Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Chińsko-niemieckie małżeństwo wbrew woli?

Chińsko-niemieckie małżeństwo wbrew woli? Źródło: UN Women - flickr.com

Żądza zdobywania miliardowych kontraktów dla nabuzowanej machiny eksportowej, chęć ucieczki na rynki wschodzące przed problemami strefy euro, dążenie do zbalansowania wpływów Waszyngtonu relacjami z Pekinem. I to wszystko za fasadą walki o moralne wartości – demokratyzację Chin poprzez zbliżenie ekonomiczne. Tak można opisać politykę Niemiec wobec Pekinu ostatnich dwóch dekad. Brzmi jak doskonałe przeniesienie recept Realpolitik Bismarcka do dzisiejszych czasów? Może. Jednak wbrew oczekiwaniom samych Niemców owocem tej idealnie wycyzelowanej polityki wobec Chin staje się coraz większe uzależnienie od rynku chińskiego, hodowanie konkurenta stanowiącego poważne zagrożenie dla niemieckiego przemysłu i niesterowność Niemiec w strategicznych kwestiach, a w efekcie osłabienie ich suwerenności.

Okres wzajemnego zauroczenia

Zaczęło się niewinnie w 1999 r. Nie mogło być inaczej, jeśli zacieśnianiem stosunków z Chinami zajął się niemiecki specjalista od szemranych porozumień – kanclerz Gerhard Schröder. To on zapoczątkował niemal coroczne pielgrzymki niemieckich szefów rządów do Państwa Środka. Sam w ciągu 7 lat urzędowania był tam 6 razy. Opłacało się. Wystarczyło popierać politykę jednych Chin, apelować o zniesienie embarga UE na eksport broni (nałożonego po masakrze na placu Tiananmen), a juany zaczęły zasilać krwiobieg niemieckiej gospodarki.

W mgnieniu oka chiński protekcjonizm jakby przestał obowiązywać przedsiębiorstwa znad Renu. Warunek był jeden – niemieckie koncerny miały wchodzić w spółki joint-venture z wybranymi chińskimi partnerami. No i oczywiście niepisanym elementem porozumienia była rezygnacja z apeli do chińskich władz o demokratyzację.

Zresztą Niemcy znalazły wygodną wymówkę. Przykry obowiązek upominania się o prawa człowieka zastąpił dialog z Chinami o praworządności. W końcu im więcej chińscy aparatczycy nasłuchają się wykładów o dobrodziejstwach płynących z demokracji, tym szybciej porzucą ideały komunistyczne.

Co ciekawe, w tym samym okresie odmienną drogę wybierał szczególnie nielubiany przez Niemców prezydent USA, George Walker Bush, który nie wahał się piętnować Chin za prześladowanie mniejszości religijnych pod pretekstem walki z terroryzmem. Ale przecież Amerykanie nie mogli liczyć na takie przywileje, jak Niemcy. W końcu to niemieckie biuro podróży TUI jako pierwszy zagraniczny inwestor dostało zgodę na uzyskanie większościowego udziału w spółce założonej na rynku chińskim… Jakie ma to znaczenie? Do Niemiec zaczęli masowo latać żądni zakupów chińscy turyści.

Związek prawie idealny

Obrońcy praw człowieka wiele obiecywali sobie po dojściu do władzy Angeli Merkel, córki pastora, która sama doświadczyła życia w państwie totalitarnym. Nie można powiedzieć, że pierwsza kobieta na fotelu kanclerza Niemiec nie próbowała praw człowieka bronić. Jednak gdy tylko chciała wyjść poza ramy konwencji wyznaczonej przez Schrödera, była bezceremonialnie karcona przez stronę chińską. Tak było w 2007 r., gdy Angela Merkel postanowiła przyjąć Dalajlamę. Od razu odwołano szereg istotnych niemiecko-chińskich spotkań na wysokim szczeblu. Gdy kanclerz chciała się spotkać z chińskimi obrońcami praw człowieka w ambasadzie Niemiec w Pekinie, reakcja była podobna – uczestnicy spotkania „nie dojechali”.

Angela Merkel świetnie rozumiała te sygnały – w końcu sama niemal 40 lat swego życia spędziła w systemie komunistycznym, a jednocześnie nigdy nie miała natury błędnego rycerza bezwzględnie walczącego o demokratyczne ideały.

Płynące z Chin miliardy, które przyczyniały się do dobrobytu jej rodaków, zapewne łagodziły też wyrzuty sumienia. Spójrzmy zresztą na liczby. W ciągu ostatnich 20 lat eksport z Niemiec do Chin wzrósł ponad 10-krotnie z 9,5 mld euro do 96 mld euro. Państwo Środka z 15. rynku eksportowego RFN wspięło się na 3. miejsce (za Francją i USA).

Co więcej, Chiny są od 2009 r. największym rynkiem motoryzacyjnym świata, przy czym co czwarte auto kupowane przez Chińczyków pochodzi z fabryk niemieckich koncernów. Bez tej skali sukcesów w Chinach motoryzacja znad Renu nie mogłaby marzyć o tak silnej pozycji globalnej, jaką ma obecnie.

Berlin i Pekin pasowały do siebie idealnie. Z jednej strony industrializujące się Chiny spragnione wszelkich środków, a z drugiej Niemcy – potęga przemysłowa mająca w swojej ofercie know-how i wszelkie urządzenia niezbędne do budowy nowoczesnych fabryk.

Co więcej, gdy Chiny dynamicznie rosły, skokowo erodowała potęga rynków zachodnich. Najpierw USA wpędziły świat w globalny kryzys finansowy, a wkrótce potem strefa euro znalazła się na skraju rozpadu. To wpłynęło na kalkulacje niemieckich polityków. W końcu czymś trzeba było napędzać niemiecki motor rozwoju gospodarczego, czyli wiecznie nienasyconą machinę eksportową. Zwłaszcza że Niemcy nie kwapiły się do pomocy strefie euro za wszelką cenę, lecz stawiały wygórowane warunki państwom Południa, co nie służyło ich szybkiemu powrotowi na ścieżkę dynamicznego wzrostu. Wybór był więc prosty – kurs na Chiny.

W 2010 r. Berlin zainicjował regularne konsultacje międzyrządowe z Pekinem, przeprowadzane są do dziś. Był nawet gotowy na więcej – w ramach tego dialogu zaczął się dzielić swoimi wizjami rozwoju gospodarki, jak np. doświadczeniami koncepcji Przemysłu 4.0. Chińczycy słuchali z najwyższą uwagą. Ich niepisanym celem było w przyszłości zdominowanie m.in. transportu, zielonych technologii, nowych materiałów i przemysłu medycznego, a więc sektorów, w których Niemcy należały do grona liderów.

Do 2016 r. Niemcy nawet jeśli dostrzegali niepokojące tendencje – jak np. systematyczne wspinanie się chińskich producentów na coraz wyższy poziom technologicznego zaawansowania – to zaklinali rzeczywistość. Może i Chińczycy są w stanie wyprzeć z rynków zagranicznych Włochów i Francuzów, ale my, Niemcy, ze względu na naszą sumienność, pracowitość i inżynierską precyzję zawsze będziemy nad nimi górować – takie oceny można było wyczytać między wierszami analiz niemieckiego biznesu.

Firmy znad Renu narzekały wprawdzie na problem kradzieży własności intelektualnej i tajemnic przemysłowych z fabryk w Chinach, jednak pocieszano się, że chodzi o technologie trzeciego sortu – w końcu najcenniejsze komponenty są produkowane wyłącznie w Niemczech. Taki był sposób myślenia niemieckich polityków, lecz niekoniecznie liderów gospodarki znad Renu. Niemieckie koncerny stawały się na tyle uzależnione od Chin, że zaczęły tam budować swoje centra badań i rozwoju. W końcu trudno tworzyć innowacje z dala od swoich najważniejszych fabryki i w oderwaniu od swoich kluczowych konsumentów.

Koniec romantycznych uniesień

Wreszcie nadszedł szok 2016 r., gdy chiński smok pokazał, na ile go stać i o co mu tak naprawdę chodzi. Niemcy po raz pierwszy poczuli, że sytuacja zaczyna im się wymykać spod kontroli. Perła w koronie niemieckiego przemysłu, jeden z czołowych producentów robotów przemysłowych świata – firma Kuka – została przejęta przez Chińczyków. W dodatku nie było to wrogie przejęcie. Przeciwnie, dokonało się za zgodą zarządu firmy, ale wbrew bezradnemu rządowi w Berlinie. Niemcy nie byli zachwyceni tym, że ich „partnerstwo” z Chinami staje się coraz bardziej jednostronne. Zwłaszcza że Pekin wykazywał coraz mniejszą gotowość do otwierania przed Niemcami kolejnych sektorów gospodarki.

W Berlinie szybko przypomniano sobie opublikowane w 2015 r. założenia strategii rządu w Pekinie Made in China 2025, w której wprost zapowiedziano użycie wszelkich dostępnych instrumentów w celu zdobycia do 2025 r. dominującej pozycji w najważniejszych sektorach przemysłowych, a więc właściwie zastąpienia Niemiec.

Nie trzeba było długo czekać na kolejne, coraz bardziej bezceremonialne działania Chin. W 2017 r. Pekin przyjął przepisy o cyberbezpieczeństwie, które dawały władzom dostęp do danych przedsiębiorstw aktywnych w Chinach, co Niemcy odczytali jako potencjalne usankcjonowanie szpiegostwa przemysłowego. Z kolei w 2018 r. chiński inwestor Geely, omijając przepisy niemieckiego prawa za pomocą złożonych schematów inżynierii finansowej, nabył 10% udziałów w Daimlerze i stał się największym akcjonariuszem firmy. Już wkrótce może dojść do sytuacji, w której Chińczycy przekroczą razem próg 20% akcji uprawniający ich do wetowania kluczowych decyzji w koncernie. Inna chińska firma BAIC posiada bowiem 5% akcji koncernu i chce zwiększyć swoje udziały.

Małżeństwo wbrew woli?

Niemcy zrozumieli powagę sytuacji, ale było już za późno na gwałtowne zmiany. W końcu Volkswagen sprzedawał już w 2016 r. na chińskim rynku niemal 4 mln samochodów, co stanowiło 40% jego dystrybucji. Niemcy przez okres kilku kolejnych lat zwiększali kontrolę państwa nad inwestycjami w strategiczne sektory, jednak przepisy UE wiązały im ręce przed głębszymi reformami. Nie byli zadowoleni z efektów i musieli się czasem uciekać do wybiegów. Tak się stało, gdy istniało zagrożenia nabycia przez Chińczyków od jednego z współwłaścicieli niespełna 20% udziałów (a więc poniżej progu uprawniającego rząd do blokowania inwestycji) w niemieckim operatorze sieci energetycznych, 50Hertz. Wówczas Berlin namówił drugiego udziałowca tego przedsiębiorstwa do skorzystania z opcji pierwokupu i do przebicia oferty chińskiej, a potem odsprzedania udziałów państwowemu bankowi KfW.

W obliczu nieskuteczności prawa krajowego Berlinowi pozostało zaostrzanie reguł gry za pośrednictwem UE. Brukselska machina biurokratyczna działa wolno, ale skutecznie. Po 3 latach debat w 2019 r. ustanowiono mechanizm UE służący do monitorowania przejęć unijnych firm przez inwestorów z zewnątrz. Nowy instrument wprowadzi możliwość dokładnego śledzenia powiązań kapitałowych podmiotów wchodzących do kluczowych sektorów państw członkowskich UE. Rozszerzy także zakres spółek o znaczeniu strategicznym z właścicieli i operatorów infrastruktury krytycznej na przedsiębiorstwa z obszaru nowych technologii. Najważniejszą zaletą nowego rozwiązania będzie zrzucenie odpowiedzialności za zablokowanie nabycia firmy przez inwestora z zewnątrz na UE. Jest to korzystne zwłaszcza dla Berlina, który jest niechętny do wchodzenia sam na sam w konfrontację z Pekinem.  Pomimo pewnych postępów Niemcy zdawali sobie sprawę, że zakres ochrony niemieckich firm jest niewystarczający, stąd jeszcze w 2019 r. Ministerstwo Gospodarki zaproponowało stworzenie funduszu umożliwiającego przelicytowanie ofert inwestorów próbujących nabywać strategiczne przedsiębiorstwa Niemiec.

Rozwodu nie będzie?

Prawdziwy test asertywności dopiero przed Niemcami. Bo co zrobić, gdy fantastyczny świat otwartych i coraz bardziej liberalizujących się rynków globalnych stale pożądających niemieckich dóbr zamienia się w piekło nieustannie rosnących obostrzeń wprowadzanych przez dwie rywalizujące ze sobą potęgi? W dodatku kogo wybrać – Chiny czy USA – gdy pierwszy kraj zapewnia 15% obrotów dla 30 największych niemieckich spółek akcyjnych, a drugi – 22%.

Nawet jeśli Niemcy chcieliby zamknąć oczy na rzeczywistość, ona i tak wyraźnie o sobie przypomni. A właściwie już przypomniała. Dylematem przyprawiającym Berlin o ból głowy od niemal dwóch lat jest kwestia wyboru dostawcy 5G – nowej generacji Internetu, który ma być dużo szybszy, o większej przepustowości. A przede wszystkim ruch w tego typu sieci będzie się odbywał niemal w czasie rzeczywistym, a więc okaże się idealnym rozwiązaniem, np. dla samochodów autonomicznych, robotów i Internetu Rzeczy. Oferta chińskiego Huawei wydaje się atrakcyjniejsza niż dwóch europejskich czempionów – Erikssona i Nokii. Niemieccy operatorzy od lat bardzo ściśle współpracują z chińskim koncernem. Obecnie około 45% z 75 tys. stacji bazowych w Niemczech do 4G/LTE pochodzi od Huawei, podczas gdy udział tej firmy w instalacjach dla całej Europy to tylko około 33%. Wykluczenie chińskiego koncernu z niemieckiej technologii 5G to nie tylko wysokie koszty, ale też potencjalnie znaczne opóźnienia w jej wdrażaniu. Niemcy nie mogą sobie na to pozwolić, chcąc pozostać liderem przemysłowym globu.

Amerykanie grożą, że wybór przez Berlin chińskiej technologii będzie miał swoje konsekwencje. Waszyngton obawia się, że otworzy to furtkę do uwiarygodnienia Huawei w całej UE, a potem do zdominowania przez koncern rynku światowego. Zaangażowanie Chińczyków w budowę tak krytycznej infrastruktury może przynieść trudne do oszacowania zagrożenia dla bezpieczeństwa. Zresztą opinię tę podziela niemiecki wywiad i MSZ. Wybór powinien być zatem prosty.

Nie w Niemczech. Chiny stały się rynkiem o znaczeniu strategicznym, a Pekin doskonale zdaje sobie sprawę z tego atutu. Gdy tylko w Niemczech zaczęły krążyć pogłoski o możliwym ograniczeniu udziału Huawei w niemieckim 5G, odezwał się chiński ambasador, nie pozostawiając zbyt wielu niedomówień. Wykluczenie chińskiego koncernu z niemieckiego rynku 5G nie pozostanie bez reakcji. W końcu cieplarniane warunki dla niemieckiej motoryzacji w Chinach nie muszą trwać wiecznie. Dowodem na to, że furtka do udziału Huawei w budowie 5G pozostaje uchylona, jest opublikowany 18 sierpnia katalog przepisów bezpieczeństwa dla dostawców infrastruktury dla Internetu nowej generacji. Kanclerz Merkel zapewniła w niej, żeby to ona jako gorąca orędowniczka współpracy z Chinami miała ostateczny głos w kwestii uznania określonych firm za wiarygodne.

Zresztą Chiny nie muszą ostrzegać. Gdy w lipcu br. Hongkong został w pełni podporządkowany Pekinowi, na zarzuty o bezczynność Niemiec w tej sprawie (w stosunku do aktywności USA lub Wielkiej Brytanii) minister gospodarki odpowiedział, że Niemcy nie są moralnym nauczycielem świata. Skąd ta powściągliwość? W końcu tylko w ciągu ostatnich kilku lat Berlin pouczał Donalda Trumpa, jak nie prowadzić polityki globalnej, Borisa Johnsona, jak bezsensownym pomysłem jest Brexit, nie wspominając o krytyce działań niemal wszystkich państw Europy Środkowej. I nagle dla Xi Jinpinga (ale też dla Putina) Niemcy nie mają żadnych rad.

W tych rozterkach Niemiec nie byłoby nic niepokojącego, gdyby nie jeden fakt. Niemcy są po prostu zbyt potężne gospodarczo i zbyt wpływowe politycznie w UE, żeby milczeć w istotnych kwestiach i być zakładnikiem swoich – często zbyt wąsko pojętych – interesów gospodarczych. A w przyszłości mogą się wręcz okazać kluczowe.

USA bez UE może nie wygrać starcia ekonomicznego z Chinami, a najwięcej kart w Europie rozdaje właśnie Berlin. Niepokojące już dzisiaj jest to, że wielu niemieckich analityków na opisanie obecnych czasów zaczęło używać terminu bezkrólewia. Może to sugerować, że Niemcy coraz poważniej zastanawiają się, czy nie nachodzą rządy nowego globalnego króla. Tylko czy rzeczywiście byłby to świat lepszy od porządku Pax Americana? Już na podstawie ewolucji stosunków niemiecko-chińskich można mieć co do tego poważne wątpliwości.

Anglojęzyczna wersja materiału do przeczytania tutaj. Wejdź, przeczytaj i wyślij swoim znajomym z innych krajów!

Artykuł (z wyłączeniem grafik) jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zezwala się na dowolne wykorzystanie artykułu, pod warunkiem zachowania informacji o stosowanej licencji, o posiadaczach praw oraz o konkursie „Dyplomacja publiczna 2020 – nowy wymiar”. Prosimy o podanie linku do naszej strony.

Zadanie publiczne współfinansowane przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych RP w konkursie „Dyplomacja publiczna 2020 – nowy wymiar”. Publikacja wyraża jedynie poglądy autora/ów i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP.