Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Powrót wyborczej awantury? Opozycja w Senacie rzuca koło ratunkowe Andrzejowi Dudzie

Powrót wyborczej awantury? Opozycja w Senacie rzuca koło ratunkowe Andrzejowi Dudzie https://pl.m.wikipedia.org/wiki/Plik:Micha%C5%82_Kami%C5%84ski1.jpg

Z Senatu dobiegają informacje, że w szeregach opozycji popularność zyskuje absurdalna koncepcja, wedle której wybory powinny być przeprowadzone dopiero po wygaśnięciu kadencji prezydenta Andrzeja Dudy. Choć koncepcja już na podstawowym poziomie prawnym nie trzyma się kupy, to może doprowadzić na nowo do rozkwitu groźnej wyborczo-ustrojowej awantury. Dotąd zarzuty wysuwane przez PiS, że w kwestii wyborów opozycji chodziło jedynie o destabilizację sytuacji w kraju i partykularny własny interes, były niesprawiedliwe. Teraz będą jak najbardziej na miejscu, co z pewnością PiS sprawnie wykorzysta do poprawienia kulejących sondaży Andrzeja Dudy.

Absurdalny prawniczy wytrych

Od poniedziałkowego wieczoru słychać nową opozycyjną narrację – wyborów zgodnie z konstytucją nie można przeprowadzić ani 28 czerwca, ani 5, ani 12 lipca.

Wśród polityków pierwszy zaczął mówić o tym Michał Kamiński. Kilka dni wcześniej – artykuł z tą tezą na radykalnie anty-pisowskim portalu wiadomo.co opublikował Witold Bereś. We wtorkowym tekście Dominiki Wielowieyskiej na łamach „Wyborczej” czytamy, że sprawcą zamieszania ma być anonimowa „grupa znanych prawników”, która „napisała jednak do polityków partii opozycyjnych list”. W artykule głos zabiera prof. Ewa Łętowska.

O co chodzi? Rzekomo o artykuł 128 ust. 2 Konstytucji, który stanowi, że „wybory Prezydenta Rzeczypospolitej zarządza Marszałek Sejmu na dzień przypadający nie wcześniej niż na 100 dni i nie później niż na 75 dni przed upływem kadencji urzędującego Prezydenta Rzeczypospolitej, a w razie opróżnienia urzędu Prezydenta Rzeczypospolitej nie później niż w czternastym dniu po opróżnieniu urzędu, wyznaczając datę wyborów na dzień wolny od pracy przypadający w ciągu 60 dni od dnia zarządzenia wyborów”. Wedle „grupy prawników” ma on decydować o tym, że wyborów w czerwcu ani lipcu przeprowadzić się nie da, a będzie to możliwe dopiero po zakończeniu kadencji Andrzeja Dudy, czyli po 6 sierpnia.

Na pierwszy rzut oka może brzmi to dla niektórych sensownie, ale po chwili zastanowienia łatwo się zorientować, że w najmniejszym stopniu zarzut ten nie trzyma się kupy. Jego – całe szczęście mało prawdopodobna – realizacja oznaczałaby poważne polityczne turbulencje związane z brakiem głowy państwa, a z pewnością powrót destrukcyjnego dla państwa konfliktu o legitymizację wyborów prezydenckich w 2020 r.

Dlaczego zarzut jest bez sensu? Bo zobowiązanie zawarte w art. 128 Konstytucji zostało już zrealizowane. Marszałek Sejmu zgodnie z brzmieniem artykułu zarządziła 5 lutego wybory na 10 maja. Tamto zarządzenie jest ważne, ale z racji na bezprecedensową sytuację w której się znaleźliśmy po nieprzeprowadzeniu wyborów ze względu na chaos prawny Państwowa Komisja Wyborcza wskazała adekwatne przepisy rangi kodeksowej, które już po wypełnieniu normy z art. 128 pozwalają na dalsze określenie terminu wyborów.

Rzeczywiście jesteśmy się w pewnej próżni prawnej. PKW znalazła dość sensowne rozwiązanie, biorąc pod uwagę poziom skomplikowania sytuacji. Wskazała na art. 293 Kodeksu Wyborczego, który pozwala Marszałkowi Sejmu – już po zarządzeniu wyborów zgodnie z Konstytucją – na ich ponowne ogłoszenie już bez zachowania przedziału między 100 a 75 dniem przed końcem kadencji, gdy głosowanie się nie odbyło.

Co prawda art. 293 KW dotyczy sytuacji, w której „nie ma na kogo głosować” (tj. na przykład gdy wszyscy kandydaci wycofają się z wyścigu albo zarejestruje się tylko jeden z nich), ale nie pozostawia wątpliwości, że zgodnie z obowiązującymi od wielu lat, niekwestionowanymi nigdy przez żadną ze stron przepisami Kodeksu Wyborczego po nieprzeprowadzeniu raz zarządzonych wyborów można zarządzić je na nowo. PKW stwierdziła nie bez racji, że sytuacja niemożliwości przeprowadzenia wyborów 10 maja jest „równoważna w skutkach” z sytuacją przewidzianą Kodeksem Wyborczym. Warto też wspomnieć, że wskazanie PKW zapadło z udziałem również tych członków najwyższego organu wyborczego, których wskazała opozycja.

Powrót wyborczego chaosu

Po co to wszystko? Zwolennicy tej teorii wskazują, że skoro nie ma jasnej podstawy prawnej, to należy stosować konstytucję bezpośrednio. Ostrzegają, że w razie zwycięstwa kandydata opozycji – rzekomo „pisowski” Sąd Najwyższy unieważni takie głosowanie, powołując się na tok myślenia z tej koncepcji.

Jednocześnie przecież jednak promotorzy tego rozwiązania wiedzą doskonale, że mogą jedynie przedłużyć czas procedowania ustawy utrudniając sensowne terminy na zbiórkę podpisów dla potencjalnie nowych kandydatów. Nie ma żadnego powodu, dla którego wprowadzenie vacatio legis i przesunięcie głosownia na jesień miałoby zaakceptować Prawo i Sprawiedliwość. Argumenty prawne są mierne, a opinia Państwowej Komisji Wyborczej jednoznaczna. Trudno racjonalnie uzasadnić ten senacki manewr – pozostają hipotezy.

Po pierwsze – może chodzić o powrót do atmosfery wyborczego kryzysu, co trudno wytłumaczyć nawet interesem partyjnym opozycji. To po prostu destrukcyjne działanie na rzecz eskalacji sporu politycznego, które świadczy zwyczajnie o skrajnej nieodpowiedzialności sprawców całego zamieszania.

Po drugie, być może nowa interpretacja ma przywrócić narrację o bojkocie i nielegalnych wyborach. Po co? Nie wiadomo, poza znów adekwatną hipotezą wzmagania chaosu dla zasady. Po trzecie, celem może być po prostu wydłużenie prac w Senacie – tak, by wybory musiały odbyć się tydzień lub dwa później, niż chce PiS. Wówczas należałoby zakładać, że w opozycyjnych kalkulacjach każdy dodatkowy tydzień to większe kłopoty Andrzeja Dudy. Po czwarte, w grę wchodzić mogą rozgrywki w opozycji. Być może krótki termin na wybory miałby uniemożliwić wymianę kandydata Platformy Obywatelskiej na Rafała Trzaskowskiego? Brzmi absurdalnie, ale wcale nie bardziej, niż samo pojawienie się nowego sporu.

Po piąte wreszcie, wedle cytowanej przez Wielowieyską Łętowskiej, jak również choćby według prawniczej szarej eminencji opozycyjnych rozgrywek, czyli Romana Giertycha, w razie opróżnienia urzędu prezydenta funkcję głowy państwa objąć miałby… Marszałek Senatu.

To kolejny surrealistyczny prawniczy łamaniec. Chodzi o to, że w art. 131 ust. 2 Konstytucji enumeratywnie wyliczono przypadki, w których obowiązki Prezydenta RP wykonuje Marszałek Sejmu. Nie ma wśród nich „upłynięcia kadencji przed wyborem nowego prezydenta”. Z tego faktu zwolennicy wyciągają wniosek, że należy zastosować… ustęp 3 tego samego przepisu, tj. „jeżeli Marszałek Sejmu nie może wykonywać obowiązków Prezydenta Rzeczypospolitej, obowiązki te przejmuje Marszałek Senatu”.

Na pierwszy rzut oka widać, że to scenariusz naciągany. Ustęp trzeci nie upoważnia Marszałka Senatu do pełnienia obowiązków głowy państwa „w innych przypadkach”, ale mówi wprost o sytuacji, w której w sytuacjach wymienionych w ustępie 2. nie może ich pełnić Marszałek Sejmu. To zresztą interpretacja przyjęta w doktrynie, co akurat słusznie wypunktował poseł PiS i zastępca Zbigniewa Ziobry Sebastian Kaleta.

Kto zatem miałby zastąpić Andrzeja Dudę w scenariuszu ew. opróżnienia urzędu? Nie wiadomo, bo mamy konstytucyjną próżnię prawną, analogiczną do tej, w jakiej znaleźliśmy się po nieprzeprowadzeniu głosownia 10 maja, a którą przez ułomną, ale uzasadnioną analogię musiała rozwiązywać PKW. Lekarstwo proponowane dziś przez część opozycji oznaczałoby wręcz dalsze pogłębienie chaosu ustrojowego, a nie wyjście z niego.

Opozycja uwiarygadnia narracje PiS i kompromituje własną linię

Przez ostatnie miesiące Prawo i Sprawiedliwość, bezpodstawnie w mojej opinii, atakowało opozycję sugerując, że jedyną motywacją w wyborczym sporze miała być wymiana kandydata Platformy Obywatelskiej. To zarzut nietrafiony, bo to PiS – nie decydując się na wprowadzenie stanu nadzwyczajnego, a doprowadzając bezprecedensowymi aktami do rozpisania nowych wyborów – umożliwiło podmianę Kidawy-Błońskiej na Trzaskowskiego. Dziś opozycja podjęła grę, która z niesłusznych dotąd oskarżeń uczyni w pełni uzasadnione pretensje.

Działania obozu rządzącego w kwestii wyborów krytykowaliśmy w najostrzejszych słowach o podpalaniu państwa w imię partykularnego, wyborczego interesu. Dziś te same słowa skierować należy w stronę opozycji.

„Pakt Jarosławów”, bezprecedensowa uchwała PKW i propozycja nowych regulacji wyborczych to rozwiązania niepozbawione wad, ale najlepsze, jakie były możliwe w pierwszej dekadzie maja. Ustawa czekająca na rozpatrzenie w Senacie nie powinna budzić poważnych wątpliwości, bo jak na skomplikowanie sytuacji, w której się znaleźliśmy – w możliwie najpełniejszy sposób gwarantuje prawidłowość procesu wyborczego. Wobec załagodzenia kryzysu rozpoczynanie dziś kolejnej odsłony destabilizacji sytuacji polityczno-ustrojowej to działanie antypaństwowe i antydemokratyczne. Do tego – należy je uznać za politycznie absurdalne.

Na najbardziej podstawowym poziomie – przeciąganie senackich prac uniemożliwia kandydatom opozycji prowadzenie dziś kampanii, podczas gdy Andrzej Duda może działać aktywnie pełniąc urząd. Na poziomie bardziej złożonej analizy – rozpoczynając przeciąganie liny w sprawie terminu wyborów i suflując groźne konstytucyjne rozwiązania opozycja sprawia, że PiS będzie mogło ze zdwojoną mocą wrócić do ćwiczonej w ostatnim czasie narracji.

Opozycja jest nieodpowiedzialna, sabotuje kompromisowe rozwiązania, uniemożliwia przeprowadzenie wyborów w konstytucyjnym terminie, próbuje doprowadzić do destabilizacji państwa, kieruje się wyłącznie partykularnymi interesem i wewnętrznymi rozgrywkami – to wszystko dziś zarzuty jak najbardziej na miejscu.

Co gorsza, ośmieszone zostają wszystkich słuszne postulaty, które niczym zaklęcia nie schodziły w ust polityków opozycji jeszcze trzy tygodnie temu. Pamiętacie jeszcze wezwania, że „należy przywrócić kluczową rolę Państwowej Komisji Wyborczej!” i „wybory powinny odbywać się na podstawie Kodeksu Wyborczego!”? Proponując przesunięcie wyborów na jesień opozycja neguje dziś właśnie rolę PKW, która wskazała w Kodeksie Wyborczym odpowiedni przepis pozwalający na przeprowadzenie wyborów.

Koło ratunkowe dla Andrzeja Dudy

Łatwo się domyślić, że dla wielu wyborców opozycji taka taktyka okaże się zupełnie niezrozumiała. Luzowane restrykcje sanitarne, wybory hybrydowe z jedynie opcjonalnym głosowaniem pocztowym, przywrócenie roli PKW jako organizatora wyborów i włączenie jej w proces decyzji w kwestii trybu przesunięcia wyborów, wymiana kandydata głównej partii opozycyjnej i sondażowy restart wskazujący na kłopoty Andrzeja Dudy – to wszystko sprawia, że oczekiwanie dalszego przesuwania wyborów jest dziś zupełnie niezrozumiałe także dla wyborców anty-PiSu. Jeżeli omawiana senacka poprawka rzeczywiście stanie się głównym żądaniem opozycji, to najpewniej dla wielu jej wyborców okaże się powodem do frustracji i utraty zaufania dla jej politycznych liderów. A ich cierpliwość w bałaganie wokół bojkotu i kandydatury Kidawy-Błońskiej była już poddawana ciężkiej próbie.

Powrót do wyborczego chaosu to dziś woda na młyn narracji partii rządzącej. Próba reaktywacji kryzysu, dążenie do sytuacji nieobsadzenia stanowiska głowy państwa i do tego suflowanie wątpliwego konstytucyjnie scenariusza pełnienia obowiązków przez marszałka Grodzkiego… Należy podejrzewać, że paskowi Wiadomości i TVP.Info już zacierają ręce. Co gorsza, tym razem trudno im będzie zarzucić przesadną manipulację, gdyż będziemy mieli do czynienia raczej z uzasadnioną krytyką.

Co zaś kluczowe – dla wyniku wyborów kluczowa będzie kwestia mobilizacji i demobilizacji grup wyborców. Najsilniejszym motywatorem dla wielu wyborców Andrzeja Dudy, a zwłaszcza tych „letnich” i „umiarkowanych” dotychczasowych wyborców Zjednoczonej Prawicy, w czasie kryzysu będzie strach przed dalszą destabilizacją państwa i pogłębianiem się konfliktu politycznego. Bez tego ryzyka – wobec kłopotów partii rządzącej na wielu frontach można by spodziewać się ich demobilizacji, co zwiększałoby szanse każdego z kontrkandydatów Dudy. Od dziś PiS może jednak śmiało i nie bez argumentów ostrzegać, że próba sabotowania uchwały PKW i letnich wyborów to zapowiedź tego, z czym będziemy mieli do czynienia, gdy funkcję głowy państwa pełnić będzie przedstawiciel opozycji.

Dzisiejsza senacka wrzutka to zatem nie tylko dowód na to, że opozycja jest gotowa w imię partykularyzmów do działań równie skandalicznych, jak „sejmowa wrzutka” z głosowaniem korespondencyjnym, która została dołączona piątkowej nocy ostatnich dni marca do tarczy antykryzysowej. Może też okazać się kołem ratunkowym rzuconym Andrzejowi Dudzie, który wyraźnie wpadł w ostatnich badaniach w sondażowy trend spadkowy.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.