Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Zmiana prawa wyborczego. Kaczyński niszczy wysiłki Szumowskiego i Morawieckiego, a przy okazji podpala państwo

Zmiana prawa wyborczego. Kaczyński niszczy wysiłki Szumowskiego i Morawieckiego, a przy okazji podpala państwo https://www.flickr.com/photos/premierrp

Zgoda na eskalowanie ryzyka kryzysu ustrojowego, gdy mamy już trwający kryzys zdrowotny i pewny kryzys gospodarczy u bram – to brak jakiejkolwiek odpowiedzialności za państwo. Cyniczne wykorzystanie sytuacji pandemii i nadzwyczajnych obrad parlamentu do politycznych gierek to gorzej niż psucie państwa. To polityczna bandyterka.

Nad ranem, pod koniec wielodniowego maratonu prac nad „Tarczą Antykryzysową”, pakietem ratunkowym dla polskiej gospodarki, politycy Prawa i Sprawiedliwości zdecydowali się wpakować granat między oczekiwane i pożądane gospodarcze regulacje. Zaproponowano i przegłosowano nowelizację przepisów Kodeksu Wyborczego, które teoretycznie mogą pozwolić na przeprowadzenie głosowania w czasie pandemii. W domyślę – w planowanym terminie 10 maja.

Dla porządku wyliczymy związane z tym fundamentalne wątpliwości prawne.

Po pierwsze, zmiana wprowadza możliwość głosowania korespondencyjnego nie tylko dla osób przebywających w kwarantannie – co sami zresztą postulowaliśmy kilka dni temu, choć na okoliczność przesunięcia wyborów na jesień – ale również dla osób, które ukończyły 60 rok życia. Mówiąc wprost – mamy do czynienia z dyskryminacją w procesie wyborczym ze względu na wiek.

Po drugie, zmiana zobowiązuje osoby w kwarantannie do zgłoszenia woli głosowania korespondencyjnego „do 5 dnia przed dniem wyborów” – a więc osoby, które zostaną poddane kwarantannie później, nadal będą pozbawione praw wyborczych.

Po trzecie, „nocna wrzutka” do Kodeksu Wyborczego stoi w jawnej sprzeczności z art. 89 Regulaminu Sejmu, który stanowi, że zmiany w kodeksach wprowadzane mogą być najwcześniej 14 dni po dostarczeniu projektu zmian posłom.

Po czwarte i najbardziej fundamentalne – Trybunał Konstytucyjny wielokrotnie wskazywał, że istotne zmiany w prawie wyborczym mogą być czynione nie później niż na sześć miesięcy przed wyborami. Zmian dotyczących dopuszczalnych sposobów oddawania głosu wraz z dyskryminacją – nawet jeśli pozytywną – nie sposób uznać za „nieistotne” i „techniczne”.

Zresztą, gdyby ktoś z sympatyków PiS miał wobec tego wątpliwości, to przypomnijmy, że w 2018 r. w obszernej rozmowie opublikowanej na naszych łamach poseł Marcin Horała – dziś jeden z kluczowych polityków PiS przekonujących, że mamy do czynienia z dopuszczalną przez TK zmianą techniczną – argumentował, że głosowanie korespondencyjne to fundamentalne wyzwanie z perspektywy konstytucyjnych przymiotów wyborów.

Od początku roku konsekwentnie przestrzegamy, że aktualna sytuacja prawno-ustrojowa tworzy potencjał wybuchu poważnego kryzysu na tle ważności majowych wyborów. Istnieje bowiem konflikt polityczny o prawomocność sądu, który ma ją ogłosić. Stan epidemii i oczywiste wątpliwości związane z prawidłowością czynności wyborczych – bez względu na to, czy wybory zostaną przełożone czy nie – sprawiły, że ryzyko to stało się bardzo prawdopodobne. Dziś w nocy partia Jarosława Kaczyńskiego postanowiła na iskrzące się ryzyko poważnego kryzysu ustrojowego, prowadzącego być może do utraty społecznej legitymizacji procesu wyborczego, wylać cysternę benzyny. Jeśli ta poprawka przetrwa, a wybory odbędą się w majowym terminie – wojna polsko-polska po zakończeniu epidemii wybuchnie za kilka miesięcy na ulicach z siłą, jakiej nigdy w III RP nie obserwowaliśmy.

Pułapka na opozycję…

Po co to wszystko? Rozważmy wszystkie scenariusze. Pierwszy, najmniej spiskowy i najbardziej prawdopodobny – prezes Kaczyński i istotna część obozu władzy chcą po prostu przeprowadzić wybory 10 maja niemal za wszelką cenę. Gdy tematem numer jeden jest koronawirus i nadchodzący gospodarczy kryzys, nielegalna i wadliwa zmiana przepisów wyborczych nie wydaje się w ich mniemaniu ceną przesadnie wygórowaną.

Drugi scenariusz jest z perspektywy państwa nieco bardziej optymistyczny, choć równie gorszący na poziomie kultury politycznej w chwili, w której w imię ogromu wyzwań moglibyśmy pielęgnować potrzebę ponadpartyjnego zaufania. W nim „nocna wrzutka” jest po prostu „na złość opozycji”. Ostatecznie PiS wycofa się po powrocie ustawy z Senatu ze zmian w Kodeksie, ale po drodze zyska, odbierając kilka punktów opozycji.

Rządzący już doprowadzili do podziału wśród swoich przeciwników. PSL i Lewica głosowały w efekcie przeciw rozwiązaniom ratującym gospodarkę, a Koalicja Obywatelska – za tarczą z niekonstytucyjnymi przepisami okołowyborczymi w pakiecie. Poza tym, gdy ostatecznie protesty każą PiS-owi wycofać się z wątpliwych zmian, zyska argument w dyskusjach o majowych wyborach.

Będzie jak z odwołaniem Banasia – „my chcieliśmy umożliwić osobom na kwarantannie głosowanie, ale wszyscy tak protestowali, że niestety musieliśmy się wycofać”. Tym samym pozbawieniem prawa do głosowania setek tysięcy osób zostaną obarczeni ci, którzy jednocześnie bronią się przed poparciem dla jawnie niekonstytucyjnych zmian.

Tak czy inaczej – mający w poważaniu legitymizację procesu wyborczego, powagę państwa i zaufanie do urzędu prezydenta – przedstawiciele jakobińskiej frakcji wyjdą z tego zamieszania na krótką metę zwycięsko.

…czy wojna frakcji?

Nie sposób jednak nie spojrzeć na konsekwencje dla obozu władzy, które niesie sam fakt zaistnienia „nocnej wrzutki”, abstrahując na moment od tego, czy ostatecznie wejdzie ona w życie czy nie.

„Nocna wrzutka” do tarczy antykryzysowej to policzek w twarz dla dziesiątków polityków i urzędników, którzy w ostatnich tygodniach w pocie czoła pracują nad opanowaniem skutków pandemii i kryzysu. Ekipie „premierowskiej” z Morawieckim, Szumowskim i Emilewicz na czele udawało się w ostatnich dniach budować minimum zaufania do własnych poczynań w opozycji i szerokie wsparcie w opinii publicznej. Krótkotrwałe pandemiczne zawieszenie broni w wojnie polsko-polskiej legło dziś w nocy w gruzach.

Pękniecie widać było w ostatnich tygodniach zresztą coraz wyraźniej. To młodsi politycy obozu rządzącego, związani z premierem, stali na pierwszym froncie pracy w warunkach kryzysowych. Tymczasem PiS-owska „stara gwardia” zajmowała się walką z marszałkiem Grodzkim, nieudolnymi próbami wprowadzenia nielegalnej zmiany w regulaminie Sejmu albo żenującymi żartami o Borysie Budce. Konkurencyjna zaś dla Morawieckiego inna „młoda” frakcja, w pewnej części złożona chorobą, co najwyżej mogła poprawić swoją ekspozycję w zarządach spółek skarbu państwa.

W ostatnich tygodniach wyborcy mieli więc okazję przekonać się, kto w obozie władzy traktuje politykę jako służbę społeczeństwu i państwu, a kto – jako przyjemną, acz niską rozrywkę. Można było odnieść wrażenie, że domniemywana przez część zwolenników Morawieckiego przez ostatnie lata frakcja „modernizatorów” rzeczywiście zaczynała się konstytuować w piekielnie trudnych warunkach, wykazując swoją jakościową odrębność od reszty obozu.

Jakościowa odrębność, chociaż przynosiła w ostatnich dniach namacalne sukcesy, bezprecedensowe wskaźniki aprobaty dla działań rządu, zwyżkę notowań Prawa i Sprawiedliwości oraz znakomite sondaże dla prezydenta Andrzeja Dudy, została potraktowana jako zagrożenie. Wysiłki „modernizatorów”, by wypracować również w polityce „nową normalność” obejmującą dobrą komunikację ze współobywatelami czy zwykłą przyzwoitość w relacjach z opozycją, zostały brutalnie spacyfikowane.

Podobnie zresztą potraktowano prezydenta Andrzeja Dudę. Postawienie go przed koniecznością podpisania ustawy, która podważy legitymizację jego ewentualnej drugiej kadencji, to kolejne po zamieszaniu wokół dymisji Jacka Kurskiego symboliczne upokorzenie głowy państwa.

Cyniczne wykorzystanie sytuacji pandemii i nadzwyczajnych obrad parlamentu do frakcyjnych rozgrywek to gorzej niż psucie państwa – to polityczna bandyterka. Jakakolwiek zgoda na eskalowanie ryzyka kryzysu ustrojowego, gdy mamy już trwający kryzys zdrowotny i pewny kryzys gospodarczy u bram – to brak minimum odpowiedzialności za państwo. Nie ma znaczenia, czy wynika z ignorancji, braku wyobraźni czy zimnej politycznej kalkulacji – w oczach państwowca powinna dyskwalifikować polityków, którzy ją wyrażą.

Trzy metody ucieczki od kryzysu ustrojowego

Na dziś widać trzy metody ucieczki z sytuacji, w której się znaleźliśmy.

Pierwsza to ta zasugerowana już przez Łukasza Mężyka z 300polityki. Senat może uchwalić istotowe przepisy „tarczy antykryzysowej” bez przepisów wyborczych jako własną ustawę i błyskawicznie skierować ją do Sejmu, zaś przedłożenie sejmowe – zablokować na 30 dni. W ten sposób obóz władzy będzie stał przed dylematem – albo zaakceptujemy wycofanie się z przepisów okołowyborczych, albo opóźniamy zmiany konieczne dla ratowania gospodarki. Trudno sobie wyobrazić, że zaryzykowałby drugie z rozwiązań.

Drugi scenariusz to ten, w którym opozycja w Senacie ogranicza swoje poprawki do wykreślenia przepisów wyborczych i w poczuciu odpowiedzialności za stan gospodarki błyskawicznie odsyła ustawę do Sejmu.

W izbie niższej konieczny byłby nieśmiały, ale istotny bunt części polityków obozu władzy. Zdaje się, że podejrzewać można o to jedynie partię Porozumienie Jarosława Gowina dysponującą tam 18 głosami. Do zaakceptowania senackich poprawek nie jest bowiem konieczne głosowanie wraz z opozycją, a zaledwie – wstrzymanie się od głosu przez gowinistów. To powinno stworzyć przestrzeń do zablokowania szkodliwej zmiany przepisów bez ryzyka kryzysu rządowego i widma rozpadnięcia się obozu „dobrej zmiany”.

Trzecia opcja to ta, w której po prostu obóz władzy komunikuje, że zamierza przesunąć wybory na nie wcześniej niż 6 miesięcy od wejścia w życie zmiany przepisów. To pozwoliłoby zniwelować najbardziej fundamentalny zarzut konstytucyjny wobec „nocnej wrzutki”. Zaraz po podpisaniu tarczy zaś prezydent w trybie kontroli następczej powinien skierować do Trybunału Konstytucyjnego przepis wprowadzający głosowanie korespondencyjne dla seniorów, by rozwiązać drugą z kluczowych wątpliwości. Trudno wyobrazić sobie argumentację, w której nawet upartyjniony Trybunał byłby w stanie obronić konstytucyjność tego rodzaju dyskryminacji w procesie wyborczym.

Prezydent musi zapowiedzieć weto

Bez względu na to, który ze scenariuszy ostatecznie okaże się prawdziwy – prezydent Andrzej Duda powinien bezzwłocznie przekazać marszałkom Senatu i Sejmu, a także liderom partii politycznych, że „tarczy antykryzysowej”, z przepisami okołowyborczymi w pakiecie, podpisać nie może, jeżeli na ich podstawie ma odbyć się majowe głosowanie. W jego najlepszym politycznym interesie jest dziś zaprotestować przeciwko takiej próbie zmiany prawa wyborczego i wymusić na politykach parlamentarnych znalezienie sposobu na wycofanie z „nocnej wrzutki”. Scenariuszem optimum jest wycofanie zmiany z przepisów „tarczy”, minimum – doprowadzenie do przesunięcia głosowania i kontroli konstytucyjności zmian w prawie.

Rzecz jasna, powinien to zrobić przede wszystkim jako strażnik Konstytucji oraz w trosce o poważne traktowanie urzędu prezydenta, a także ewentualną legitymizację własnej drugiej kadencji, jeśli zostanie na taką wybrany. „Nocna wrzutka” może bowiem trwale zdewastować zaufanie do jednego z ostatnich cieszących się zaufaniem Polaków urzędu – Prezydenta RP.

Odpowiedzialność stojąca przed prezydentem i umiarkowanymi politykami obozu władzy jest potężna i śmiem twierdzić, że absolutnie bezprecedensowa.

W świetle braku faktycznej powszechnej legitymizacji Trybunału Konstytucyjnego, sporu o status Sądu Najwyższego z rozpatrującą ważność wyborów Izbą Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych na czele, rychłej zmiany na stanowisku Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego i „nieformalnego”, ale realnego stanu nadzwyczajnego w którym się znajdujemy – podpisanie tarczy wraz z „nocną wrzutką” oraz przeprowadzenie wyborów w planowanym terminie skończy się masowymi protestami. Powszechne wątpliwości co do legalności majowego wyboru dotyczyć będą również wielu spośród dotychczasowych wyborców Andrzeja Dudy oraz Prawa i Sprawiedliwości.

Gdy do kryzysu ustrojowo-wyborczego związanego z brakiem legitymizacji wyborów prezydenckich dojdą pewne za kilka tygodni lub miesięcy rozpaczliwe emocje osób, które kryzys gospodarczy dotknie najdotkliwiej, scenariusz ostrych wystąpień przeciwko władzy mamy więcej niż pewny. Dotąd protesty przeciwko PiS sprowadzały się do wystąpień stricte politycznych. Wobec znakomitej sytuacji gospodarczej ich uczestnicy mieli zbyt dużo do stracenia, by występować przeciwko władzy gwałtownie. Gdy dołączy do nich kilkaset tysięcy rozgoryczonych ofiar kryzysu gospodarczego – wszystko zacznie wyglądać zupełnie inaczej.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.