newsfeedem, a w zamian płacą miesięczną subskrypcję. To świat lepszy z punktu widzenia ochrony prywatności. Czy jest to jednak optymalny świat z punktu widzenia sprawiedliwości społecznej?

Można oczywiście twierdzić, że to fałszywa dychotomia. Wydaje się bowiem, że nie ma sprzeczności między prywatnością a produktywnością i innowacją. Jedyne, co trzeba by zrobić w tej sytuacji, to poprawić lub lepiej egzekwować istniejące przepisy. Do pewnego stopnia ten pogląd jest uzasadniony. Nie zmienia to jednak faktu, że stoimy przed politycznym wyborem: czy chcemy, by zbierano mniej danych o ludziach, czy raczej chcemy bardziej egalitarnego rozwoju społeczeństwa opartego na danych. Środki takie jak trusty danych mogą służyć do realizacji obydwu celów, jednak osiągnięcie między nimi zupełnej zgodności nigdy nie będzie możliwe. Zanim zdecydujemy się wprowadzić takie czy inne rozwiązania, musimy wiedzieć, co chcemy osiągnąć. A to wybór polityczny.

A może z drugiej strony

Istnieje też pogląd, który sam wyznaję, że wszyscy dyskutujący o zarządzaniu technologią – danymi, platformami, sztuczną inteligencją, itd. – ujmują problem od złej strony. W pewnym sensie dzieje naszej cywilizacji to jedna wielka historia zbierania i wykorzystywania informacji. Problemy, które napotykamy w relacjach konsumenckich, pracowniczych, medycynie czy nauce, są od siebie tak różne, że horyzontalne uregulowanie wszystkich tych sfer naraz jest niemożliwe.

Dlatego zamiast zastanawiać się, jak uregulować zjawisko przetwarzania danych o osobach, pomyślmy jak uaktualnić prawo regulujące poszczególne sfery życia społecznego. W tym celu warto postawić sobie trzy zasadnicze pytania. Po pierwsze, jak zmieniły się realia społeczno-technologiczne w sferze zakupów, bankowości, pracy, medycyny itd.? Po drugie, czy zmiany te wiążą się z szansami i zagrożeniami, które sprawiają, że musimy przeformułować swoje wyobrażenie o kształcie świata, w którym chcemy żyć? Po trzecie, w jaki sposób w zależności od odpowiedzi na powyższe pytania skonstruować regulacje konsumenckie, prawo pracy, prawo medyczne itd., żeby móc stawić czoła obecnym i przyszłym zmianom?

Musimy się zastanowić, po co są reklamy? Jak dużo konkurencji chcemy w mediach społecznościowych? Jaki jest społecznie optymalny kształt rynku ubezpieczeń? Poznawszy odpowiedzi na te pytania, może dojdziemy do wniosku, że w pewnych sferach trusty danych to znakomity pomysł, podczas gdy w innych nie mają sensu. Niewykluczone, że własność informacji zadziała w jednym kontekście, a nie sprawdzi się w innym. Nie zrobimy tego jednak in abstracto, rozmawiając o kilku przykładach i ekstrapolując wnioski na całość życia społeczno- gospodarczego. Ten sposób spojrzenia na problem na razie wykracza poza paradygmat przyjęty w dyskusji nad problemem uregulowania własności danych. Prawdopodobnie należy porzucić próby rozwiązania wszystkiego za pomocą odpowiedzi na jedno ogólne pytanie. Rzeczywistość, o której mowa, jest zbyt złożona. Warto zatem przyjrzeć jej się z wielu punktów widzenia. Być może wtedy do czegoś dojdziemy.

Artykuł powstał w efekcie spotkania ekspertów w formule okrągłego stołu na temat europejskich regulacji platform internetowych zorganizowanego przez Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego. Projekt jest realizowany we współpracy z firmą Allegro.

Tym dziełem dzielimy się otwarcie. Utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony oraz przedrukowanie niniejszej informacji.