Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Katarzyna Sobiepanek  12 września 2019

Brexit dalej niż bliżej. Johnson nie opanował chaosu

Katarzyna Sobiepanek  12 września 2019
przeczytanie zajmie 8 min
Brexit dalej niż bliżej. Johnson nie opanował chaosu flickr

Nowy premier Wielkiej Brytanii – Boris Johnson – poległ w parlamencie we wszystkich kluczowych głosowaniach i wizja bezumownego brexitu na chwilę się oddaliła, ale nie znaczy to, że Brytyjczycy wypracowali konsensus. Chaos na Wyspach trwa od miesięcy i niewiele wskazuje na to, że uda się wkrótce znaleźć jakiekolwiek rozwiązanie tej sytuacji.

Pierwszy tydzień września w Wielkiej Brytanii przyniósł decydujące starcie między nowym rządem – deklarującym gotowość do wystąpienia z UE bez porozumienia – a połączonymi siłami opozycji i części Partii Konserwatywnej, które chciały taki scenariusz wykluczyć.

Johnson przejmuje władzę

Boris Johnson przejął stanowisko lidera torysów i premiera od Theresy May pod koniec lipca, po tym, jak była premier trzykrotnie przegrała parlamentarne głosowanie nad wynegocjowaną przez siebie umową brexitu. May nie powiodły się także kilkutygodniowe negocjacje z opozycyjna Partią Pracy. Po dwukrotnym przesunięciu daty brexitu z 29 marca, najpierw na 12 kwietnia, a potem na 31 października, jej partia uplasowała się na piątym miejscu w wyborach do Parlamentu Europejskiego, nawet za Partią Zielonych.

„Zrealizować brexit, zjednoczyć kraj, pokonać Corbyna” – pod tymi hasłami Johnson wygrał wybory lidera partii, zyskując na poziomie parlamentarzystów 50% poparcia, a na poziomie działaczy ponad 66%. O sile jego mandatu miała świadczyć przede wszystkim ta druga liczba – po odejściu Davida Camerona w 2016 roku działacze nie dostali szansy głosowania, ponieważ May była jedyną kandydatką po etapie parlamentarnym i automatycznie otrzymała nominację na liderkę.

Nowy lider przejął partię skłóconą przez brexit. Z jednej strony znalazła się frakcja ultraeurosceptyczna, zwana European Research Group, popierająca całkowite zerwanie z UE, czyli twardy brexit w wersji z porozumieniem lub bez. Z czasem podzieliła się na „spartan”, czyli 26 posłów, którzy nigdy nie poparli „dealu” May, i podobnie liczną grupę, która zagłosowała za nim jedynie w trzecim głosowaniu i tylko pod groźbą, że do brexitu może w ogóle nie dojść. Na drugim końcu znalazło się od kilku do kilkunastu posłów przeciwnych brexitowi i popierających drugie referendum (tzw. „remainersi”).

Między ERG i remainersami usytuowała się największa grupa posłów o umiarkowanym nastawieniu do wyjścia z UE, uważających, że do brexitu dojść musi, ale że powinien zakończyć się bliskimi relacjami ze wspólnotą. Szeregowi posłowie o tych poglądach stworzyli latem 2018 ok. 50-osobową Brexit Delivery Group, większość znalazła się jednak w rządzie May i dlatego była premier publicznie nie prezentowała własnych poglądów.

W wyborach lidera Johnson dostał poparcie frakcji ultrabrexitowej oraz części posłów umiarkowanych, wierzących, że jest on jedyną nadzieją na wygranie kolejnych wyborów i uratowanie rozbijanej przez brexit Partii Konserwatywnej. Ufali oni także, że jeżeli tylko uda się zrealizować wyjście z UE, w innych kwestiach partia porozumie się bez problemu, szczególnie, gdy na czele największej z nich po drugiej stronie Izby Gmin stoi marksista – Jeremy Corbyn.

Różnice wewnątrzpartyjne nie byłyby tak wielkim problemem, gdyby nie rozkład mandatów w parlamencie. Po wyborach w 2017 torysi stracili samodzielną większość i utrzymywali się przy władzy jedynie dzięki wsparciu 10 posłów DUP (irlandzkich unionistów). Gdy Johnson przejmował stery, ich wspólna większość wynosiła już tylko trzy mandaty. Zawieszenie jednego posła podejrzanego o napaść na tle seksualnym oraz przegrane pierwszego sierpnia wybory uzupełniające w Brecon i Radnorshire zredukowały tę przewagę do jednego mandatu. W tej sytuacji Johnson nie zdecydował się jednak na „drogę May” i próbę szukania kompromisu wewnątrzpartyjnego. Zamiast tego w publicznych wypowiedziach zbliżył się jeszcze bardziej do stanowiska ultrabrexitowców.

Objęcie tego kursu można było przewidzieć po wyborze współpracowników. Po pierwsze, każdy, kto wszedł do gabinetu, musiał poprzeć wystąpienie z UE 31 października z umową lub bez niej. Na najwyższe stanowiska Johnson wybrał Dominica Raaba, który odszedł z rządu May w listopadzie 2018 w proteście przeciwko zbyt miękkiemu kursowi na brexit, oraz jedną z 26 „spartan” – Priri Patel, którą May zdymisjonowała za nieautoryzowane kontakty z rządem Izraela. Kilku posłów deklarujących wcześniej sprzeciw wobec bezumownego brexitu znalazło się w rządzie, ale na stanowiskach, które nie były z nim związane. Znaczący okazał się też dobór doradców: kancelarię Johnsona zapełnili byli sztabowcy Vote Leave, a ich szefem został Dominic Cummings, uważany za bezwzględnego przeciwnika „establishmentu” i autora najbardziej kontrowersyjnych antyunijnych haseł w kampanii referendalnej.

Ostateczne starcie?

Do starcia na tle brexitu musiało więc dojść, ale mało kto spodziewał się, że skumuluje się ono w obrębie zaledwie kilku dni. Sygnałem do rozpoczęcia otwartego konfliktu między partiami opozycyjnymi i remainersami/softbrexitowcami z Partii Konserwatywnej a rządem Johnsona była podjęta pod koniec sierpnia przez nowy gabinet decyzja o zakończeniu sesji parlamentu już 9 września i rozpoczęciu nowej dopiero po pięciu tygodniach, a więc 14 października. Pomysł przewinął się w kampanii wyborczej w lipcu, ale Boris Johnson stwierdził, że „nie pociągają go takie archaiczne procedury”.

Idea prorogacji, czyli w praktyce zamknięcie nie tylko głównych izb, ale i komisji parlamentarnych oraz skasowanie wszystkich projektów ustaw, które nie zakończyły drogi legislacyjnej, zaskoczyła opozycję i wywołała furię. Spiker John Bercow nazwał ją „skandalem konstytucyjnym”. Mimo to decyzja premiera została podpisana przez królową, która co do zasady wypełnia wolę każdego rządu cieszącego się zaufaniem Izby Gmin. Zaufanie to podważyć można tylko na drodze parlamentarnego wotum nieufności.

W korespondencji ujawnionej w procesie przeciwko prorogacji toczącej się przed szkockim sądem Johnson wydaje się twierdzić, że parlament we wrześniu i tak nie podejmowałby żadnych ważnych decyzji. W praktyce jednak posłowie opozycji rozważali wymuszenie nieprzerywania obrad na zwyczajowe trzy tygodnie, podczas których odbywają się konwencje partyjne. Johnson chciał im ukrócić możliwości zabierania głosu w przestrzeni publicznej. Przede wszystkim jednak dążył do ograniczenia szans oponentów na zrobienie tego, co finalnie i tak się wydarzyło między 3 a 9 września, czyli wprowadzeniem ustawy zobowiązującej brytyjski rząd do wykluczenia ze strategii negocjacyjnej opcji brexitu bez porozumienia.

Trudno powiedzieć, czy przeciwnicy wizji Johnsona mieli gotowy plan już pod koniec sierpnia, gdy liderzy opozycji podpisali porozumienie, czy też prace te przyspieszono w momencie ogłoszenia zamiaru prorogacji. Jednak, analizując medialne doniesienia z sierpnia, można zakładać, że doradcy Johnsona nie mieli pełnej wiedzy o stanie przygotowań, bliskości współpracy oraz liczebności rebeliantów z Partii Konserwatywnej i partii opozycyjnych.

 Dlatego pojawiają się sugestie, że Johnson mógł liczyć na wymuszone wotum nieufności oraz panikę opozycji na wieść o prorogacji. Po wszystkim nastąpiłyby przedterminowe wybory. W nich torysi –  zgodnie ze stanem faktycznym – mogliby powiedzieć, że nie chcieli wysyłać wyborców do urn. Z drugiej strony podkreślaliby przy tym determinację do przeprowadzenia brexitu 31 października z „dealem” lub bez, podczas gdy opozycja częściowo chciała pozostania w UE (LibDems, Plaid Cymru, SNP), a częściowo była rozdarta między miękkim brexitem oraz drugim referendum (Labourzyści). W takich wyborach skradliby hasła Nigela Farage’a, członka Partii Brexitu, równolegle przekonując do siebie wyborców umiarkowanych, którzy postrzegają brexit jako wyższą konieczność, wynikającą z obowiązku realizacji woli społeczeństwa, a jednocześnie wierzą w to, że można wyjść jeszcze z UE z porozumieniem.

Okazało się jednak, że sojusz remainersów i softbrexitowców z miejsca przedstawił plan przejęcia kontroli nad porządkiem obrad. Starając się temu przeciwdziałać, Johnson groził wyrzuceniem z partii tym, którzy zagłosują na niekorzyść rządu. To jednak nie poskutkowało. Rebelianci z Partii Konserwatywnej, którzy jeszcze w lipcu liczyli na osłabienie linii nowego lidera po pomyślnych dla Johnsona wyborach, teraz domagają się już konkretnych dowodów, że negocjacje z UE autentycznie się toczą oraz istnieje plan porozumienia. Odpowiedzi premiera ich nie przekonały, mimo spotkania na Downing Street. Wniosek o przejęcie kontroli obrad przyjęto stosunkiem głosów 328 do 301.

Tu znów Johnson mógł zareagować inaczej. Nie wyciągnął jednak ręki ani do opozycji, ani do 21 kolegów i koleżanek, którzy zagłosowali przeciwko rządowi. Zamiast tego projekt ustawy, mocno ograniczający możliwość grożenia brexitem bez porozumienia, który opozycja chciała przyjąć kolejnego dnia, nazwał „ustawą poddańczą” wobec UE. Dodatkowo 21 rebeliantów z własnej partii pozbawił możliwości reprezentowania torysów w kolejnych wyborach. W tym samym czasie zgłosił wniosek, aby wybory odbyły się 15 października.

Jednak działania Johnsona spotkały się z oporem. Po pierwsze, istniejąca od 2010 r. ustawa o kadencyjności parlamentu pozbawiła premiera możliwości rozpisania wyborów w dowolnym momencie. Zamiast tego, nie mając nawet zwykłej większości, musiał ubiegać się o zgodę aż dwóch trzecich Izby Gmin. Po drugie, nie sprawdziła się zasada, że opozycja zawsze chce wyborów.

Liderzy opozycji jeszcze latem doszli do wniosku, że wprawdzie ich wspólnym celem jest powstrzymanie brexitu bez porozumienia, ale do wyborów pójdą z odmiennymi, czasem sprzecznymi hasłami. Ustalili również, że mają problem ze wskazaniem wspólnego kandydata na tymczasowego premiera w sytuacji, gdyby to opozycja zgłosiła wotum nieufności wobec rządu i obecny parlament miałby 14 dni na wyłonienie spośród siebie nowego premiera przed rozpisaniem wyborów. Te jednak nie były im na rękę politycznie. Z drugiej strony konstytucjonaliści podkreślali, że po rozwiązaniu parlamentu to premier kontroluje i wyznacza datę wyborów. Przepisy wskazują, że kampania wyborcza musi trwać minimum 25 dni, jednak nie ma określonego terminu maksymalnego. Opozycja liczyła się więc z tym, że Johnson mógłby postulować, aby wybory odbyły się 15 października, ale faktycznie zwołać je na termin po 31 października i brexicie bez porozumienia.

Wszystko to doprowadziło do bezprecedensowej sytuacji, w której Izba Gmin równolegle do pokonywania bez większych przeszkód kolejnych etapów legislacyjnych przez tzw. ustawę Benna odrzuciła rządowy wniosek o rozpisanie przedterminowych wyborów. Atmosfera zaś gęstniała, ponieważ w rządowej retoryce pojawiały się de facto groźby nieprzestrzegania prawa i woli parlamentu. Johnson przegrywał głosowanie za głosowaniem, ale, jak to później określił były minister – Alan Duncan, w iście kafkowskim scenariuszu nie mógł doprowadzić do wyborów.

Tak Izba Gmin dotarła do 9 września i ceremonii prorogacji, podczas której John Bercow, który kilka godzin wcześniej zapowiedział odejście ze stanowiska 31 października, w nieznanym dotąd historii geście zaznaczył, że spełni wolę królowej – formalnie odraczającej obrady – ale nie uważa tego za sytuację normalną. Opozycyjni posłowie odmówili udziału w ceremonii, przedstawiciele rządu zaś w większości nie powrócili do izby na tradycyjne pożegnanie ze spikerem.

Przerwa w obradach

Izba Gmin udała się na pięciotygodniową przerwę w następujących okolicznościach: premier obiecał negocjować z UE do 17 października, ale nadal nie zgodził się na wykluczenie bezumownego wyjścia ze wspólnoty. Ustawa Benna – jeśli „dealu” faktycznie nie będzie – zobowiązuje premiera do tego, by 19 października poprosił UE o opóźnienie brexitu do 31 stycznia 2020. Johnson zarzekał się wielokrotnie, że nigdy tego nie zrobi, a minister spraw zagranicznych, Dominic Raab, sugerował, że rząd nie uczyni nic, dopóki opozycja nie wejdzie na drogę sądową.

Ponadto rząd musi jeszcze w międzyczasie opublikować dokumenty z przygotowań do „no deal” oraz udostępnić wewnętrzną komunikację doradców premiera, dotyczącą przedwczesnego zakończenia sesji parlamentu. Również i na tej płaszczyźnie zapowiada się batalia prawników. Jej kulminacją może stać się apelacja Giny Miller, prawniczki, która w marcu 2017 roku przewodziła sprawie przeciwko rządowi May i wymusiła na byłej premier staranie się o zgodę parlamentu na uruchomienie artykułu 50., czyli dwuletniej procedury negocjacji warunków opuszczenia wspólnoty.

Opozycja twierdzi, że gotowa będzie zgłosić wotum nieufności 21 października, gdy dojdzie do głosowania mowy tronowej. Ta data gwarantuje im: po pierwsze, że przepisy ustawy Benna, a więc prośba rządu o kolejne przesunięcie daty brexitu, powinny się zmaterializować, a po drugie, że wybory odbędą się najwcześniej po 20 listopada. Jeśli Johnson zbuntuje się przeciwko ustawie Benna, po wotum nieufności opozycja powinna mieć 14 dni na zastąpienie go swoim kandydatem, którego zadaniem byłoby poproszenie UE o przedłużenie i rozpisanie nowych wyborów.

W międzyczasie Boris Johnson nadal będzie wysyłał swojego głównego negocjatora i doradcę ds. UE na rozmowy do Brukseli. Wątpliwe jest jednak, na ile pozostałym unijnym krajom będzie się chciało na poważnie zaangażować w rozmowy z rządem, który niemal na pewno w tym kształcie nie przetrwa kolejnych miesięcy i któremu w Izbie Gmin do większości brakuje ponad 30 mandatów. Szanse na ratyfikację nowej umowy są marne.

Z drugiej zaś strony aktualne pozostaje pytanie, czy rząd Johnsona rzeczywiście ma jakieś pomysły na renegocjację brexitu. Wielu komentatorów uważa, że skłania się on ku powrotowi do backstopu, ograniczonego wyłącznie do Irlandii Północnej. Ten „bezpiecznik”, pomyślany jako mechanizm awaryjny mający utrzymać otwartą granicę między Republiką Irlandii a Irlandią Północną, początkowo miał ograniczyć się do terytorium Irlandii Północnej. Rząd May zmienił  zdanie, gdy koalicyjna Demokratyczna Partia Unionistyczna nie zgodziła się na stworzenie jakichkolwiek różnic, a więc i barier między Irlandią Północną a Wielką Brytanią.

David Frost, „sherpa” Johnsona, w Brukseli miał podobno testować, czy UE zaakceptowałaby na przykład ogólnoirlandzki rynek produktów rolno-spożywczych, który pozwoliłby uniknąć kontroli fitosanitarnych na granicy. Te propozycje są na razie szczątkowe i odrzucane przez UE.

Z wypowiedzi Johnsona, szczególnie z okresu tuż po rezygnacji z gabinetu May (lato 2018), można wnioskować, że backstop symbolicznie reprezentował znacznie szersze zmiany w podejściu do przyszłych relacji z UE. Johnsonowi nigdy nie podobało się wiązanie Wielkiej Brytanii unią celną i podporządkowanie jej regulacjom zapisanym w obecnej deklaracji politycznej do umowy o wystąpienie. Polityk jeszcze w kampanii referendalnej w 2016 roku wielokrotnie sugerował, że odejście od unijnych standardów zwiększyłoby konkurencyjność UK. Brexit Johnsona, nawet z porozumieniem, byłby więc twardszy niż brexit May.

Perspektywa wyborów sprawia, że wszystkie powyższe kwestie są nadal otwarte. Według sondaży (które zresztą zawiodły, gdy do urn zaprosiła wyborców była premier w 2017 roku) torysi mogliby uzyskać 295-300 mandatów. To mniej niż obecnie. Byłaby to jednak już inna Partia Konserwatywna, bez 21 buntowników pozbawionych możliwości startu, bez liderki torysów w Szkocji – Ruth Davidson, bez Amber Rudd, minister spraw wewnętrznych w rządzie May, a także wielu innych progresywnych konserwatystów. Mówi się o tym, że tak jak ministrowie, kandydaci na posłów Partii Konserwatywnej musieliby podpisać zgodę na poparcie brexitu bez porozumienia. Niewykluczone, że do parlamentu weszłaby jednak Partia Brexitu Nigela Farage’a i byłaby gotowa wspierać rząd, jeśli ten przyjąłby strategię „no deal”.

W wypadku, gdyby wybory nie przyniosły ponownie jednoznacznego rozstrzygnięcia, coraz sprawniej współpracujący sojusz obecnej opozycji mógłby dogadać między sobą opcję drugiego referendum. Obecne stanowisko Partii Pracy zakłada, że Jeremy Corbyn chce wypracować z UE nowy „deal”, oparty na porozumieniu May, wraz ze zmianami, które wprowadzono podczas majowych rozmów międzypartyjnych. „Deal” ten Partia Pracy chciałaby poddać pod referendum. Tego domagają się także Liberalni Demokraci i mniejsze partie. LibDemsi, jak zapowiedziała liderka – Jo Swinson, będą w pierwszej kolejności chcieli wycofać artykułu 50., ale jeśli się to nie powiedzie, są gotowi także na inne opcje.

Sfinansowano z dotacji PROO w ramach Priorytetu 4 - Rozwój instytucjonalny think tanków obywatelskich. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o zachowanie informacji o finansowaniu artykułu oraz podanie linku do naszej strony.