Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Historia o kryzysie Rzeczypospolitej: Rzym, USA i III RP

Historia o kryzysie Rzeczypospolitej: Rzym, USA i III RP Dario Veronesi / unsplash.com

Współczesne zamieszania polityczne domagają się wyjaśnień. Trudno znaleźć je w naukach politycznych lub prawnych. Antyelitaryzm nowych ruchów, którego przejawami były chociażby wygrane Donalda Trumpa lub Jarosława Kaczyńskiego, nie mieści się w ramach uproszczonych opozycji – będących za lub przeciw demokracji. Istnieje jednak sposób ich wytłumaczenia. Jeden z tropów został zawarty w Polityce Arystotelesa. Filozof zwrócił uwagę, że odpowiedni rozkład bogactwa we wspólnocie politycznej jest warunkiem podmiotowości rządzonych. Bez tego ustrój stacza się albo w oligarchię, albo w demokrację, natomiast sam lud zostaje zredukowany do roli narzędzia w grze o władzę. Dziś ta historia znajduje swoje nowe wcielenia.

Politologia i prawoznawstwo wydają się bezradne wobec współczesnych kryzysów i wzrostu znaczenia polityków, których w demoliberalnym dyskursie określa się mianem populistów. Tezę tę potwierdzają wydarzenia polityczne zapoczątkowane przez kryzys finansowy 2008 roku. Wskazują bowiem, że proste rozróżnienia na republiki prezydenckie, parlamentarno-gabinetowe, kanclerskie, półprezydenckie, a do tego równie bogaty katalog monarchii to zdecydowanie za mało, żeby wyjaśnić procesy dziejące się za kurtyną instytucji. Koniecznym dziś staje się zdiagnozowanie przyczyn niestabilności politycznej, a w tym nie bardzo pomaga nam litera prawa, wedle której Rzeczpospolita Polska jest państwem demokratycznym, które opiera się na równowadze między władzą wykonawczą, ustawodawczą i sądowniczą.

Lekarstwem na tę niemoc poznawczą jest sięgnięcie po klasyków filozofii politycznej. Prosty, dobitny wykład o państwie w Polityce Arystotelesa przypomina nam, że w każdym kraju, nieważne, jaką formę w teorii nadadzą mu przepisy konkretnej, papierowej konstytucji, władza zawsze należy bądź to do jakiejś uprzywilejowanej grupy (jakże łatwo przeradzającej się w klikę), bądź to do dominującej jednostki (która prędzej czy później zamieni się w końcu w autokratę), bądź wreszcie – co chyba w warunkach współczesnych państw jest prawie niemożliwe – do ogółu, który bardzo łatwo zamienia się w motłoch.

Z Arystotelesowskiego rozróżnienia na ustroje zdegenerowane i ustroje właściwe wynika, że zaangażowana kultura polityczna lub – mówiąc inaczej – polityczna podmiotowość ma jako swój warunek konieczny niezależność materialną. Rozkład bogactwa w społeczeństwie jest bowiem realnym czynnikiem wpływu ma sposób rządzenia. Stąd konieczna jest, zdaniem Stagiryty, silna klasa średnia, która będzie czynnikiem równoważącym bogaczy, mogących popchnąć państwo ku oligarchii, i rzesze ubogich, którzy łatwo mogą przerodzić republikę we wspomniane rządy motłochu lub wynieść ją do władzy tyrana. Tę prawdę, której ważność pozostaje niezmienna, możemy wyrazić za pomocą cytatu z samego Arystotelesa: „Najlepszym państwem jest to, które opiera się na stanie średnim”.

Tymczasem współczesne państwa Zachodu w znacznej większości zaliczyć można do oligarchii. Świadczy o tym niemało faktów ekonomicznych, społecznych i politycznych. Od kilku już dekad obserwujemy postępującą koncentrację bogactwa w rękach wąskich grup, a w społeczeństwach zdecydowaną przewagę liczebną mają obywatele niezdolni do osiągnięcia własną pracą ekonomicznego bezpieczeństwa i zależni w mniejszym lub większym stopniu od publicznych rozwiązań socjalnych. U władzy natomiast wymieniają się od zawsze te same ugrupowania polityczne, które kształtują swój skład osobowy na zasadzie kooptacji, co w oficjalnej teorii bywa nazywane w dosyć zabawny sposób stabilną demokracją.

Ani taki ustrój, ani taka sytuacja nie są oczywiście niczym specjalnie nowym w historii świata, więc trudno oprzeć się pokusie poszukiwania analogii. Ta zaś narzuca się dosyć łatwo. Czyniąc konieczne zastrzeżenie, że oczywiście nic dwa razy się nie zdarza i żadna sytuacja nie może powtórzyć się dokładnie w takiej samej postaci, wybierzmy się jednak na wycieczkę do Rzeczypospolitej, która 2100 lat temu zaczęła walić się pod ciężarem dosyć podobnych okoliczności.

Rzeczpospolita Rzymska

Miasto nad Tybrem zawdzięczało swój spektakularny sukces dziejowy – a co najmniej pierwszą, decydującą fazę jego osiągania – między innymi temu, że jego ustrój opierał się na stanie średnim. Rzymskie chłopstwo, posiadające wystarczająco dużo ziemi, by wyżywić rodziny i sprawić sobie wyposażenie wojenne, stanowiło przez kilka wieków zdecydowaną większość wspólnoty obywatelskiej, ogromną i stale rosnącą bazę rekrutacyjną armii oraz stabilną podstawę polityki.

I choć Rzeczpospolita niewątpliwie była w tym czasie rządzona przez przedstawicieli wąskiej grupy najznamienitszych rodzin, osiągających w każdym kolejnym pokoleniu najwyższe urzędy, to aż do II wieku przed Chr. nie było rzadkością, że przedstawiciele tej ścisłej elity bywali – jak chociażby wielki Emiliusz Paulus, pogromca Macedonii – ludźmi osobiście niezamożnymi. Wielkie podboje zaczęły jednakże skutkować z jednej strony coraz szybszym bogaceniem się urzędniczej arystokracji, z drugiej zaś postępującą pauperyzacją chłopów (niezdolnych do konkurowania z coraz tańszą, niewolną siłą roboczą), którzy, zbudowawszy rzymską dominacją na własnej krwi, sami ostatecznie najwięcej na niej stracili. Rzeczpospolita zaczęła trząść się w posadach.

Należy podkreślić, że polityczne zwarcie, które z tego wynikło, było w swojej istocie konfliktem wewnątrz republikańskiej oligarchii. Gdy część jej przedstawicieli postanowiła za wszelką cenę utrzymać swoją dominację, inni uznali, że droga do władzy wiedzie przez wyjście z zaklętego kręgu elity i upomnienie się o szerokie masy ludowe, które – niezdolne już do samodzielnego zapewnienia sobie bezpiecznego bytu – gotowe były odpłacić za opiekę entuzjastycznym poparciem.

Zarówno optymaci, jak i popularzy byli zatem rzymskimi oligarchami. Pierwsi zaciętą obronę swojej wyłączności na bycie beneficjentami rodzącego się imperium uzasadniali, rzecz jasna, koniecznością walki o Rzeczpospolitą – jej polityczne fundamenty, zasady ustrojowe i obywatelską wolność. W zmienionej rzeczywistości wartości te pozostawały w znacznej mierze jedynie pustymi hasłami lub były poważnie wypaczone. Popularom także trudno byłoby odmówić potężnej dawki hipokryzji, gdyż lud, o który tak byli zatroskani, stanowił dla ich liderów wehikuł mający umożliwić bezprecedensową koncentrację władzy i zastąpienie oligarchii najzwyklejszą w świecie tyranią.

Oczywiście hipokryzja nie była z pewnością cechą wszystkich aktorów tego dramatu. Trudno byłoby chyba wątpić w szczerość intencji pierwszych popularów, tragicznych braci Grakchów, próbujących zawrócić bieg historii i odbudować rolniczy stan średni. Podobnie arcyoptymata Sulla sam przecież zrezygnował ze swej tyrańskiej w istocie dyktatury, gdy uznał, że jego zadanie „odnowienia Rzeczypospolitej” jest skończone. Niewątpliwie musiał wierzyć, że iluzja dawnego republikanizmu, której służył, jest nadal prawdziwa. Jednakże trudno byłoby chyba posądzać o szczerość Cezara, ostentacyjnie odrzucającego oferowany mu królewski diadem. Tak samo nie sposób uwierzyć, że człowiek tak błyskotliwie inteligentny, jak Cyceron rzeczywiście uważał, że kreślony w jego dziełach obraz harmonijnej Rzeczypospolitej jest zgodny z rzeczywistością realnie istniejącej „republiki kolesiów”, do których – dodajmy – mimo dosyć nikczemnego pochodzenia niewątpliwie sam się zaliczał.

Wiemy, rzecz jasna, że popularzy w końcu zwyciężyli w osobie genialnego Oktawiana, który ustabilizował ofertę chleba i igrzysk dla ludu, a byłym już oligarchom zagwarantował spokojne pławienie się w bogactwie, oczywiście za cenę przerobienia ich z piastunów suwerennej władzy w wykonawców swojej woli. Rzeczpospolita upadła więc w bliżej nieokreślonym momencie w historii. Panowanie Oktawiana Augusta przyniosło już tylko ostateczne przejście z oligarchii w tyranię, na zewnątrz zresztą całkiem sprytnie udającą dawno już martwą wspólną rzecz. August, co powszechnie wiadomo, nie znosił bowiem instytucji starego porządku, lecz uczynił z nich atrapy lub zasadniczo zmienił ich treść, kreując w ten sposób filary własnej, niepodzielnej władzy.

Rzeczpospolita Amerykańska

Moda na porównywanie Stanów Zjednoczonych do Rzymu trwa i chyba nie dziwi choćby dlatego, że każde imperium stworzone przez cywilizację zachodnią siłą rzeczy chcemy postrzegać na tle tego wzorcowego. Odniesienia takie bywają oczywiście trafne lub mniej udane, o czym warto pamiętać, budując następujące: Ameryka też przez długi czas stała stanem średnim. Globalna dominacja Stanów Zjednoczonych zbudowana została między innymi dzięki temu, że szeroka i stabilna klasa średnia tworzyła zarazem potężny rynek wewnętrzny, główną siłę produkcyjną i bazę rekrutacyjną dla amerykańskich wojsk ekspedycyjnych, które to – począwszy od wojny z Hiszpanią w 1898 r. – budowały przez kolejne dekady Pax Americana.

Wywalczona przez tę warstwę amerykańska wersja globalizacji doprowadziła jednak w końcu do jej spektakularnego upadku. Gwałtownie wzbogacone warstwy wyższe optymalizowały coraz bardziej swój dochód, a drogi robotnik amerykański nie mógł już konkurować z zatrudnianym teraz przez amerykański wielki biznes poza granicami Stanów Zjednoczonych nieporównanie tańszym Chińczykiem, Filipińczykiem lub Meksykaninem.

Stopień oligarchizacji życia gospodarczego i politycznego unaoczniony został dobitnie przez kryzys ekonomiczny lat 2007-2009, za który zapłacili w Ameryce wszyscy, z wyjątkiem odpowiedzialnej za jego wybuch elity finansowej. Nic zatem dziwnego, że właśnie w coraz mniej pewnym swojej przyszłości, ubożejącym ludzie ktoś w końcu zaczął szukać politycznego oparcia.

Donald Trump jest bez cienia wątpliwości amerykańskim oligarchą; człowiekiem bajecznie bogatym, ustosunkowanym i zaangażowanym poprzez więzy rodzinne i biznesowe w różnorakie koterie funkcjonujące na szczytach amerykańskiego biznesu i polityki. Bodaj jako pierwszy przedstawiciel tejże warstwy postanowił oprzeć swoje ambicje polityczne właśnie na sięgnięciu po poparcie tych najmniej stabilnych warstw ludowych. Podczas swojej zwycięskiej kampanii prezydenckiej zjechał cały wynędzniały pas rdzy, obiecując dobitnie, że zamieni go z powrotem w dumny pas stali, że odbuduje spauperyzowaną dziś klasę amerykańskich robotników i inżynierów.

Nic więc dziwnego, że to przede wszystkim głosy „zardzewiałych” Pensylwanii i Ohio wyniosły go do władzy. Tym bardziej nie zaskakuje fakt, że tak spektakularny manewr polityczny wzbudził zdecydowany opór większości amerykańskiej oligarchii. Optymaci wytaczają przeciwko liderowi popularów coraz to nowe działa, próbując niszczyć go per fas et ne fas, a on nie pozostaje im dłużny. Zarzucając Trumpowi łamanie prawa, jego wrogowie bez żenady ogłaszają, że trzeba będzie zreformować federalny Sąd Najwyższy po to, aby pozbawić konserwatystów uzyskanej w nim przewagi. Przedszkolny dylemat: „kto zaczął” jest równie trudny do rozstrzygnięcia, jak w przypadku zastanawiania się nad tym, czy prawo Rzeczpospolitej Rzymskiej pogwałcił już Tyberiusz Grakchus swym nadużyciem trybunatu, czy może dopiero Scypion Nazyka, który „dla ratowania Rzeczypospolitej” doprowadził do zamordowania starszego z braci.

Rzeczpospolita Polska

Truizmem jest stwierdzenie, że elita władzy III Rzeczypospolitej ukonstytuowała się symbolicznie przy Okrągłym Stole. Niekiedy jednak pewien walor świeżości ma przypomnienie faktu, że zasiadali przy nim również Jarosław i Lech Kaczyńscy. Wielu komentatorów polskiego życia publicznego wskazuje, że cała ich biografia – pochodzenie, edukacja, droga opozycjonistów w czasach PRL-u – sytuuje ich przecież dokładnie w takim samym miejscu, jak wielu polityków, którzy doskonale odnaleźli się w głównym nurcie polskiej polityki ostatnich dekad. W myśl tej interpretacji bracia stopniowo dochodzili jednak do innego politycznego wyboru – otwartego i jednoznacznego sięgnięcia po poparcie szerokich rzesz obywateli, który albo na polskiej transformacji gospodarczej wyraźnie stracili, albo też ich osobiste z niej zyski pozostają dalece niewspółmierne do poniesionych kosztów i włożonego wysiłku.

Wiele więc wskazuje na to, że Kaczyńscy dokonali celowego wyboru – zamiast być jednymi z wielu przedstawicieli ukonstytuowanej elity, postanowili stać się niekwestionowanymi liderami siły nowej, czyniąc sobie z ludowego poparcia wehikuł do zdobycia pełnej władzy w państwie. W tym celu musieli, rzecz jasna, wyeliminować z gry innych trybunów ludu.

Popularzy wszakże nie raz zwalczali się nawzajem, rywalizując o pozycję najlepszego i jedynego czempiona ludu rzymskiego, a raz zdobywszy miasto, ponownie je potem tracili. To dalekie podobieństwo niech będzie pretekstem do zastosowania takiej właśnie rzymskiej interpretacji wydarzeń politycznych ostatnich lat.

A zatem, mając w pamięci wszelkie wady tego typu analogii, spróbujmy ją jednak przeprowadzić. Odniósłszy znaczne zwycięstwo w batalii o poparcie Polaków, Jarosław Kaczyński, pozostały na pozycji lidera popularów sam po tragicznej śmierci brata, rozpoczął działania, które można zinterpretować jako ofensywę przeciwko instytucjom dotychczasowego porządku. W natarciu tym odniósł pierwsze zwycięstwa, lecz – z czym zgodzą się zapewne nawet najzagorzalsi krytycy obecnego polskiego rządu – w żadnym wypadku nie oznaczały one zlikwidowania zaatakowanych mechanizmów politycznych.

Zamiast tego, jak wskazują właśnie owi krytycy, zostały one raczej wydrążone ze swojej dawnej treści i nagięte do politycznej woli lidera. W obronie instytucji stają przedstawiciele dotychczasowych elit, którym wpływ na władzę i dystrybucję benefitów transformacji coraz wyraźniej się wymyka. Język tej obrony wydaje się analogiczny do tego, którego często używa stara warstwa rządząca, przyparta do muru przez pragnącą ją zdetronizować nową siłę polityczną. Instytucje, które uznać można za stworzone lub też wypełnione przez samych optymatów swoją prawdziwą treścią, jawią się w ich narracji jako gwaranty praw i wolności ogółu, a nade wszystko ostoje ładu i porządku. Na pytanie, jak dużo jest w tej obronie Sulli, a jak dużo Cycerona, trudno byłoby chyba w tym momencie odpowiedzieć.

Skazani na skrajności?

Czy baczny obserwator, którym niewątpliwie był Stagiryta, dostrzegłby dzisiaj aktualność swojej teorii politycznej? Czy też uznałby jednak, że rzeczywistość wielomilionowych państw funkcjonujących w zglobalizowanym świecie zbyt dalece odbiega od ekumeny miast-państw, na której funkcjonowaniu opierał swoje wnioski? Z perspektywy dwóch tysiącleci można wszakże zaryzykować stwierdzenie, że losy Rzeczpospolitej Rzymian potwierdziły spostrzeżenie Arystotelesa, iż osłabienie stanu średniego skazuje państwo na konflikt politycznych skrajności i sformowanie się ustrojów zdegenerowanych.

Dziś warstwa średnia w wielu państwach podupadła, w wielu nie zdążyła nawet realnie powstać, a nakręcająca się spirala politycznych konfliktów widoczna jest jak na dłoni. Lud ponownie stał się przedmiotem rozgrywek między dwiema elitami, a akademickie modele polityczne i prawne wydają się tego nie dostrzegać. Na pytanie, czy może dojść do swego rodzaju powtórzenia historii rzymskiej, nie sposób, rzecz jasna, odpowiedzieć. Donald Trump lub Jarosław Kaczyński mogą okazać się zarówno Grakchami, których krew w sensie symbolicznym zrosi marmury Forum, czy też mogą – jak chcą tego ich krytycy – doprowadzić do powstania czystej wody autokracji.

Z perspektywy czasu może jednak równie dobrze okazać się, że zdecydowanie przeszacowujemy skalę i znaczenie współczesnych konfliktów, niezależnie od tego, z jakich pozycji i perspektyw się im przyglądamy, nasze dzisiejsze batalie o pryncypia okażą się zwyczajnym docieraniem się elementów demoliberalnego porządku władzy, a propagandowe tezy wszystkich aktorów (zarówno te o kaście, jak i o zagrożeniu dla demokracji) czas zweryfikuje negatywnie.

Na razie jednak stabilnej Rzeczypospolitej na bliskim horyzoncie nie widać w ogóle – i to ani w Polsce, ani w Stanach Zjednoczonych, ani w coraz większej liczbie innych państw Zachodu, w których konflikty między starymi a nowymi siłami politycznymi zdają się narastać z każdym rokiem i miesiącem. Możemy zatem nadal próbować tłumaczyć rzeczywistość teoriami o demokratycznym państwie prawa, trójpodziale władzy i wrogach tych cech ustrojowych. Możemy jednak również sięgnąć do niezmiennie aktualnej myśli klasycznej i dostrzec, że żyjemy w republikach rozrywanych konfliktami między optymatami i popularami, bo z powodu braku realnej klasy średniej skazani jesteśmy na ciągłe degenerowanie się form sprawowania władzy politycznej.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.