Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Wciąż myślimy tylko o powodziach, ale to susze będą kluczowym wyzwaniem

Wciąż myślimy tylko o powodziach, ale to susze będą kluczowym wyzwaniem Źródło: Darek - flickr.com

Obraz niszczącej wody jest bardzo medialny. Można pokazać go z helikoptera i oszacować, ile będzie kosztować odbudowa. Tymczasem susza atakuje (przynamniej na razie) po cichu. Przeciętny człowiek zauważa ją dopiero, gdy musi drożej zapłacić za owoce i warzywa. Dochodzi to do niego dopiero wtedy, kiedy gdzieś zabraknie wody w kranie, jak w zeszłym roku w Skierniewicach. Z doktorem Jarosławem Suchożebrskim z Uniwersytetu Warszawskiego rozmawia Filip Górski.

Jak mogą płonąć bagna i torfowiska? To pytanie zadaje wielu zdumionych internautów, patrzących na okropne obrazki znad Biebrzy. Dlaczego bezmyślne wypalanie łąk przybrało tak dramatyczny obrót?

Pożar biebrzańskich bagien to efekt złożenia wielu czynników. Mieliśmy suszę atmosferyczną i długi czas bez opadów. Mieliśmy również suszę hydrologiczną i hydrogeologiczną, a zatem niski stan wody w rzekach i wód podziemnych. Zlewnia była zatem po prostu przesuszona. No i to nieszczęsne wypalanie traw, od którego wszystko się zaczęło…

Kondycja polskich mokradeł jest kiepska. To dobrze widać w Narwiańskim Parku Krajobrazowym, w którym częściej pojawia się roślinność szuwarowa. Z jednej strony wynika to ze zmian wilgotnościowych, czyli po prostu mniejszej ilości wody, ale też z dostawy biogenów (zanieczyszczeń związkami azotu) z górnej części zlewni. Coraz gorzej jest też z naszymi mokradłami w wyniku przesuszeń. Torf, jeżeli nie będzie miał wody, zmurszeje. Mursz ma zdecydowanie gorsze zdolności retencyjne.

Czy istnieją przykłady mokradeł, które dobrze funkcjonują, gdy są wspierane przez człowieka?

Pojawiają się próby renaturyzacji bagien i ich utrzymania. Warto zwrócić uwagę chociażby na bagno Całowanie w okolicy Otwocka. Proces renaturyzacji może przebiegać dość szybko. Wystarczy tylko nie przeszkadzać, czasem odwrócić pewną sytuację, trochę wody zatrzymać, a mokradła odwdzięczą nam się poprawą jej jakości i magazynowaniem, ochronią nas przed powodziami, a także podarują trochę wody wtedy, kiedy będzie jej za mało. Tak jak gąbka.

Wiele pokoleń Polaków bardziej niż suszy obawiało się zimy stulecia. Wydaje się jednak, że o tym możemy już zapomnieć. Czy do polskiej tradycji wejdzie teraz coroczne informowanie o nadchodzącej wielkiej suszy?

To właśnie brak śnieżnych zim jest tak naprawdę główną przyczyną suszy, która jest w Polsce od kilku lat permanentna. Śnieg w postaci wiosennych roztopów to główne (ale nie jedyne) źródło wilgoci w okresie wegetacyjnym, czyli wtedy, kiedy rośliny potrzebują najwięcej wody, żeby zbudować swój system korzeniowy lub w ogóle rosnąć. Zdarzają się bardzo krótkie okresy z niską temperaturą, ale zimy są praktycznie zupełnie bezśnieżne, przynajmniej na nizinach. W Warszawie w tym roku chwilę popadało, ale śnieg nie utrzymał się dłużej niż 1-2 dni.

Czy nie jest tak, że proporcje w dostrzeganiu zagrożeń – suszy i powodzi – są nieco zaburzone? W najnowszej historii wielka woda nawiedziła Polskę kilka razy, na trwale zapisując się w naszej pamięci. O zabezpieczeniach przeciwpowodziowych słychać częściej niż o walce z suszą.

Do tej pory rzeczywiście bardziej zwracaliśmy uwagę na powodzie, bo one się zdarzały i były spektakularne. Widok niszczącej wody jest bardzo medialny. Bardzo łatwo da się pokazać straty i przełożyć je na kwestie finansowe – wykazać, co zalało, ile zniszczyło i ile będzie kosztować naprawa. Z suszą jest dużo większy problem, bo jest słabo widoczna. Przeciętny człowiek zauważa ją dopiero, gdy musi więcej zapłacić za owoce i warzywa. Dostrzega problem dopiero wtedy, kiedy gdzieś zabraknie wody, tak jak w zeszłym roku w Skierniewicach. Dziś w końcu zaczynamy łączyć przeciwdziałanie skutkom powodzi z przeciwdziałaniem skutkom suszy. Istnieje sporo rozwiązań, które pozwalają na jedno i drugie. To na przykład zbiorniki retencyjne. Jednak trzeba pamiętać, że stanowią tylko częściowe antidotum i na powódź, i na suszę. Warto wspomnieć w tym kontekście o retencji krajobrazowej.

Mamy do czynienia ze wzmożonym występowaniem zjawisk ekstremalnych. Powodzie stuletnie zdarzają się częściej – już nie statystycznie raz na sto lat, ale nawet raz na kilkanaście lub kilkadziesiąt. Z drugiej strony praktycznie każdego roku mówi się o suszach. Jeżeli spojrzymy na dane dotyczące suszy w Europie, to okaże się, że praktycznie większa część kontynentu jest nimi zagrożona. Nie da się więc w kontekście zmian klimatu traktować tych dwóch rzeczy – powodzi i suszy – oddzielnie.

Kiedyś bardziej zagrażały nam powodzie. Wynikało to z tego, że rolnictwo było mniej intensywne i nasze potrzeby wodne były mniejsze. Teraz niestety dwa zjawiska – powódź i susza – są współistniejące. Ilość wody będącej w obiegu na kuli ziemskiej się nie zmienia, ale inaczej wygląda jej dystrybucja. Kiedy u nas panuje susza, w tym samym czasie gdzieś indziej na kuli ziemskiej jest powódź. Wynika to pośrednio ze zmian klimatu i zanieczyszczenia atmosfery – mamy wyższą temperaturę, więcej energii w atmosferze, w związku z czym powyższe zjawiska są bardziej gwałtowne.

Co bardziej wpływa na suszę – czynniki antropogeniczne czy klimatyczne?

Klimat determinuje to, co dzieje się z zasobami wodnymi, ale obecnie sporo zależy od człowieka, bo to on w dużym stopniu na klimat wpływa. W tej kwestii naukowcy właściwie osiągnęli konsensus. Poza tym zużywamy więcej wody, choć tej dostępnej mamy coraz mniej.

Jak możemy zmierzyć suszę?

To zależy, jaką suszę rozpatrujemy. W pierwszym etapie suszy, czyli podczas suszy atmosferycznej, możemy ją określić, analizując wskaźniki związane z opadem, na przykład to, jak długo nie padało, ile wyniosła suma opadów. Biorąc pod uwagę to kryterium, możemy stwierdzić, że mamy bardzo kiepską sytuację. Jeżeli brakuje opadów przez dwa tygodnie, możemy mówić o suszy atmosferycznej. Przykładowo w okolicach Warszawy w marcu i w kwietniu opady były znikome. Jeżeli do tego dochodzi wysoka temperatura (tak jak w tym roku – ciepła zima, czyli wyższe parowanie), braki są jeszcze większe. Jeżeli mamy warunki do powstania suszy atmosferycznej, to bardzo szybko wysycha nam gleba, szczególnie jej wierzchnia warstwa, najbardziej istotna dla roślin. Wówczas mówimy o suszy glebowej. Tutaj z pomocą mogą nam przyjść wskaźniki związane z zawartością wilgoci w glebie. Przykładem jest wskaźnik wilgotności określany w procentach jako stan od pełnego wyschnięcia (czyli wartość bliska 0) do pełnego nasycenia (wartość 100%). W okresie wegetacyjnym obszary o wilgotności poniżej 30-40% wskazują na możliwy deficyt wody w strefie korzeniowej. Rozkład wskaźnika wilgotności gleby możemy śledzić na stronie: http://agrometeo.pogodynka.pl/. W kwietniu i na początku maja na większości obszarów naszego kraju na głębokości 7-28 cm nie przekraczał on 40%. Opady w niewielkim stopniu poprawiły sytuację.

Pierwszego etapu wysychania gleby praktycznie nie widać, chyba że jest w niej dużo cząstek ilastych, wtedy tworzą się malownicze spękania. Brak wody dostępnej dla roślin oznacza gorszy ich wzrost, a nawet wysychanie. Kolejnym etapem jest obniżanie się poziomu i przepływu wody w rzekach – to możemy już naocznie stwierdzić, chociażby na podstawie obserwacji hydrologicznych prowadzonych w sieci IMGW-PIB. Nazywamy to suszą hydrologiczną. Obecnie (stan na 14 maja) większość rzek w Polsce, w tym Wisła, Odra i jej dopływy, mieści się w strefie stanów niskich i stanów średnich. Jeżeli stan jest niski, to i przepływ (objętość wody, która płynie rzeką w danym profilu pomiarowym) taki będzie. Sprawia to, że mamy mniej zasobów wodnych do dyspozycji.

Ostatnim, najgorszym etapem jest obniżenie zwierciadła wód podziemnych, czyli susza hydrogeologiczna. Jej monitoringiem zajmuje się Państwowy Instytut Geologiczny. Zachodzi tu również związek z suszą hydrologiczną. Rzeki mają bowiem dwa główne źródła zasilania w wodę: opad (w postaci śniegu lub deszczu) i zasilanie podziemne. Jeżeli nie mamy zasilania opadami i niski stan wód podziemnych, to sytuacja jest naprawdę bardzo poważna – miejscami wręcz ustaje zasilanie rzek. Mniejsze rzeki i strumienie mogą wysychać.

Wyróżniamy cztery etapy suszy, a Polska miejscami znajduje się już w tym ostatnim, najpoważniejszym.

Tak, cierpi przede wszystkim rolnictwo. W zeszłym roku było na przykład głośno o tym, jak podrożała cebula. Warzywo uprawiane praktycznie przez każdego na działce było droższe niż egzotyczne owoce.

Równie mocno cierpi zależna od wody energetyka oraz branże, które wykorzystują wodę w procesach produkcyjnych i chłodniczych (przemysł ciężki, przemysł oponiarski, huty). Niedoborami wody może być dotknięta również gospodarka komunalna. Proszę zwrócić uwagę, że duże miasta korzystają z zasobów wód płynących, czyli z rzek, lub ewentualnie z wód zgromadzonych w zbiornikach. Warszawa, Poznań, Wrocław, konurbacja śląska – głównym źródłem zaopatrzenia w wodę bieżącą są tam rzeki. W przyszłości może pojawić się tu problem z zaopatrzeniem.

Proszę zwrócić uwagę, że już w przeszłości okresowo były wprowadzane ograniczenia w poborze wody. Teraz coraz częściej mogą się pojawiać, np. dla ogródków działkowych. Nie jest to problem, który pojawił się w ostatnich 2-3 latach. On narasta od dekad. Obecnie (14.05.2020 r.) już ponad 150 gmin ogłosiło apel lub zakaz dotyczący ograniczenia zużycia wody albo wręcz nieużywania jej do podlewania upraw, ogródków, trawników, mycia samochodów i napełniania basenów.

Jakie regiony są najbardziej narażone albo już dotknięte zjawiskami suszy w Polsce?

Paradoksalnie najbardziej narażone są te obszary, które potrzebują wody najwięcej na cele rolnicze – Wielkopolska, Dolny Śląsk, Mazowsze. Problem wynika też z warunków klimatycznych, ponieważ są to regiony najcieplejsze, z najdłuższym okresem wegetacyjnym, czyli z intensywnym rolnictwem, a w związku z tym z intensywnym wyczerpywaniem zasobów wodnych.

A górnictwo? Jaki wpływ mają odkrywki w Kleszczowie lub w okolicach Konina?

Górnictwo przyczynia się do obniżenia zwierciadła wód podziemnych. Wydobycie kopalin, czy to w kopalniach odkrywkowych, czy podziemnych, wymaga zazwyczaj odwodnienia. Odpompowywanie wody skutkuje powstaniem lejów depresyjnych, które często mają znaczy zasięg przestrzenny.

W ostatnich dniach pojawiła się propozycja ministerstwa, która zdaniem urzędników ma usprawnić walkę ze suszą. Jak Pan ocenia ten pakiet rozwiązań i polską politykę wodną?

W ostatnich latach zaczęło się coś dziać. Państwowe Gospodarstwo Wodne „Wody Polskie” i inni decydenci zaczęli dostrzegać problem suszy. Trwają dość intensywne prace nad planem przeciwdziałania jej skutkom. Jest to dość medialny program realizowany pod hasłem „Stop suszy”. Jego założenia są cenne, zmierzamy w dobrym kierunku: zaczynamy retencjonować i oszczędzać wodę. W moim odczuciu w zbyt małym stopniu zwraca się uwagę na naturalną retencję krajobrazową, natomiast za dużą wagę przywiązuje się wciąż do retencji sztucznej, czyli budowy zbiorników retencyjnych, i magazynowania w nich wody. Jest to widoczne na poziomie lokalnym. Miasta, szczególnie te duże, zaczynają dostrzegać problemy z suszami i powodziami błyskawicznymi – to coś, co zaczyna wpływać na ich funkcjonowanie i zarządzanie nimi.

Czym różni się duża retencja sztuczna od tej, o której Pan mówi, czyli tej polegającej na zatrzymywaniu wody w krajobrazie?

Duży zbiornik retencyjny jest w stanie zatrzymać dużo wody, ale proszę zwrócić uwagę na koszt jego budowy. Utrzymanie mokradeł, małych oczek wodnych, pozostawienie dolin rzecznych z tarasami zalewowymi i mokradłami jest po prostu dużo tańsze. Przyroda może wykonać za nas sporą część pracy, jeśli jej nie przeszkodzimy i tylko trochę pomożemy.

Regulacja rzek skutkuje szybszym odpływem wody. Rzeczywiście zbiornik wielozadaniowy pomoże nam przy powodzi, ponieważ zatrzyma część fali wezbraniowej. Możemy też magazynować w nim wodę na czas suszy, jednak woda będzie z niego szybciej parowała, co w kontekście ocieplającego się klimatu stanowi coraz większy problem.

Pojawiają się kłopoty z funkcjonowaniem takich zbiorników na Nilu lub dużych rzekach w Chinach. Powyższe rozwiązania przynoszą równie dużo korzyści, ile strat. Każdy zbiornik będzie prędzej czy później się zamulał, wypłycał, a jego zdolność retencyjna będzie się zmniejszała. Nie zapominajmy też, że zbiorniki retencyjne to bariery ekologiczne poważnie wpływające na stan rzek.

Z kogo powinniśmy brać przykład?

Możemy się inspirować tym, co dzieje się w Europie Zachodniej, na przykład w Niemczech. Podjęta została tam renaturyzacja, czyli przywracanie kiedyś przekształconych przez człowieka dolin rzecznych. Chroni to nas przed powodzią, ogranicza jej skutki, bo woda ma się po prostu gdzie rozlać. A jeżeli znajduje po drodze ujście, to fala powodziowa się spłaszcza. Ponadto, jeżeli się rozleje, jej część zasili wody podziemne. Podsumowując, najlepszym sposobem magazynowania wody jest po prostu umożliwienie jej infiltrowania i zasilania wód podziemnych.

W programach ochrony przed skutkami suszy w miastach przede wszystkim kładzie się nacisk na rozszczelnienie powierzchni, co ma chronić przed powodziami błyskawicznymi. Prócz tego, że woda może po prostu wsiąkać, jesteśmy w stanie ją również retencjonować i używać, np. do utrzymania terenów zielonych. Zmniejsza to koszty w miastach. Dobrym przykładem tego typu działań są te, które zostały podjęte w Łodzi. To duża zasługa tamtejszego Europejskiego Regionalnego Centrum Ekohydrologii, prowadzonego przez prof. Macieja Zalewskiego. Chwała za to, że władze miasta korzystają z tej wiedzy. To bardzo ciekawy przykład, jak można zmienić gospodarkę wodną miast i dostosować ją do warunków zmieniającego się klimatu. W Łodzi pojawia się odtwarzanie dolin rzecznych, „wyciąganie” na powierzchnię rzek, które kiedyś były schowane pod powierzchnię miejską. Także wiele innych miast rozpoczyna działania w tym kierunku.

W miastach cieki są renaturyzowane, ale na poziomie ogólnopolskim mamy plany udrożnienia rzek do celów żeglugi.

Temat dróg wodnych jest bardzo polityczny. Patrzę na tę kwestię z perspektywy własnego doświadczenia i praktyki, ale wciąż nie widzę większego uzasadnienia budowy dróg wodnych, a przynajmniej w takiej skali, jak planuje to rząd. Powyższe działania są sprzeczne z zasadami oszczędzania wody. Owszem, transport wodny wydaje się tańszy, ale współcześnie w przewozie towarów najbardziej liczy się czas. Żadna barka nie dostarczy ich w tak krótkim czasie, jak pociąg czy samochód. Transport wodny sprawdzał i sprawdza się w przypadku towarów masowych. Kiedyś, kiedy eksportowaliśmy węgiel, wyroby hutnicze i rudy, się to sprawdzało. Proszę zwrócić również uwagę na problemy z niżówkami. Budowa dróg wodnych wymagałaby przecież kanalizacji rzek.

Wspomniał Pan o miastach. Czy wdrażane tam działania nie wymagają od nas zmiany nawyków w codziennym miejskim życiu, na przykład w transporcie? Jak w ogóle dostosować stare, gęsto zabudowane miasta do nowych hydrologicznych wyzwań?

Istnieje wiele rozwiązań, które można zastosować w miastach. Zamiana betonowych torowisk na torowiska zielone, wprowadzenie półprzepuszczalnych płyt chodnikowych, w przypadku asfaltu na miejscach parkingowych zastępowanie go kratownicami na podsypce żwirowej, żeby woda mogła infiltrować, wybieranie rozwiązań w postaci zielonych dachów, ścian i ogrodów deszczowych. Niektóre z nich mogą wydawać nam się śmieszne z powodu swoich małych rozmiarów, ale jeśli ogródków deszczowych będą setki, tysiące, wówczas staną się ważnym elementem w bilansie wodnym miasta. Z przyjemnością obserwuję działania Fundacji Sędzimira, czyli projekt tworzenia ogrodów deszczowych w szkołach – już od samego początku uczymy dzieci, że warto podejmować takie inicjatywy i mała rzecz może przyczynić się do oszczędzenia wody.

W walce z suszą nie chodzi chyba tylko o to, żeby przetrwał jedynie człowiek, jego miasta i rolnictwo. Gdzie w tym wszystkim są zwierzęta i rośliny?

W planach rządowych związanych z przeciwdziałaniem skutkom suszy zwraca się uwagę na dostarczenie wody rolnictwu, na przykład dzięki ułatwieniom w poborze wód podziemnych, potrzebnych do nawadniania pól. Trochę się boję, że wzorzec stanowią dla nas Stany Zjednoczone, gdzie wielkie, sztucznie nawadniane pola w środkowej części USA korzystają z zasobów wód podziemnych. W długim okresie przyczynia się to do jeszcze większego deficytu wodnego.

Zmienia się bioróżnorodność chociażby ze względu na transformacje struktury użytkowania ziemi. Ale przemiany stosunków wodnych i klimatu również wpływają na gatunki roślin i zwierząt. Coraz częściej mówi się o konieczności wprowadzania gatunków odpornych na suszę, o mniejszych potrzebach wodnych. Niestety widoczna staje się również zmiana w strukturze drzewostanu. Wypadają drzewa iglaste, na ich miejsce wchodzą drzewa liściaste ze stref cieplejszych. Częstsze choroby i podatność drzew iglastych na szkodniki wynika z tego, że drzewa są po prostu słabsze. A słabsze są też dlatego, że często mają problemy z dostępem do wody.

Rolnicy w poszukiwaniu krótkoterminowych zysków odeszli od zasad zrównoważonego rolnictwa i sami sobie pogorszyli sytuację do tego stopnia, że ilość próchnicy w glebie spadła dramatycznie o 40%. To najgorszy wynik w Unii Europejskiej. Czy za obecną suszę odpowiada również niewłaściwa gospodarka rolna?

Sytuacja ekonomiczna zmusza nas do tego, aby rolnictwo było prężne, nastawione na zysk i wysokie plony. W związku z tym intensywnie eksploatuje się zasób, jakim są gleby. Powyższy trend obserwujemy w każdym kraju, który prowadzi dynamiczną gospodarkę rolną. Trudno sobie wyobrazić powrót do tej tradycyjnej – trójpolówki czy odłogowania. Tego we współczesnym rolnictwie nie da się przeprowadzić. Pozostaje jeszcze kwestia próchnicy. Gdy mamy problemy z wodą, zasoby glebowe też się szybciej zużywają. Susza przyczynia się do niszczenia próchnicy.

Rozwój rolnictwa zmniejszył też retencję krajobrazową, likwidując zadrzewienia śródpolne, oczka wodne, nieużytki, miedze. To były miejsca, które trochę dłużej magazynowały wodę. Śnieg, który spadnie w lesie, topnieje wolniej i dłużej się utrzymuje. Zauważano to już pod koniec XIX wieku. Właściciel ziem należących obecnie do Parku Krajobrazowego im. gen. Dezyderego Chłapowskiego w Wielkopolsce doszedł wtedy do wniosku, że bardziej opłaca mu się utrzymywać zagłębienia i miedze śródpolne. To znacznie wpływa na poprawę plonów – ogranicza erozję gleby, zwiększa wilgotność, bioróżnorodność.

Współcześnie, czyli po II wojnie światowej, dominuje rolnictwo towarowe, wymagające dużych powierzchni, na które można wjechać maszyną, żeby szybko skosić, zasiać, zaorać. Nie może być w nich zagłębień, nierówności i miedz, bo duża maszyna nie da sobie z nimi rady. Jest to konflikt między rolnictwem towarowym a wymogami ochrony zasobów wodnych, szerzej – ochrony środowiska. Dość trudno te kwestie pogodzić.

Przez lata ostrzegano nas przed pandemią, że może się wydarzyć, należy się przed nią zabezpieczyć i do niej przygotować. Nie udało się. W przypadku wody jest podobnie – co roku pojawiają się ostrzeżenia, a póki co nie widać trendu poprawy. Czy są jakieś prognozy czasowe? Czy można określić, kiedy nasz system wodny się załamie?

Miejmy nadzieję, że wszystko będzie postępowało na tyle wolno, że będziemy w stanie się do tego przyzwyczaić, zaadaptować. Możemy zrobić naprawdę dużo, począwszy od retencji naturalnej i sztucznej, a na oszczędzaniu wody skończywszy. Mam nadzieję, że (jestem optymistą) do głębokiego kryzysu nie dojdzie. Boję się jednak, że w obliczu kryzysu ekonomicznego związanego ze skutkami pandemii zaniedbamy sprawy gospodarki wodnej. Nieszczęścia lubią chodzić parami. Jestem ciekaw, jak będzie się rozwijała sytuacja z tegoroczną suszą. Jeśli do kryzysu ekonomicznego, na jaki zanosi, dołożyłby się kryzys wodny, mielibyśmy duży problem, bo pewnie otrzymalibyśmy niewiele pieniędzy, żeby takowy zażegnać. Konkretnej daty nie można jednak podać, bo mamy do czynienia z procesem, na który wpływa wiele czynników.

Rozmawiamy wciąż o tym, jak do suszy przyczynił się system, w jaki sposób zamierzają zapobiegać i walczyć z jej skutkami samorządy i państwo. Co może zrobić zwykły obywatel, każdy z nas, żeby poprawić sytuację?

Najprościej – nie marnować wody. Wybierzmy szybki prysznic zamiast kąpieli w wannie. Stosujmy urządzenia oszczędzające wodę. Dbajmy o to, żeby woda nam nie uciekała, np. wskutek nieszczelności sieci wodociągowej. Dobrym rozwiązaniem jest magazynowanie deszczówki i wykorzystywanie jej np. do podlewania ogródka. W przyszłości czeka nas zapewne stosowanie rozwiązań, które umożliwią łatwiejsze wykorzystanie tzw. szarej wody, czyli np. wody po kąpieli czy praniu do spłukiwania toalety. Jeżeli mamy własny dom, to nie wykładajmy całej powierzchni wokół niego betonową kostką. Pozwólmy wodzie wsiąkać w glebę, a nie szybko spływać po powierzchni.

Istnieje mnóstwo prostych działań i rozwiązań, które wpływają na to, że przyczynimy się do poprawy sytuacji. Pamiętajmy, że to, co robimy teraz, wpływa na to, jak będą żyły przyszłe pokolenia.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.