Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Glapiński z Kaczyńskim podstępnie podnoszą ceny? Tłumaczymy zróżnicowane przyczyny inflacji

Glapiński z Kaczyńskim podstępnie podnoszą ceny? Tłumaczymy zróżnicowane przyczyny inflacji Print screen from https://www.youtube.com/watch?v=wF7NDRmtA7k

Obserwujemy obecnie w Polsce największą i najbardziej dynamiczną inflację od 20 lat. I choć u nas jest ona wyjątkowo wysoka (ponad 8% w grudniu 2021 r.), to wzrost średniego poziomu cen występuje w wielu rozwiniętych gospodarkach. Czy jest to skutek „rozdawnictwa” rządów PiS-u, w tym Tarczy Antykryzysowej, długu publicznego, drukowania pieniędzy i nieumiejętnej polityki gospodarczej? Czy może globalnych niedoborów, zatorów w handlu i szoku pandemicznego? Niezależnie od przyczyn, należy spojrzeć na skutki inflacji – na tych, którzy najbardziej na tym stracą.

Jakie są przyczyny współczesnej inflacji?

Choć inflacja jest starym problemem gospodarczym, to teorie ekonomii nie zawsze pozwalają na precyzyjne określenie, co jest jej przyczyną. Stało się to szczególnie jasne w świetle wyników ostatniego badania empirycznego, które wzbudziło duże kontrowersje. Wynika z niego, że nie istnieje związek między niezależnością banku centralnego a inflacją lub związek ten jest nikły.

Klasycznie przyjmowało się, że bank centralny, którego głównym zadaniem jest dbanie o niską inflację, może skutecznie kontrować wpływ polityki fiskalnej (np. wywołującej wzrost popytu ogólnego) na inflację poprzez prowadzenie polityki monetarnej niezależnej od rządu. I rzeczywiście w drugiej połowie XX w. kraje z niezależnym bankiem centralnym zazwyczaj miały mniejsze problemy z ogólnym wzrostem cen, więc coraz więcej państw decydowało się na takie rozwiązanie. Jednak współcześnie inflacja spadała również w miejscach, gdzie polityka monetarna nie była wcale niezależna, jak do niedawna w Turcji.

Twierdzenie o niskim wpływie niezależności politycznej banku centralnego na inflację pozwala nieco mniej emocjonować się tym, że np. szef banku centralnego współpracuje z rządem. Jest to poniekąd pozytywna informacja, jeśli prowadzi do koordynacji polityki monetarnej i fiskalnej. W takiej sytuacji wydatki z budżetu państwa dają lepsze efekty, bo w połączeniu ze zwiększeniem ilości pieniądza w gospodarce nie prowadzą do wzrostu stopy procentowej (bo nie „zabierają” pieniędzy z gospodarki), a w konsekwencji zmniejszenia inwestycji prywatnych podmiotów.

Z drugiej strony, co właśnie obserwujemy w Turcji, należy zwrócić uwagę na granicę tego, jak daleko posunięta może być taka koordynacja rządu i banku centralnego – Erdogan po prostu wymienia szefów banku centralnego, byle tylko nie dopuszczać polityki podnoszenia stóp procentowych. A ponieważ stopa procentowa jest ważną zmienną gospodarczą, to skutki tak silnego sterowania polityką monetarną przez rząd ujawniają się pod postacią inflacji.

Istotna jest przede wszystkim transparentność funkcjonowania banku centralnego i jego wiarygodność, czyli dokładne informowanie społeczeństwa o tym, co bank robi i co zamierza robić w przyszłości (oraz na jakiej podstawie podejmuje takie decyzje). Im większa transparentność, tym lepszy ma to wpływ na łagodzenie inflacji, m.in. dlatego, że pozwala to podmiotom gospodarczym lepiej dostosowywać swoje oczekiwania inflacyjne, które wpływają na to, jakich cen zażądają przedsiębiorcy.

W niedawno opublikowanym badaniu ekonomiści – Philipp Baumann, Enzo Rossi i Alexander Volkmann – przedstawiają także inne ciekawe czynniki wpływające na wysokość inflacji. Stabilność sytuacji politycznej w kraju jest wyraźnie bardziej istotna dla inflacji niż sama niezależność banku centralnego. Kryzysy polityczne, przewroty i częste zmiany polityki gospodarczej nie sprzyjają prowadzeniu nawet przez niezależny bank centralny przewidywalnej dla przedsiębiorstw polityki monetarnej, a raczej skłaniają np. do zapobiegawczego robienia zapasów (zamiast inwestowania). Sprzyjają więc powstawaniu niedoborów i podnoszeniu cen. Podobnie jest z kategorią, którą badacze nazywają prawami obywatelskimi (civil rights), w której zawierają się różne mierniki wolności obywatelskich, praw politycznych itp. Te czynniki także są skorelowane z niską inflacją.

Autorzy badania wskazują również, że ważniejsze niż konkretny poziom długu publicznego w relacji do PKB jest zarządzanie nim i jego struktura. Można z tym twierdzeniem polemizować na gruncie teoretycznym i praktycznym. Z pewnością jednak można się zgodzić, że istotne jest utrzymywanie długu pod kontrolą rządzących, a więc wskazanie, czy odsetki (koszt obsługi długu) nie rosną szybciej niż gospodarka, oraz w jakim stopniu zdenominowany jest on w obcej walucie. Wydaje się, że w Polsce póki co nie mamy problemów z żadnym z tych czynników.

Obecny szok podażowy

Jednym z najważniejszych czynników, który napędza współcześnie inflację, jest wzrost cen energii. Energia jest wykorzystywana niemal w całej gospodarce, więc gdy staje się droższa, to rosną koszty produkcji i w konsekwencji ceny wszystkich dóbr i usług. Badacze pokazują, że cenę energii można rozbić na dwa czynniki: faktyczną, „czystą” cenę będącą pochodną cen surowców energetycznych (głównie ropy) oraz „rentę ekonomiczną”, czyli zysk lub marżę sprzedawców energii. Interakcje między tymi dwoma elementami a inflacją nie są liniowe. Najgorzej dla ogólnego poziomu cen jest wtedy, gdy renta jest duża, a ceny energii niskie – wtedy wzrost cen energii w największym stopniu przekłada się na dynamikę inflacji.

To istotna obserwacja – cena baryłki ropy naftowej w ubiegłej dekadzie była raczej w trendzie spadkowym. Choć ogółem była wyższa niż 20 lat temu, to jednak zaliczała spadki, najpierw w 2014 r., a także bardzo wyraźnie w pierwszych miesiącach 2020 r. Oznacza to, że gdy ceny energii znów zaczęły rosnąć, to mogło się to silnie przełożyć na inflację – cena ropy wzrosła niemal o 70% w 2021 r. Niesie to pewne implikacje dla polityki gospodarczej. Jeśli ceny energii pochodzącej z surowców kopalnych są tak ważnym czynnikiem napędzającym inflację, to warto rozważyć przyspieszenie inwestycji w zieloną transformację energetyczną, szczególnie że dług publiczny jest relatywnie „bezpieczny” dla inflacji.

Energia to jednak niejedyny czynnik, który napędza obecną inflację. W pandemii gospodarka została dosłownie zamknięta. Pewne moce produkcyjne zostały chwilowo utracone. Ich ponowne uruchomienie (np. otwarcie fabryki, wysłanie towarów kontenerowcem przez ocean) wymaga czasu w odróżnieniu od „uruchomienia” popytu, który budzi się niemal od razu po zluzowaniu obostrzeń, o ile tylko ludzie nie utracili dochodu.

Polski Instytut Ekonomiczny wskazał na przykładowe branże i produkty, które szczególnie mogą być zagrożone kryzysem podażowym. Niedobory występują m.in. na rynku pracy. O ile w krajach UE zatrudnionych jest o blisko 3 mln mniej osób niż przed pandemią (dane za II kwartał 2021), o tyle w Polsce wskaźnik zatrudnienia wzrósł o 1,9%. Zatem w naszym kraju inflacja może być napędzana po części przez to, że firmy nie mają możliwości zwiększenia produkcji, bo brakuje rąk do pracy.

Podobnie duża odpowiedzialność za inflację może spoczywać na globalnym wzroście cen surowców energetycznych, szczególnie gazu, ale też nawozów czy surowców budowlanych, np. stali, drewna (dzieje się tak nie tylko w Polsce, najważniejsze w tym wypadku są Chiny, które relatywnie szybko gospodarczo ozdrowiały po pandemii). Ciekawym przypadkiem jest deficyt mikroprocesorów kluczowych dla branży elektronicznej i motoryzacji. Tę listę można zwieńczyć zatorami w transporcie, gdzie brakuje kontenerów do transportu towarów, środków transportu i ludzi, którzy mogliby je obsługiwać (chodzi nie tylko o transport morski, ale też kierowców ciężarówek). Wzrost kosztów transportu dotyka przemysł i handel, a na końcowym etapie to konsumenci mierzą się z wyższymi cenami.

Pojawiają się już jednak zwiastuny poprawy sytuacji, np. koszty frachtu w końcu października zaczęły ostro spadać (w zasadzie pierwszy raz od wybuchu pandemii). Można się spodziewać stopniowego łagodzenia niedoborów w innych branżach – obecne zatory to raczej przejściowe „tarcia” wywołane tym, jak wielkim szokiem była pandemia. Gdy w tak silnie zglobalizowanym świecie nagle w jakimś miejscu następuje przerwanie łańcucha podażowo-dostawczego, skutki dla produkcji i handlu mogą być bardziej długotrwałe niż dla popytu. Wraz z ustępowaniem pandemii kolejne niedobory powinny znikać, więc i wysokość inflacji powinna zacząć się zmniejszać, dlatego że kryzys ten nie spowodował zniszczenia fabryk (jak podczas wojny) czy innego trwałego ograniczenia potencjału produkcyjnego gospodarek.

Nie każdego inflacja dotyka tak samo

W wypadku szybko rosnącej inflacji kluczowa z punktu widzenia gospodarstwa domowego jest dynamika płac. Jeśli ceny wzrosłyby o 5% rok do roku, ale moja pensja o 10% w tym samym okresie, to z mojej perspektywy ceny względnie by zmalały. Płace rosną regularnie co roku. Średnia pensja w 2015 r. wynosiła poniżej 4000 zł, w 2020 r. już ponad 5100 zł (GUS na razie nie opublikował nowszych danych). Z kolei pensja minimalna, do której zbliżona jest dominanta płac, w 2022 r. sięga 3000 zł, zaś w 2015 r. wynosiła 1750 zł.

Same wartości jeszcze niewiele mówią, dlatego warto spojrzeć na siłę nabywczą, czyli miarę tego, ile można (średnio) kupić różnych towarów. Dane Eurostatu pokazują wzrost siły nabywczej w Polsce o ok. 8,5% między latami 2015 i 2021. Jednak po rozbiciu tej liczby na konkretne kategorie towarów, jak w artykule Business Insider, okaże się, że w ciągu ubiegłej dekady siła nabywcza spadała wobec dynamicznego wzrostu cen niektórych dóbr, np. mieszkań, chleba i niektórych warzyw.

Problemem jest także to, że nie każdy może liczyć na takie skompensowanie wzrostu cen wzrostem płacy. Jest to zawsze pewnego rodzaju negocjacja polegająca na tym, komu uda się przekonać szefa do podwyżki i czy będzie to wielkość zbliżona do inflacji. A jeśli tak, to do inflacji z jakiego okresu – średniorocznej, średniej z kilku lat czy może innej? To, jak rosnące przy dynamicznej inflacji oczekiwania płacowe pracowników przełożą się na ich faktyczne wynagrodzenia, zależy od ich pozycji na rynku, np. tego, jak zaawansowane stanowiska zajmują (trudniej odmówić podwyżki menadżerowi niż szeregowemu pracownikowi), jak łatwo firma może ich „wymienić” na nowych, jak duże jest bezrobocie w danym regionie itp.

Dodajmy do tego obrazu nierównomierne rozłożenie inflacji – ceny żywności mogły wzrosnąć nawet o 20% i więcej, a nie o wartość średniorocznej inflacji (ok. 5%). Z kolei im mniejszy dochód, tym zazwyczaj większą część budżetu domowego stanowią wydatki na żywność. Innymi słowy, oznacza to, że mniej zarabiający pracownicy mogą być niewspółmiernie dotknięci wzrostem cen i bardzo na niej stracić, mimo że nie posiadają „topniejących” przez inflację dużych oszczędności gotówkowych w banku.

Jedną z grup, które inflacja potencjalnie dotknie bardziej, są setki tysięcy pracowników budżetówki. Gdy latem rząd konstruował ustawę budżetową na 2022 r. i przyjął brak wzrostów płac pracowników sektora publicznego, wywołało to protesty i ostatecznie zdecydowano się na podniesienie wynagrodzeń średnio o 4,4% (co i tak oznacza spadek realnej płacy, bo inflacja jest większa).

Inflacja rodzi niepewność

Wychodząc poza kwestię płac, należy też wspomnieć o problemie oszczędności. Te „zjadane” są przez inflację w warunkach oprocentowania (np. lokaty bankowej czy rachunku oszczędnościowego) niższego od stopy wzrostu cen. Jeśli chcielibyśmy doszukiwać się jakiegoś zaniedbania ze strony NBP, to mógłby być nim właśnie brak podnoszenia stopy procentowej banku centralnego przez tak długi okres (pierwsza podwyżka w październiku). Jeśli jednak chodzi o oszczędności, to i tak Polacy mieli ich mało. Według badania ankietowego Assay Index aż 44% społeczeństwa nie miało ich w ogóle. Średnia wartość oszczędności nie przekracza 30 tys. zł, ale taką lub wyższą sumę oszczędności ma tylko 35% badanych.

Kluczowym i powszechnym skutkiem inflacji jest jednak niepewność. Inflacja budzi niepokój, w szczególności wśród przedsiębiorców, którzy muszą przecież planować politykę cenową na przyszłość (inflacja większa niż przewidywana przez nich może oznaczać spadek zyskowności ich biznesu). Ponadto zmienić się może także opłacalność różnych projektów inwestycyjnych.

Z powyższych względów wysokość inflacji, a w zasadzie bardziej tempo jej zmiany, jest ważną zmienną ekonomiczną, która w istotnym stopniu może determinować kondycję gospodarki. Tak szybkiego tempa zmian inflacji, jakie obserwujemy obecnie, nie należy zatem ignorować. Tu jednak rodzi się problem, bowiem odpowiedź na pytanie, czy należy za wszelką cenę walczyć już teraz z inflacją, nie jest taka prosta.

Problem polega na tym, że istnieją realne koszty dezinflacji. Walka z inflacją wymaga pewnych wyrzeczeń i kosztów, które są szczególnie trudne do poniesienia tak dla społeczeństwa, jak i polityków obawiających się spadku PKB. Wystarczy pomyśleć o dwóch skutkach długotrwałej polityki wysokich stóp procentowych: nie jest to polityka sprzyjająca pobudzaniu inwestycji (szczególnie w warunkach kryzysu), a na dodatek prowadzi do aprecjacji waluty krajowej, a więc i spadku eksportu. Zarazem jednak walka z inflacją na obecnym poziomie jest o wiele mniej kosztowna niż walka z hiperinflacją. Powstaje więc dylemat, kiedy na poważnie zacząć politykę dezinflacji.

Problem jest również taki, że w gospodarce wiele zależy od zaufania i niepewności. Wysoka i dynamicznie zmieniająca się inflacja może zniechęcać zagranicznych inwestorów do lokowania swoich środków w kraju, utrudniać handel zagraniczny, pogarszać sytuację pracowników (szczególnie budżetówki), zwiększać koszt obsługi długu publicznego, szarą strefę, koszty importu itd. W pewnym sensie ten potencjalny kryzys może sam się napędzać, gdy inflacja spowoduje zbyt dużą utratę zaufania do instytucji państwa i niepewność w gospodarce, a dalsze skutki mogą być konsekwencją właśnie tej niepewności.

Ponadto, jeśli inflacja faktycznie jest przejściowa w tym sensie, że jej głównym źródłem jest niedostatek podaży (np. zatory w handlu, chwilowa utrata mocy produkcyjnych w gospodarce w pandemii), to rząd może obrać strategię przeczekania. Stąd pomysły tarcz antyinflacyjnych polegających głównie na obniżkach VAT-u na wybrane towary i energię, a nawet plotki o pomyśle kontroli cen.

Jeśli w 2022 r. inflacja zacznie spadać, taka chwilowa osłona może nie przynieść negatywnych skutków gospodarczych w długim okresie, a pomóc tym najbardziej dotkniętym drożyzną. Jednak to pewne ryzyko: jeśli duża inflacja zostanie z nami na dłużej i będziemy musieli stosować coraz bardziej restrykcyjną politykę monetarną, to i takie fiskalne zabiegi mogą okazać się niebezpieczne (sama obniżka VAT-u oznacza obniżkę wpływów do budżetu państwa, a osłony dla gospodarstw domowych to z kolei większe wydatki z budżetu, więc na inflację może nasunąć się kryzys deficytu i zadłużenia państwa). Tak czy inaczej, nie ma tu prostych rozwiązań i recept na to, co rząd powinien zrobić i kiedy.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.