Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Jak walczyć ze skutkami zmian klimatu w miastach? O retencji rozproszonej i miejskiej gospodarce wodnej

Jak walczyć ze skutkami zmian klimatu w miastach? O retencji rozproszonej i miejskiej gospodarce wodnej Źródło: josef.stuefer - flickr.com

Zmiany klimatu powodują, że coraz intensywniejsze opady są przeplatane okresami suszy. Musimy stosować rozwiązania, które zatrzymają wodę zarówno w jednym, jak i w drugim czasie. Należy starać się zatrzymać opady jak najbliżej miejsca, w którym powstają, a dopiero ich nadmiar odprowadzić. Bardzo ważna jest również odpowiednia komunikacja. Jedno z miast zaproponowało dopłaty do ogrodów deszczowych, ale nie wpływały tam żadne wnioski o dotacje. Dlaczego? Bo nikt nie wiedział, czym jest ogród deszczowy. Z tego powodu w Gdańsku najpierw stworzono projekty demonstracyjne w przestrzeni miejskiej, żeby pokazać, na czym to polega. Odbiór tej inicjatywy okazał się bardzo pozytywny. W mieście pojawiła się moda na ogrody deszczowe. Z Ryszardem Gajewskim, prezesem Gdańskich Wód, rozmawia szef działu Zielony konserwatyzm, Bartosz Brzyski.

Co jest większym problemem dla Gdańska w obecnej sytuacji – susza czy powódź?

Staramy się od pewnego czasu pokazywać, że to dwie strony tego samego medalu, czyli kryzysu klimatycznego. Na całym świecie gospodarka wodna jest obszarem najbardziej wrażliwym na zmiany klimatu. Po jednej stronie mamy problemy z intensywnymi zjawiskami, takimi jak deszcze nawalne. W maju utrzymała się stosunkowo dobra sytuacja pogodowa, bo pojawiły się deszcze długotrwałe i siąpiące. To one najlepiej służą przyrodzie, bo pozwalają na uzupełnianie zasobów wody podziemnej i tej w rzekach. Zmiany klimatu idą jednak w takim kierunku, że coraz intensywniejsze opady są przeplatane okresami suszy. Gdy ziemia jest wyschnięta, nie może przyjąć wody. Zachowuje się wówczas jak asfalt i wszystko po niej spływa, np. do Zatoki Gdańskiej.

Biorąc pod uwagę rozwiązania, które służą adaptacji do nowej sytuacji klimatycznej, musimy starać się dostosować nasz sposób działania do zmian w otoczeniu. Oczywiście, powinniśmy przeciwdziałać też samym przemianom klimatu, ale nie jesteśmy w stanie ich zatrzymać. Możemy je jedynie spowolnić. Obecnie mamy 1,1 stopnia Celsjusza cieplej w porównaniu do ery przedindustrialnej i już obserwujemy na całym świecie coraz bardziej gwałtowne zjawiska, w tym również w Polsce. Teraz musimy stosować rozwiązania, które zatrzymają wodę zarówno w okresie suszy, jak i w czasie intensywnych opadów.

W Gdańsku zmieniliśmy politykę dotyczącą zarządzania opadami, która obowiązuje jeszcze w wielu miastach w Polsce i na świecie. Polegała ona dotychczas na tym, żeby jak najszybciej ująć wodę z opadów we wpusty i odprowadzić ją do systemu kanalizacyjnego. Tym samym się jej pozbywaliśmy. W tej chwili najpierw staramy się ją zatrzymać jak najbliżej miejsca, w którym spadnie, a dopiero jej nadmiar odprowadzić. Stosujemy małą retencję, nazywaną również retencją rozproszoną, która poprzez rozwiązania terenowe (najlepiej związane z zielenią) zatrzymuje wodę.

Jeżeli nie zatrzymamy wody w miejscu opadu, to nastąpi szybki spływ do kanalizacji. Następnie przepustowość zostanie przekroczona i dojdzie do wybijania studzienek. Jeżeli jesteśmy w stanie przynajmniej opóźnić spływ wody do kanalizacji deszczowej, to wypłaszczamy falę. Dzięki temu kanalizacja może sobie z nadmiarem poradzić.

Nie zapominamy oczywiście o argumentach związanych z suszą. Na zatrzymaniu wody w przyrodzie skorzysta również bioróżnorodność. Komisja Europejska przyjęła właśnie strategię bioróżnorodności, w której jest mowa o rozwijaniu tzw. zielono-niebieskiej infrastruktury. Dlatego staramy się promować i zachęcać do tworzenia retencji związanej z zielenią miejską. Zielona infrastruktura z definicji potrzebuje wody. Nie powinniśmy zatem planować jej, nie uwzględniając relacji z wodą.

Jak wyglądają zachęty i model tworzenia tej infrastruktury? Wydaje się, że Gdańsk wyznacza pewne trendy, których nie widać jeszcze w innych miastach.

Część miast wprowadziła już dopłaty do gromadzenia wód opadowych. Jedno z nich zdecydowało się nawet na dotacje do ogrodów deszczowych, ale nie wpływały żadne wnioski. Dlaczego? Bo nikt nie wiedział, czym jest ogród deszczowy. Z tego powodu najpierw stworzyliśmy projekty demonstracyjne w przestrzeni miejskiej, żeby pokazać, na czym to polega. Napisaliśmy poradnik, z którym który krok po kroku możemy zbudować taki obiekt. Odbiór tej inicjatywy jest bardzo pozytywny. Spływają wnioski i propozycje, gdzie jeszcze takie ogrody można by zrobić – w Gdańsku to nowa moda.

Trafiliśmy na dobry moment, żeby wprowadzić zachęty dla mieszkańców. Od tego roku proponujemy dwa rodzaje dopłat – na gromadzenie wody na terenach prywatnych i na tworzenie przydomowych ogrodów deszczowych. Ponadto wydzielono pulę na zielone projekty w ramach Zielonego Budżetu Obywatelskiego. Wnioski dotyczące ogrodów deszczowych są weryfikowane przez naszą spółkę tak, aby środki nie zostały zmarnotrawione na nieprzemyślane inwestycje. Ogród deszczowy nie może być np. położony na górce, bo tam woda nie spływa. Musi też rozwiązywać konkretny problem i być zasilany wodą opadową. Nie może być to obiekt spełniający wyłącznie funkcję estetyczną.

Mówimy o ogrodach deszczowych, ale czy istnieje metoda narzucania standardów retencjonowania wody opadowej na terenach prywatnych?

Dwa lata temu zmieniliśmy zasady wydawania warunków technicznych. Każdemu nowemu inwestorowi narzucamy obowiązek zagospodarowania wody na jego terenie. Nie wyrażamy zgody na włączenie terenów nieprzestrzegających tych zasad do miejskiego systemu odwodnieniowego. Na naszej stronie internetowej są dwie broszury: jak założyć ogród deszczowy w pięciu krokach i opis gdańskiej polityki małej retencji miejskiej. W tych publikacjach prezentujemy nasz system zarządzania opadami. Jest on trzystopniowy. W zależności od sytuacji mówimy: „Musisz zatrzymać 30-60 mm opadu, a dopiero nadmiar możesz odprowadzić do systemu”. 30 mm narzucamy tam, gdzie jest kanalizacja deszczowa. Jeżeli jej nie ma, to wtedy limitem jest 60 mm, żeby uniknąć zalewania terenów sąsiednich.

Drugim zabezpieczeniem są nasze zbiorniki retencyjne. Mamy ich w Gdańsku 53. Często są zlokalizowane na potokach, które przybierają w czasie opadów. Wszystkie nowe zbiorniki zostały projektowane na wodę stuletnią, czyli opad, którego prawdopodobieństwo wystąpienia jest jednoprocentowe. Jeżeli opad jest jeszcze większy i zbiorniki nie wystarczają, to wówczas wkracza zarządzanie kryzysowe i koordynacja służb, żeby zapobiec podtopieniom w mieście i ograniczyć straty. Kilka razy byliśmy w trudnej sytuacji, ostatnio w latach 2001 i 2016. Wysokie opady pojawiły również trzy lata temu, ale doświadczenia z roku poprzedniego pozwoliły nam się obronić. Wartości, które odnotowaliśmy w tych latach, należą do najwyższych w historii na terenie całej Polski. Specyfika i położenie Gdańska sprzyjają takim zjawiskom, głównie ze względu na obecność wzgórz morenowych. Wilgotne masy powietrza napotykają na nie i następuje kondensacja pary wodnej nad obszarem miasta.

Powiedział Pan, że w Gdańsku istnieją 53 zbiorniki retencyjne, a kolejne są w budowie. Wynika z tego, że opad jednoprocentowy nie jest wcale tak rzadki, jakby się wydawało. Ile zbiorników w takim razie powstaje?

Wiele miast nam zazdrości, bo już w miejscowych planach zagospodarowania przestrzennego rezerwujemy zbiorniki retencyjne. W tej chwili jest ich ponad trzydzieści, kilka kolejnych projektujemy. Niedługo odbędzie się przetarg na realizację zbiornika Jaśkowa Dolina na potoku Jaśkowym, dopływu newralgicznego potoku Strzyża.

Skoro już jesteśmy przy zbiornikach retencyjnych, to warto przypomnieć, że zgodnie z definicją one też stanowią małą retencja, choć ich skala jest znacznie większa. Przydomowe ogrody deszczowe mogą mieć metr lub kilka metrów sześciennych pojemności, ogrody miejskie kilkadziesiąt, choć wykonujemy też ogrody deszczowe czy parki retencyjne na kilkaset metrów sześciennych. Pojemność zbiorników retencyjnych to nawet kilkadziesiąt tysięcy metrów sześciennych.

Zbiorniki retencyjne są także zieloną infrastrukturą. Ktoś, kto nie jest specjalistą, może wnioskować po ich wyglądzie, że w mieście są czymś w rodzaju stawów, jeziorek czy większych oczek wodnych. To miejsca służące rekreacji, ale ich podstawowym zadaniem jest zapobieganie powodziom. Stanowią swego rodzaju enklawę bioróżnorodności i odpoczynku w mieście, a jednocześnie służą bezpieczeństwu.

Stworzyliście dość spory plan inwestycyjny opiewający na 120 mln zł w perspektywie z 2017 roku. Rozumiem, że znaczna część kwoty zostanie przeznaczona na zbiorniki retencyjne, które stanowią zabezpieczenie hydrologiczne.

To już kolejny etap projektu. Jako spółka akurat tym się nie zajmujemy, bo inwestycje prowadzone są przez Dyrekcję Rozbudowy Miasta Gdańska. Sprawujemy jedynie nadzór merytoryczny. Rzeczywiście to jeden z kolejnych projektów związanych z zagospodarowaniem wód opadowych, w ramach których realizowane są różne inwestycje, m.in. zbiorniki retencyjne, czego przykładem jest zbudowany ostatnio zbiornik w Osowie, a kolejny to ten wspomniany wcześniej w Jaśkowej Dolinie. Budowana jest też kanalizacja deszczowa, niezbędna, żeby zapobiec podtopieniom niektórych ulic. Funkcjonuje ona też jako miejsce nadmiarowego przelania się wód.

Chciałbym zapytać o normy prawne. W tej chwili prezydent podjął inicjatywę oczek wodnych, więc na szczeblu centralnym ten problem został w jakimś stopniu zauważony. Mówił Pan o tym, że sami musieliście wypracować standardy dotyczące ogrodów deszczowych. Czy są jakieś legislacyjne ograniczenia w aspekcie zarządzania wodą? Podejrzewam, że co do zieleni ich nie było.

W zakresie przygotowania planów miejscowych współpracujemy z Biurem Rozwoju Gdańska. Choć miasto ma bardzo dobre pokrycie planami, tu także pewne kwestie rzeczywiście można uregulować. Nie jestem specjalistą w tym zakresie, ale urbaniści mówią, że nie wszystko, co byśmy chcieli, można zapisać w prawie. Staramy się wspólnie ze specjalistami wprowadzać współczynniki spływów w planach miejscowych. To podstawa do tego, żebyśmy potem na etapie warunków technicznych lub uzgadniania dokumentacji technicznej wymagali konkretów od inwestorów. Przystępując do działania, inwestor widzi, że będzie musiał np. zatrzymać określony procent wody opadowej i uwzględnić to w swoich zamierzeniach.

Jako spółka uczestniczymy i opiniujemy plany miejscowe. Za każdym razem rozmawiamy z planistami, jak w danym przypadku daną kwestię rozwiązać. Do tego dochodzą na etapie planów zapisy dotyczące powierzchni biologicznie czynnej. Około dwa lata temu zmieniła się jej definicja i w tej chwili musi uwzględniać retencję wody. Stanowi to dobre narzędzie do tego, żeby planiści mogli wymagać (również na etapie realizacji), aby np. powierzchnia biologiczna zielonych dachów pełniła też funkcję retencyjną. W wielu miastach stanowi to problem. Choć możemy przypilnować tych zagadnień na etapach planistycznym i pozwoleń na budowę, to nie jesteśmy w stanie zapobiec ich późniejszym zmianom. Przykładowo jest zaprojektowana powierzchnia biologiczna czynna, ale okazuje się, że ludzie potrzebują wokół swojego budynku więcej miejsc parkingowych. Pojawiają się w ten sposób nowe płyty drogowe, które uszczelniają teren. Jeśli chcemy z tym skutecznie walczyć, to służby nadzoru budowlanego powinny otrzymać kompetencje, żeby mogły taki sytuacje weryfikować i odpowiednio interweniować.

Istnieje tendencja, żeby przestrzenie biologicznie nieczynne przemienić w tereny przyjazne środowisku. Można to osiągnąć, np. likwidując parkingi w centrach miast i tworząc strefy zielone. Na czym polega Wasza praca w tym zakresie? Wydajecie opinie o danym terenie czy próbujecie w trybie konsultacyjnym przedstawić swoją wizję i własne inicjatywy?

Inwestycje, które mają związek z prowadzeniem wód opadowych, są przez nas opiniowane, ale musimy też pamiętać, że działania podejmowane w przestrzeni miejskiej zawsze są wynikiem kompromisu. Różne podmioty wciąż ze sobą konkurują. Gdańskie Wody chciałyby widzieć wszędzie zieleń i obiekty pełniące funkcje retencyjne (śmiech), ale muszą przecież zmieścić się też jakieś chodniki, mieszkania, domy. Trzeba to umiejętnie łączyć. Mówimy więc o tym, że przestrzenie zurbanizowane powinny być wielofunkcyjne. Przykłady możemy czerpać z Zachodu, gdzie plac zabaw w czasie opadu gromadzi nadmiar wody, bo w tym czasie i tak dzieci się tam nie bawią. Lepiej w sposób kontrolowany zalać to miejsce albo np. park miejski niż tereny mieszkaniowe.

Wspomniane wyżej dwa punkty widzenia można pogodzić, budując parkingi. W Gdańsku pojawiła się bardzo ciekawa realizacja w dzielnicy Stogi, gdzie zrewitalizowano teren podwórzy przy blokach mieszkaniowych. Woda opadowa gromadziła się w miejscach, gdzie parkowano samochody albo tam, gdzie bawiły się dzieci. Stworzono największy w Polsce, a myślę, że nawet jeden z większych w Europie, system, który umożliwia spływanie wody z miejsc parkingowych do systemu rowów i porośniętych roślinnością ogrodów deszczowych. Dopiero nadmiar wylewa się do kanalizacji. Ten przykład pokazuje, że wcale nie musimy wybierać między parkingiem a zielenią. Okazuje się, że parking nie musi być przestrzenią szczelnie zabetonowaną. Przy każdej inwestycji możliwy jest kompromis.

Czy poza lepszym projektowaniem parkingów są jeszcze miejsca, które można lepiej wykorzystać pod kątem większej liczby funkcji, a dziś tego się nie robi? Nadal kosi się trawniki miejskie, kiedy od wielu dni nie pada, a następnie wypala trawę, co chyba nie jest najbardziej przemyślanym działaniem.

Koszenie traw odbywa się często według harmonogramu, bez względu na pogodę. Zastępca prezydenta Gdańska wystosował apel do spółdzielni i wspólnot mieszkaniowych, żeby takie koszenia ograniczyć.

Pasy drogowe bardzo często mają rezerwę terenu i elementy zielone. Staramy się przekonywać projektantów do tego, żeby zatrzymywać w ich obrębie wodę, aby zanim opad dostał się do kanalizacji deszczowej z nawierzchni jezdni, najpierw przepłynął przez system niecek, ogrodów deszczowych i filtrów roślinnych. Jeżeli woda dostanie się do systemu roślinnej retencji, to będzie też do pewnego stopnia podczyszczona, co stanowi bonus. Wskazujemy, że kanalizacja deszczowa, do której się przyzwyczailiśmy, nie musi być kanalizacją zamkniętą.

Często przy drogach międzymiastowych mamy rowy po obu jej stronach. To otwarta kanalizacja. W mieście rowy kojarzą się z wiejskim rozwiązaniem i są niepopularne. Preferuje się rury, a więc kanalizację zamkniętą. My zachęcamy mimo wszystko do rozwiązań otwartych i zielonych, również w kontekście programu „Moja Woda” Ministerstwa Klimatu, którego szczegółów jeszcze nie znamy. Kanalizacja zamknięta nie ma tak wielu walorów. Brakuje w niej miejsca na zieleń czy bioróżnorodność, funkcję podczyszczania, a ma ona także gorsze parametry retencyjne. W przypadku ogrodu deszczowego lub niecek retencyjnych mamy do czynienia z infiltracją i ewapotranspiracją, czyli utratą wody przy wykorzystaniu powierzchni terenu, liści i łodyg roślin. Te zalety znikają przy zbiorniku zamkniętym.

Niestandardowe zjawiska pogodowe się zaostrzają. W zeszłym roku pierwszy raz w historii mieliśmy dwa razy w ciągu jednego dnia deszcz nawalny, podczas gdy w poprzednich latach one w ogóle nie występowały. Co w tej sytuacji stanie się ze zbiornikiem zamkniętym? Napełni się i nie będzie przygotowany na drugi deszcz, bo nikt w ciągu tych kilku godzin zbiornika nie opróżni. Natomiast obiekt roślinny może w jakimś stopniu opróżnić się samoistnie – woda częściowo wsiąknie, a częściowo wyparuje. To kolejna korzyść otwartej kanalizacji.

Trzeba pamiętać, że oczko wodne nie jest rozwiązaniem, które retencjonuje wodę opadową. Ma głównie walor estetyczny i często jest napełniane wodą wodociągową, która jest w nim stale, więc taki obiekt nie posiada rezerwy retencyjnej. Mam nadzieję, że to jakiś lapsus i w tym postulacie raczej chodziło o ogrody deszczowe. W tym miejscu warto podkreślić, że retencja może być różnie pojmowana, np. retencja istotna z punktu widzenia suszy może nie mieć żadnej funkcji przeciwpowodziowej, tj. gromadzenia wody w wypadku nadmiernych opadów. Obiekt ze stałym zwierciadłem wody, jak np. oczko lub staw, bez urządzenia piętrzącego wodę nie zgromadzi jej nadmiaru, ale odprowadzi taką samą jej ilość, jaka do niego dopłynie. Natomiast zbiornik retencyjny typu mokrego w normalnych warunkach piętrzy wodę na niższym poziomie. Przy zwiększonym dopływie ten poziom zaczyna rosnąć, a po deszczu opada, w ten sposób zbiornik działa samoczynnie bez konieczności regulacji. Czynna objętość, tj. różnica pomiędzy maksymalnym i minimalnym poziomem wody, stanowi retencję przeciwpowodziową w zbiorniku.

Zawsze musimy się więc zastanowić, czemu ma służyć retencja i co chcemy osiągnąć. Staramy się tworzyć takie systemy, które łączą obie funkcje, tzn. przeciwpowodziową i przeciwdziałanie suszy.

Krótko mówiąc, do oczek wodnych nie namawiacie.

Oczko wodne może ładnie wyglądać, ale nie służy zatrzymywaniu wody opadowej. By je stworzyć, trzeba kupić gotowe formy, do tego kilka kamieni i roślin, a następnie wypełnić  wodą wodociągową. Mam nadzieję, że w dalszych etapach rząd wyprostuje te niedoprecyzowane informacje.

Chciałbym podsumować i zebrać w całość to, o czym rozmawialiśmy. Przewiduje się, że coraz więcej ludzi będzie mieszkało w miastach. Problemem w Gdańsku jest zjawisko cofki, z którym inne duże polskie miasta się nie spotykają. Czy są jeszcze jakieś inne wyzwania? Jak Gdańsk stara się do nich przygotować?

Rzeczywiście rozmawialiśmy tylko o jednym z rodzajów powodzi. W Gdańsku narażeni jesteśmy na więcej jej typów, w tym na powódź ze strony morza lub stopniowe podnoszenie się poziomu mórz i oceanów. Te zjawiska będą nam coraz bardziej utrudniały zadania. Najbardziej niekorzystna sytuacja występuje wtedy, gdy jednocześnie wieje wiatr północny, a więc w kierunku lądu, ponieważ dochodzi do tzw. cofki, i jednocześnie pada deszcz. Miejsca narażone na cofkę są oczywiście stopniowo zabezpieczane. Leży to w kompetencjach Urzędu Morskiego, który powinien dostosowywać wysokość nabrzeży do prognoz podnoszenia się poziomu morza. Zdarzają się sytuacje, że podczas cofki woda w Gdańsku-Brzeźnie przelewa się przez plażę na sąsiadujące ścieżki.

Główny problem występuje przy kumulacji dwóch zjawisk, tzn. cofki i opadu. Wtedy dochodzi do wzrostu poziomu wody ze strony odbiornika. Woda odpływająca wylotami kanalizacyjnymi ma problem w dotarciu do niego i tworzy się korek. Gdańsk projektuje wspomagającą pompownię przy potoku Strzyży, która ma działać przy zastosowaniu klap zwrotnych, aby nie występował przepływ wsteczny ze strony potoku. W sytuacji zwiększonego dopływu wody opadowej pompownia się włącza i pompuje do potoku. Innym rozwiązaniem są wrota przeciwsztormowe. Być może na wylocie potoku Strzyża kiedyś będą musiało powstać takie rozwiązanie zabezpieczające przed cofką. Te pomysły są brane pod uwagę i będą wymagały współpracy wielu instytucji, w tym Wód Polskich, Urzędu Morskiego i miasta Gdańsk.

Zgodnie z prawem wodnym potoki, które znajdują się w granicach miasta, obejmuje administracja Wód Polskich, co oznacza, że nie wszystkie sprawy na terenie miasta są w kompetencji samorządu. Oczywiście, współpracujemy i reagujemy w szczególności w zakresie bezpieczeństwa przeciwpowodziowego, ale służby centralne odgrywają tu też swoją rolę, czy to w przypadku Wód Polskich, czy Urzędu Morskiego.

Wody Polskie to dla Was problem i przeszkoda czy raczej odciążenie budżetu?

W prawie wodnym znajduje się zapis o możliwości podpisania porozumienia, na podstawie którego Wodom Polskim miasto przekazuje w administrację cieki leżące na jego terenie. To uprościłoby zarządzanie systemem odwodnieniowym, ale powinno wiązać się z przekazaniem środków finansowych na utrzymanie tych potoków. Takie rozmowy prowadzimy.

Jako Gdańskie Wody jesteśmy specyficznym podmiotem w skali całego kraju. Zazwyczaj decydowanie o systemie kanalizacji deszczowej leży w gestii zarządców drogi albo wodociągów. W Gdańsku 27 lat temu powołano osobną spółkę właśnie do systemu odwodnieniowego (kanalizacji deszczowej), dzięki czemu mogliśmy się skoncentrować tylko na tej kwestii. Gdańsk jest liderem w Polsce w budowie zbiorników retencyjnych. Znacznie rozwinęliśmy także funkcjonowanie ogrodów deszczowych. Specyficzne jest również to, że nasi pracownicy na co dzień będący w terenie i zajmujący się utrzymaniem systemu w sytuacji deszczu nawalnego zamieniają się w służby szybkiego reagowania. W innych miastach jest to przede wszystkim domena straży pożarnej. My również z nią współpracujemy, ale jesteśmy też przygotowani do sprawnego reagowania we własnym zakresie. Prowadzimy również administrację miejskich magazynów przeciwpowodziowych, w których gromadzone są pompy, agregaty, ścianki szczelne, worki z piaskiem i rękawy przeciwpowodziowe.

To trzeci szczebel, o którym wspominałem wcześniej. Pierwszy stanowi mała retencja (retencja rozproszona), drugi – odpływ nadmiaru wody do kanalizacji deszczowej i większe zbiorniki retencyjne, a kiedy już one nie wystarczą, tj. dochodzi do podtopień i powodzi, to wzmocniony musi być też trzeci szczebel – zarządzanie kryzysowe. Co roku wspólnie ze strażą pożarną ćwiczymy przeciwpowodziowe procedury, komunikację, rozkładanie rękawów, żeby wszystko działało sprawnie w dniu próby.

Na koniec zapytam o aspekt technologiczny i monitorowanie stanu wody. Czy na bieżąco dysponujecie wiedzą, co się dzieje w mieście? W końcu nie chodzi tylko o infrastrukturę, ale również o umiejętność zarządzania technologią.

System monitoringu miejskiego, na który składa się 25 deszczomierzy rozlokowanych w mieście i 75 punktów pomiaru stanu wody, służy dwóm celom. Po pierwsze, czas reakcji i pomaga w szybkiej bieżącej ocenie problematycznej sytuacji. W czasie deszczu nie wszędzie pada równomiernie. Występuje przestrzenna zmienność opadu – gdzieś może intensywnie padać, a trochę dalej może nie być ani jednej kropli wody na chodniku. Musimy wiedzieć, gdzie wysyłać służby. Po drugie, system pozwala na gromadzenie danych do długoterminowej analizy – określa, jak rozkładają się opady, dane do projektowania i matematycznego modelowania. Dysponujemy nowoczesnym narzędziem, które wykorzystuje dane z monitoringu, spina je z modelem matematycznym, a następnie służy do oceny szczególnie narażonych miejsc. Nowe technologie są więc ważne i pomocne.

Czy chcielibyście wprowadzić jakieś narzędzia i systemy monitoringu do Waszej pracy?

Myślimy o monitoringu jakościowym, ale chcemy się do tego dobrze przygotować. Sama wiedza nie wystarczy, powinna być powiązana ze sposobami poprawy jakości wody powierzchniowej. Staramy się tak projektować systemy, by np. wykorzystywać roślinność jako filtr do poprawy jakości wody. Te działania zdecydowanie chcemy rozwinąć, zarówno pod względem wspomnianej wyżej jakości wody, jak i jej monitorowania.

W kanalizacji deszczowej wymagane są separatory (które się stosuje), ale bardziej mam teraz na myśli spływ powierzchniowy, który nie zawsze możemy „złapać” do kanalizacji, a który dostaje się bezpośrednio do potoków i zbiorników. Mamy też kilka pomysłów na kolejne projekty demonstracyjne związane z zieloną infrastrukturą. W tym roku chcemy pokazać, że ogrody deszczowe nie muszą być wyłącznie obiektami terenowymi. Chcemy wprowadzić np. ogrody skrzynkowe, które można wstawić pod rynnę, żeby w przestrzeni zurbanizowanej nie kopać niecek. Spełniałyby funkcję zatrzymywania i oczyszczania wody.

Materiał powstał w ramach działalności Klubu Jagiellońskiego w Gdańsku, który jest wspierany przez Olivia Business Centre, Skyrise oraz darczyńców indywidualnych.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.