Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Klasa średnia, sarmaci i „polscy murzyni”. Czas odrzucić mity libków, PiSu i nowej lewicy

Klasa średnia, sarmaci i „polscy murzyni”. Czas odrzucić mity libków, PiSu i nowej lewicy Autor: Marek Grąbczewski

Według liberanego mitu Polak ma doceniać dziejową szansę, którą otrzymał i wstydzić się wszystkiego, co odstaje od wyobrażenia Polaka przyszłości – snu o byciu „prawdziwym Europejczykiem”. W mitycznej narracji skierowanej do ludu PiSowskiego słyszymy: „Jesteście ok. Nie musicie się zmieniać”. Polityczny zwrot prawicy w stronę Polski B był poprzedzony mitem umasowionej nobilitacji katolickiego ludu w reakcji na pogardę lub wymowne milczenie ze strony liberałów. W kształtującym się na naszych oczach micie nowej lewicy wąska klasa uprzywilejowanych postszlachciców ciemięży całe masy współczesnych chłopów pańszczyźnianych. Ta opowieść będzie starała się upodmiotowić kobiety zniewolone patriarchatem, osoby LGBT zniewolone heteronormatywnym system prawa i najbardziej ogólnie – osoby młode i już w pełni zachodnie, zniewolone „dziaderskim” dyskursem.

Esej pochodzi z numeru Pressji pt. Pobożny antyklerykalizm. Tekę w całości i nieodpłatnie możesz pobrać tutaj.

Dramat polityczny w trzech aktach

Polski dyskurs polityczny przypomina przedstawienie rozpisane na trzy akty. Każda część opowiada zupełnie inną historię, ale stara się sformułować odpowiedzi na te same pytania: „Kim jest zwykły Polak?”, „Czego najbardziej pragnie?” i – co najistotniejsze – „Z czego może być dumny, a czego ma się wstydzić?”. Polityka, kultura i media od ponad trzech dekad tworzą tożsamościowe projekty, które powszechnie i często bezrefleksyjnie konsumujemy, zaś producenci politycznych mitów starają się uwodzić społeczeństwo swoimi opowieściami i świadomie lub mimochodem dyktować reguły gry o hegemoniczną narrację na temat mentalności Polaków.

Akt I: Libki ze społecznego awansu

Chronologicznie pierwszym jest mit liberalny. Polak w tej opowieści to ambitny człowiek z awansu społecznego, self-made-man, kowal własnego losu, który bez względu na trudne okoliczności prze do przodu, ku wymarzonemu celowi, na Zachód. Do migotliwego świata pełnego blichtru, snów i kolorowych marzeń. Świata, w którym każdy jeździ mercedesem, lata dwa razy w roku na zagraniczne wakacje i kupuje wyłącznie markowe ubrania.

To opowieść rodem z pierwszych polskich kolorowych żurnali drukowanych na połyskującym papierze, jak „Twój Styl” wydawany od 1990 r. dla nowoczesnych kobiet, a także narracja „Gazety Wyborczej”, równolatki III RP, sprzedającej Polakom specyficzną teorię modernizacji.

W lapidarnym skrócie wygląda to tak: przyjmijmy zachodnie prawodawstwo, zwalczajmy uwsteczniający nas Kościół i konsumujmy, ile wlezie, bo teraz to jedyna racjonalna opcja na drodze do powszechnego dobrobytu. W końcu jeśli zdolni i pracowici się dorobią, to i wszystkim poniżej skapnie trochę tego dobrego życia. Dlatego nie ma się co zastanawiać, trzeba się za to piekielnie spieszyć, bo przecież inne demoludy nie mogą nas wyprzedzić w peletonie pędzącym na złamanie karku w stronę odkurzaczy Phillipsa i telefonów komórkowych marki Nokia.

Każdy normalny człowiek miał należeć do klasy średniej, bo przecież, jak przeczytaliśmy w amerykańskich podręcznikach do politologii, to właśnie klasa średnia stanowi sól ustroju o dumnie brzmiącej nazwie: demokracja liberalna (zob. Mazur, Giza-Poleszczuk, 2018). Reszta społeczeństwa to zaś niewiele znaczący katolsko-wiejski motłoch, dziejowy skansen reprezentowany przez żenujących krzykaczy pokroju Andrzeja Leppera.

Optymizm biorący się z możliwości przełamania tragicznych wyroków historii XX w. oraz imponujący dynamizm polskiego społeczeństwa (zarówno elit, jak i aspirujących mas) odznaczał się fetyszyzacją Zachodu. Jak pisała Ewa Thompson, „w Polsce pojawił się koncept zastępczego hegemona, czyli Mityczny, Mądry i Moralnie Uporządkowany Zachód, miernik postępu i nosiciel światłych idei, administrator periodyków, w których można się poskarżyć na swój własny […] kraj”.

Lata 90. do mniej więcej 2005 r. to historia przesycona taką właśnie emocją. Polak aspirujący do klasy średniej ma być dumny z codziennej pracy na rzecz lepszej przyszłości czekającej tuż za rogiem. Wszelkie niedogodności, np. monstrualne bezrobocie, to stan tymczasowy. Przecież liczy się tylko cel brzmiący jak magiczne zaklęcie mówiące o tym, by stać się na powrót częścią cywilizacji Zachodu. Polak ma doceniać dziejową szansę, którą otrzymał i wstydzić się wszystkiego, co odstaje od wyobrażenia Polaka przyszłości – snu o byciu prawdziwym Europejczykiem, a więc człowiekiem, który podczas wakacyjnego urlopu będącego chwilą wytchnienia od pracy na czternastym piętrze szklanego wieżowca popija espresso na werandzie toskańskiej restauracji i czuje się tam jak u siebie.

Akt II: Ziemiaństwo smażące karkówkę

W okolicach 2005 r. za sprawą inteligenckiego PiS-u zmuszonego polityczną koniunkturą do aliansu z Samoobroną i LPR-em powstał inny mit, który stopniowo przebijał się z opowieścią reakcyjną wobec coraz mniej popularnej narracji liberałów. Drugi akt należy do przegranych transformacji. Zwykły Polak w tej części spektaklu czuje się oszukany wizją świata sprzedawaną w największych mediach. To opowieść antagonizująca małe ośrodki z wielkimi miastami.

Właśnie tam, na polskiej prowincji, istnieje nieskalany propagandą liberałów prawdziwy polski lud tworzony przez osoby pobożne i uczciwe, posiadające często piękną opozycyjną kartę, a jednocześnie pozostawione same sobie, bez wsparcia ze strony bezdusznego państwa.  Odrapane bloki, szpetne domy kryte najtańszą dachówką i dziurawe drogi Polski powiatowej, oddalonej od wielkomiejskich orlików i równiutkich autostrad wybudowanych z europejskich funduszy.

To opowieść, która w późniejszym czasie na poziome politycznym dzięki 500+ i dodatkowym świadczeniom dla emerytów, a na poziomie kulturalnym przez mianowanie Zenka Martyniuka i braci Golców królami muzyki pop, wysyła jasny sygnał: „Jesteście ok. Nie musicie się zmieniać. Teraz czas, żebyście odebrali to, co zdolni z wielkich ośrodków otrzymali pokolenie wcześniej”.

Polak solidarny ma mniejsze, a więc i bardziej realistyczne aspiracje od Polaka liberalnego. Sądzi bowiem, że jest wolny od wciskanego przez TVN i „Gazetę Wyborczą” kitu. Twardo stąpa po ziemi, zamiast marzyć o niedościgłej zachodniej Nibylandii. Polakowi solidarnemu chodzi o to, żeby wszędzie było normalnie, ale bardziej. Lepszy standard mieszkania, droższy samochód, krótszy kredyt, wakacje all inclisive albo Bałtyk w wyższym standardzie. Krzyczy więc do dotychczasowych elit politycznych i kulturalnych: „Skończmy wreszcie z permanentną transformacją, bo my już tym wysiłkiem jesteśmy niemiłosiernie zmęczeni”.

Dumnym trzeba być z polskiej historii, bo nikomu się nigdy nie kłanialiśmy, więc teraz też nie będziemy się w Brukseli upokarzać. A wstyd nam za tych „niepolskich Polaków”, którzy w naiwności swojej zachłysnęli się nowym światem, zapominając o tym prawdziwym – swojskim, a więc naszym, gdzie wójt razem z proboszczem rządzą w symbolicznych, serialowych Wilkowyjach na Lubelszczyźnie.

Jak śpiewa ironicznie undergroundowy artysta Hiob Dylan w utworze pt. Polska B „Warszawa, Trójmiasto, Berlin, Amsterdam / Wszędzie być warto, tylko nie tam / W rodzinnych miasteczkach waszych ojców wąsatych / We wsiach spokojnych Waszych nerwowych matek”. To zarazem wyraz dumy ze swojskości i krytyka mentalność Polski A.

Rewers mitu konserwatywnego posiada inteligencką twarz. Dariusz Karłowicz dekadę temu publikuje w magazynie „Plus Minus” tekst zatytułowany Konfederaci z Soplicowa, w którym stara się w umiłowaniu polskiego ludu do grillowania upatrywać zdemokratyzowaną formę „bukoliczno-ziemiańskiego ideału życia” (Karłowicz, 2011). Zwykły Polak to mentalny potomek szlachty trawiącej w idylli mitycznej Sarmacji, bezpowrotnie utraconej, ale szczątkowo ocalałej w narodowym habitusie polskiej ziemi obiecanej, bajkowej terra felix, nad którą unosi się uroczy zapach kwitnących lip i karkówki z grilla.

Karłowicz nie był jedyny. Współczesna sienkiewiczowszczyzna promowana była (i jest!) przez zdecydowaną większość inteligenckiej części prawicy, np. Zdzisława Krasnodębskiego, Andrzeja Nowaka, Jacka Kowalskiego itd. Nie miejsce, żeby omawiać temat, któremu poświęciliśmy 56. tekę „Pressji” pt. Oświecony Sarmatyzm.

Wystarczy przypomnieć, że polityczny zwrot prawicy w stronę Polski B był poprzedzony postromantycznym mitem dziedziczonego szlachectwa, umasowionej nobilitacji katolickiego ludu w reakcji na pogardę lub wymowne milczenie ze strony liberałów.

PiS to w tej opowieści opiekun wspaniałych sarmatów – czy to gołoty, czy szlachty średniej – mieszkających poza wielkimi miastami.

Akt III: „Niggery” walczące o godność

Prawica zaczęła więc sięgać do republikańskiego sarmatyzmu i ideału ziemiańskiego życia rodem z I RP jako wyrazu buntu wobec oświeconych, pożal się Boże, liberałów. Lewica od co najmniej dekady stara się opowiadać antymit I RP jako piekła na ziemi, wielowiekowej okupacji dziedziców nad polskimi niewolnikami – chłopami ciemiężonymi pańszczyzną.

Taka opowieść sprzedawana w różny sposób przez Jana Sowę (Fantomowe ciało króla), Andrzeja Ledera (Prześniona rewolucja) czy ostatnio Adama Leszczyńskiego (Ludowa historia Polski) staje się powoli trzecim aktem w naszym narodowym dramacie tożsamości.

To część najmniej spójna, niepełna i tworząca się na naszych oczach. Posiada, jak prawica trzydzieści lat temu, jedynie zręby metapolitycznej opowieści, którą trzeba teraz sprzedać jako alternatywną definicję normalnej polskości: opisania aspiracji, źródła wstydu i dumy nowego, lewicowego Polaka. Jak ta opowieść może wyglądać? Trop, którym poszedł ostatnio Tomasz Rowiński z „Christianitas”, wydaję mi się prawdopodobny.

Zamiast nadwyrężać cierpliwość czytelnika, streszczając opasłe książki lewicowych narratorów, posłużę się za Rowińskim przykładem chłopomańskich poglądów Szczepana Twardocha Śląski pisarz powtarza za Leszczyńskim, że od chłopów pańszczyźnianych dzieli go jedynie sześć pokoleń. Prababcia jego prababci była niewolnikiem, dlatego Polacy mający pochodzenie chłopskie, którzy stanowią, jak się szacuje, 90% polskiego społeczeństwa, są jak „niggerzy” w USA.

Twardoch na łamach „Gazety Wyborczej” postawił tezę, zgodnie z którą „podziały społeczne sprzed stu kilkudziesięciu lat ciągle jakoś trwają i kształtują rzeczywistość społeczną” Znaczy to, że w pewien magiczny sposób piętno „niewolniczego systemu” I RP mimo wielokrotnie zrywanej ciągłości polskiej historii nadal ciąży nad naszym społeczeństwem. Ma temu dowodzić etniczne pokrewieństwo między „panami” z I RP a ważnymi postaciami elit dwudziestolecia międzywojennego.

Od początku zaborów do powstania II RP mieliśmy do czynienia z ewolucją szlachty w stronę inteligencji i ta tendencja, zdaniem Twardocha, jest żywa również współcześnie: „Panami byli zarówno Dmowski (ten akurat z szlachty pochodził bardzo ubogiej), jak i Piłsudski czy Dzierżyński, z panów pochodzą Jarosław Kaczyński i Bronisław Komorowski, Rafał Trzaskowski i Małgorzata Kidawa-Błońska, Filip Libicki, Jan Maria Jackowski czy Marek Suski, aby podać tylko parę nazwisk ze sfery polityki, a przecież w kulturze czy w życiu gospodarczym nie jest inaczej”.

A więc wąska klasa uprzywilejowanych postszlachciców ciemięży dziś, jak ciemiężyła w XVIII w., całe masy chłopów pańszczyźnianych, a właściwie niewolników. Skoro wiemy już, że Marek Suski jest panem i nadczłowiekiem, to wypada zadać pytanie, kim są dzisiejsi niewolnicy w tej naciąganej opowieści?

Sądzę, że nie tyle według Twardocha, co innych lewicowych narratorów będą to wszystkie grupy mniejszościowe, które pozostają niemym motłochem z perspektywy polskich panów, osoby doświadczające strukturalnej przemocy ze strony systemu. Lewicowa opowieść, której narracja śląskiego pisarza jest jedynie niewielkim wycinkiem, będzie starała się upodmiotowić kobiety zniewolone patriarchatem, osoby LGBT zniewolone heteronormatywnym system prawa i najbardziej ogólnie – osoby młode i już w pełni zachodnie, zniewolone „dziaderskim” dyskursem.

Strategia lewicowej opowieści polega więc w skrócie na odwróceniu znaczeń, co potwierdzają słowa samego Twardocha: „Słowa »cham« ciągle używa się jako obelgi, właśnie dlatego ja się chętnie do bycia śląskim chamem przyznaję, licząc, że stanie się kiedyś z tym słowem w polszczyźnie to, co w angielszczyźnie stało się ze słowem »nigger«, że dla potomków właścicieli niewolników słowo »cham« stanie się tabu, zaś my, chamy, uczynimy z nim to, co niemieccy geje uczynili z obraźliwym kiedyś przymiotnikiem »schwul«” (tamże).

Używanie perspektywy długiego trwania wśród intelektualistów nieuciekających od lewicowych deklaracji ideowych służy jednemu celowi stworzenia wizji nowej, normalnej polskości. Normalny Polak ma być dumny z tych, których ciemiężył (i nadal ciemięży) system panów, marzyć o emancypacji z okowów postszlacheckiego systemu i wstydzić się całej dotychczasowej historii politycznej Polski po to, aby stworzyć nową sprawiedliwą rzeczywistość rękami wyemancypowanych niewolników.

Pokolenie losu, nie projektu

Przesadna ironia powyższego fragmentu była celowa. Każda z tych opowieści tworzy bowiem uproszczony obraz świata, w który nie sposób uwierzyć. A każdy akt tego politycznego dramatu po trzydziestu latach grania na scenie nie tylko irytuje, ale i zwyczajnie nudzi. Jestem zmęczony oglądaniem, jak produkowane są tożsamości, którymi raczą nas pałacowi intelektualiści tej czy innej opcji ideowej.

I choć najbliżej mi z powodu mojego pochodzenia i wychowania do ziemiańskiego sentymentu, I RP i smażenia karkówki w Polsce B, to nietrudno zauważyć, że pakietowanie obrony starego świata w całości stanowi przykład niebezpiecznej mitomanii.

Jakbyśmy do tego nie podchodzili, pańszczyzny nie da się dziś bronić, tak samo jak nie da się bronić politycznego warcholstwa czasów saskich. Co nie znaczy, że można zawsze w tym kontekście kopiować kalki pojęciowe ze Stanów Zjednoczonych, nazywając chłopów niewolnikami, i to na przestrzeni całej historii I RP. Mit ten dekonstruuje szczegółowo w nadchodzącym numerze „Pressji” Kamil Wons w rozmowie z dwoma historykami – Michałem Kopczyńskim i Piotrem Guzowskim – oraz Piotr Kaszczyszyn wskazujący kluczowe słabości Ludowej historii Polski Adama Leszczyńskiego.

Ale po kolei. To, że każdy akt tożsamościowego dramatu III RP przedstawia uproszczony obraz rzeczywistości, jeszcze nie oznacza, że wszystkie te zagadnienia należy zostawić historykom i badaczom kultury, łudząc się, że polityka tożsamości w całości zniknie z pejzażu polskiej sceny politycznej. Wydaję się to dość naiwne. Myślę, że można pokazać, że pewne fragmenty każdego z trzech mitów prezentują konkretne wartości, które warte są zredefiniowania i przedstawienia w obecnym kontekście.

Wszystkie one są nie tylko dziś wyjątkowo potrzebne, ale odpowiadają pomysłowi Nowej Chadecji, którą chcemy w Klubie Jagiellońskim tworzyć i promować. Przedstawiona opowieść nie będzie więc sprzedawana jako kolejna odsłona normalnej polskości, jako czwarty akt czy też epilog dramatu politycznego o Polsce. Nie mam zamiaru silić się na opisanie, kim powinien być dziś normalny Polak, posługując się narzędziem politycznego mitu. Będzie to opowieść mniejsza, z którą osobiście się utożsamiam i – jak sądzę – może ona oddawać wrażliwość sporej części naszego środowiska.

W największym skrócie pomysł Nowej Chadecji polega na czerpaniu z katolickiej nauki społecznej na dwa sposoby. W kluczu konfesyjnym, ufając ortodoksji, staramy się reagować na kryzysy targające Kościół katolicki – od poziomu kierowania tą instytucją po wyzwania teologiczne i moralne. W kluczu politycznym zaś staramy się czerpać z tradycji ideowej starej przedwojennej chadecji, a także wartości katolickiej nauki społecznej, które – jak wierzymy – mogą stanowić polityczny drogowskaz również dla osób spoza Kościoła. Nowa Chadecja Klubu Jagiellońskiego ma więc dwie nogi – konfesyjną, troszczącą się o Kościół i polityczną, która wyznacza dla nas kierunki rozwoju i namysłu nad państwem.

Ta skromność celów polegająca na rezygnacji z mitologizowania tego lub innego składnika polskości i skupiania się na małej narracji chadeckiej jako autoidentyfikacji naszego środowiska nie wynika wyłącznie z braku wiary w dotychczasowe narracje.

W micie liberalnym, prawicowym i lewicowym kluczowym słowem jest projekt. Producenci tych mitów należą do pokoleń, które było wychowywane w mentalności nowego otwarcia i radykalnego zerwania. Musieliśmy się jako społeczeństwo stworzyć i opowiedzieć, bo po 1989 r. byliśmy jak zupa ugotowana ze zbyt wielu składników. Każda ekipa polityczna próbowała coś z tego postmodernistycznego dania uratować.

Jak wskazywał Rafał Matyja kilkanaście lat temu, był to również największy paradoks rodzącego się w Polsce konserwatyzmu, który w pewnym sensie zmuszony był przyjmować postać rewolucyjną nie było bowiem wspólnoty pokoleń, które stanowiłyby kluczowy zasób żywo praktykowanej tradycji politycznej.

Dziś nie jesteśmy już pokoleniem projektu, a stajemy się pokoleniem losu. Oznacza to, że nie chcemy już stwarzać świata na nowo, ale odpowiedzialnie reagować na wyzwania, z jakimi musimy się borykać z chwilą, gdy przychodzimy na świat.

Mamy dość postrzegania rzeczywistości politycznej wyłącznie przez pryzmat przeszłości, dlatego średnio interesują nas postsolidarnościowe wojenki. Podobnie trudno nam projektować wrogów, skoro ci realni są tak nieprzewidywalni i niebezpieczni. Tę emocję w ostatnim roku spotęgowała oczywiście pandemia, kiedy po raz pierwszy z perspektywy naszych wygodnych mieszkań na kredyt lub wynajem zobaczyliśmy, jak bardzo uzależnieni jesteśmy od natury i jak kruche są podstawy naszego wolnego, wydawałoby się, prywatnego życia.

I co jeszcze mocniej paradoksalne, ta panująca w pokoleniu dwudziesto-i trzydziestolatków emocja jest genetycznie konserwatywna. Nasza sytuacja odznacza się zejściem z poziomu chodzącej historycznej abstrakcji – co można zarzucać poprzednim narratorom – na poziom mentalności, która na pierwszy plan wysuwa stawianie czoła rzeczywistości, odpowiadanie na warunki dyktowane przez położenie, w którym obecnie się znajdujemy, na socjologiczny realizm, a nie postmodernistyczną mitomanię.

Na innym poziomie jesteśmy więc pierwszym pokoleniem, które może kształtować rozumny konserwatyzm bez pokusy rewolucyjnych zapędów. Nie znaczy to oczywiście, że z tej szansy skorzystamy, ale do podjęcia tej próby wzywamy nadchodzącym numerem naszego pisma pod tytułem „Pobożny antyklerykalizm”.

Niniejszy tekst to zredagowana i dostosowana do wymogów publikacji internetowej pierwsza część eseju „Chadecki lud i pobożny antyklerykalizm”, który otwiera nadchodzący numer czasopisma Pressje. Pismo w wersji papierowej zdobyć można WYŁĄCZNIE wspierając trwającą do początku czerwca zbiórkę crowdfundingową poświęcono premierze pisma i cyklowi wydarzeń #ZamiastKongresu: W poszukiwaniu Nowej Chadecji. 

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.