Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Wielkie korporacje grabią nas z danych na temat najbardziej intymnych sfer naszego życia [VIDEO]

„W XXI wieku nie ma już żadnych ideologii totalitarnych, które kazałyby metodami terroru i inwigilacji podporządkować sobie wszystkich obywateli w państwie. Jednak można dostrzec gdzieniegdzie zapędy, żeby zarządzać ludźmi gdzieś z boskiego siedzenia. Mniej więcej tak stawia problem Shoshana Zuboff w książce „Wiek kapitalizmu inwigilacji”. Autorka trafnie zauważa, że gdy dawniej władza chciała wyciągnąć informacje na nasz temat, musiała się uciekać do stosowania podsłuchów, działań tajnej policji i ich współpracowników. Dzisiaj natomiast sami chętnie wpisujemy dane osobowe w media społecznościowe. Jednak te informacje, które dobrowolnie przekazujemy firmom technologicznym, nie stanowią sedna problemu” – o inwigilacji przez Internet i możliwości cyfrowego totalitaryzmu mówi Andrzej Kohut, ekspert CAKJ ds. międzynarodowych, w najnowszym odcinku KluboTygodnika.

„Z punktu widzenia Big Techu najciekawsze są te dane, które zostawiamy w Internecie mimochodem: co komentujemy, jak często komentujemy, co lajkujemy, co nas zainteresowało oraz jak często korzystaliśmy z portalu i jak często chcieliśmy z kimś wchodzić w interakcje. To wszystko to informacje na temat naszych zachowań. Na tym polegał sukces Google’a, który na początku był tylko jedną z wyszukiwarek. Dość szybko jednak zorientował się, że przy okazji wyszukiwania ludzie zostawiają na swój temat szereg różnych informacji dotyczących właśnie naszych zachowań. Z czasem szefostwo firmy zdecydowało się, żeby wejść do świata reklamy, wykorzystując przy tym dane na temat zachowań użytkowników już nie dla ich dobra, ale na potrzeby reklamodawców. To jest właśnie nadwyżka behawioralna” – wyjaśnia Kohut.

 

„Dane behawioralne na nasz temat są już od nas pobierane na tyle różnych sposób, że przestaliśmy zwracać na to uwagę. Co więcej, są one pobieranie niezależnie od tego, czy chcemy je udostępniać czy też nie. Shoshana Zuboff mówi w tym kontekście o „nie-umowie”, czyli quasi-prawnym dokumencie, który często jesteśmy zmuszeni zaakceptować, żebyśmy mogli w ogóle korzystać z danego urządzenia lub portalu. Te regulaminy celowo są rozwleczone na kilkadziesiąt stron, żeby jak najszybciej skłonić nas do ich akceptacji. W ten sposób, gdy użytkownik potem będzie się skarżył na zbieranie danych na jego temat, nie będzie miał prawnej podstawy do protestu. Przecież się zgodził” – mówi ekspert.

 

„Ekonomia behawiorala zwróciła nam uwagę na to, że figura homo oeconomicus to mit. Nie kierujemy się wyłącznie racjonalnymi decyzjami, a nasze zachowanie jest kształtowane przez mnóstwo uproszczeń, schematów i błędów poznawczych. Behawioryzm jednak w swojej skrajnej postaci ignoruje życie wewnętrzne ludzi. W tej perspektywie istnieją jedynie algorytmy zachowań, nie ma zaś wolnej woli. My już te błędy poznawcze i algorytmy częściowo znamy. Zatem otrzymujemy w ten sposób model teoretyczny, który pozwala nam na manipulowanie człowiekiem, a logika działania mediów społecznościowych tylko tej manipulacji sprzyja” – tłumaczy Kohut.

 

„Wątpliwości w książce Zuboff budzi zawarty w niej dystopijny scenariusz. Autorka zakłada kilka rzeczy. Po pierwsze, wszechmoc i makiaweliczny cynizm szefów korporacji technologicznych, który rzekomo świadomie dążą do skonstruowania pewnego projektu. Historia relacji tych firm z prezydentem Trumpem pokazuje, że jednak nad wieloma rzeczami Big Tech nie panuje. Po drugie, wątpliwe jest, czy możemy w takim zakresie manipulować ludzkimi zachowaniami. Choć ekonomia behawioralna daje nam częściowo narzędzia w tym kierunku, to stuprocentowa kontrola jest niemożliwa. Przynajmniej na razie” – ocenia Kohut.