Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Piotr Trudnowski  27 maja 2019

Duopoland. 7 wniosków po wyborach do Parlamentu Europejskiego

Piotr Trudnowski  27 maja 2019
przeczytanie zajmie 6 min

Proces domykania duopolu postępuje. Prawo i Sprawiedliwość umocniło w nim swoją hegemoniczną pozycję. Obóz „dobrej zmiany” pozyskał blisko pół miliona nowych wyborców w porównaniu do wyborów sejmowych z 2015 r., co przy niższej frekwencji niż ta w wyborach parlamentarnych daje mu pierwszy raz realne widoki na dalsze samodzielne rządy. Jeśli żadna ciężarna zakonnica nie wybiegnie na pasy, to czeka nas spełnienie snu Jarosława Kaczyńskiego – druga kadencja Zjednoczonej Prawicy.

  1. Kiełbasy starczy do października

Tak duża przewaga PiS w „pierwszej połowie” wyborczego meczu 2019 r. to dobra wiadomość dla Polski, a przede wszystkim finansów publicznych. Wydaje się, że dziś partia rządząca nie musi wytaczać nowych dział w postaci kolejnych gigantycznych transferów finansowych. Jeżeli zgodzimy się, że „trzynasta emerytura” odniosła założony cel najdroższego programu profrekwencyjnego w historii III RP, to jesienią podobną rolę odegrać powinna wypłata środków z programu Rodzina 500+ na pierwsze dziecko. Przypomnijmy – we wrześniu lub październiku zostaną wypłacone środki „z wyrównaniem” za pierwsze miesiące (świadczenie przysługuje od lipca), a więc miliony Polaków otrzymają nowy transfer co najmniej 1500 złotych na miesiąc przed głosowaniem.

W środowisku Klubu Jagiellońskiego opinię na temat takiej formy mobilizowania wyborców wypowiadaliśmy wyraziście przy okazji „trzynastej emerytury”, więc cieszyć powinno, że nie ma dziś wyborczego powodu dla powielania tych budzących zgrozę manewrów. Gdyby różnica między wynikiem Zjednoczonej Prawicy a Koalicji Europejskiej była mniejsza lub opozycja odniosła zwycięstwo, to czekałyby nas najpewniej kolejne wielomiliardowe wydatki z państwowej kasy.

  1. Konserwatywna „kotwica” trzyma centrum

Upadł mit rzekomego „dryfowania w lewo” centrum polskiej sceny politycznej. To ono – rozumiane mniej jako rzeczywiście świadomi wyborcy o umiarkowanych poglądach, ale raczej wyborcy z niesprecyzowanymi w wielu kwestiach poglądami – dało zwycięstwo i „górkę” partii rządzącej. Jednocześnie po ewidentnym „skręcie w lewo” Koalicji Europejskiej widać jeszcze lepiej niż dotąd, jak silne są różnice we wrażliwościach elektoratów w kwestiach światopoglądowych.

  1. Pół miliona nowych wyborców

Prawo i Sprawiedliwość zyskało blisko pół miliona wyborców, choć w niedzielnym głosowaniu wzięło udział o prawie dwa miliony mniej ludzi, niż jesienią 2015 r. Wraz z rosnącą frekwencją ma potencjał na co najmniej kolejny milion jesienią. To kluczowa informacja pod kątem zdolności do walki o samodzielne rządy po jesiennym głosowaniu.

Zwyżka ta to najpewniej – będziemy to analizowali w kolejnych materiałach – przejęcie dotychczasowych wyborców Polskiego Stronnictwa Ludowego i Kukiz’15. Nie sposób wykluczyć, że po części zmobilizowano również nowych, w stosunku do 2015 r., głosujących.

W tym kontekście warta odnotowania wydaje się teza, która od kilku miesięcy pojawiała się w kręgach związanych z PiS analityków i polityków. Zakładała ona, że wbrew prostym analizom Polska nie dzieli się na, w uproszczeniu, dwie połówki – głosującą i niegłosującą. Według niej w cyklu wyborczym w KTÓRYMŚ z głosowań bierze udział znacznie większy odsetek głosujących, rzędu 70-80%, ale większa niż zwyczajowo szacowana jest grupa wyborców niezdyscyplinowanych, a więc chodzących do urn w kratkę. Być może właśnie na analizie tego – dotąd niemal niezauważonego – fenomenu zbudowano pomysł totalnej kampanii profrekwencyjnej w postaci „piątki Kaczyńskiego”. Wobec tego słowa podziękowania dla „doradców, socjologów” wypowiedziane w krótkim wystąpieniu przywódcy Zjednoczonej Prawicy mogą mieć większą rangę, niż zwyczajowa uprzejmość wobec niewidocznych kampanijnych macherów.

  1. Groźba koalicjanta tymczasowo zawieszona

Wysoka frekwencja w ogóle i niska frekwencja wśród młodych wyborców uniemożliwiła spodziewany sukces Konfederacji. To kolejna świetna wiadomość dla partii Jarosława Kaczyńskiego. Ryzyko straszenia aż do jesiennych wyborów „troglodytami w rządzie” zostało zażegnane. Zagadką pozostaje polityczna przyszłość obozu Pawła Kukiza, ale trudno byłoby dziś zakładać, że może on jeszcze odegrać rolę gamechangera jesiennej kampanii. Jednocześnie rację ma Jan Śpiewak, który bodaj jako jedyny poza prawicą dostrzega, że właśnie zdolność do zagospodarowania emocji dawnych wyborców antysystemowego pieśniarza jest warunkiem myślenia o odwróceniu trendu po stronie opozycji. Robert Biedroń, który wbrew pozorom taki potencjał miał uruchamiając swój projekt polityczny, jednoznacznie go roztrwonił.

  1. Jeśli ktoś rozbije duopol, to opozycja

W wyborach do Parlamentu Europejskiego w 2014 r. POPiS zdobył łącznie blisko 64%. Jesienią 2015 r. w głosowaniu do Sejmu dwa największe ugrupowania uzyskały niespełna 62% głosów. W niedzielę na dwie największe listy oddano łącznie prawie 84%! Ryzyko domknięcia się duopolu, przed czym ostrzegaliśmy w prognozach na 2019 r., jest dziś więcej niż realne.

Nie jest naszą rolą doradzać opozycji, ale z perspektywy anty-duopolowej cień nadziei kryje się właśnie w jej ruchach. Być może po druzgocącej porażce projektu anty-PiS-u opozycja zrozumie, że kluczem do jej ewentualnego sukcesu – tu znów zgoda ze Śpiewakiem, a na naszych łamach również zwracaliśmy na to uwagę wielokrotnie – jest istnienie formacji, która ma zdolność do przyciągnięcia do siebie zarówno obecnych wyborców PiS, jak i Kukiza. Koalicja Europejska nie miała nawet cienia takiego potencjału.

Największe szanse na bycie zaczynem takiego ugrupowania ma wciąż Polskie Stronnictwo Ludowe, które musi tylko i aż – być może po tej kampanii to już misja niemożliwa – odbić PiS-owi swoich dawnych wyborców i stworzyć ofertę dla wyborców miejskich, zwłaszcza dawnych wyborców konserwatywnego skrzydła Platformy Obywatelskiej. Warunkiem sukcesu takiego projektu byłoby jednak przyznanie wprost, że formacja taka ma obrotową zdolność koalicyjną i dopuszcza współrządzenie również ze Zjednoczoną Prawicą. Tylko wówczas mogłoby się udać odzyskanie tych dawnych wyborców PO i PSL, którzy w ostatnich latach zaufali obozowi „dobrej zmiany”.

Nie można również wykluczyć jakichś przegrupowań na lewicy, a scenariusz powstania komitetu Sojuszu Lewicy Demokratycznej, Wiosny i lewicowego planktonu nie jest niemożliwy. Opozycja podzielona na trzy bloki – konserwatywno-ludowy wokół PSL, liberalny z Platformą i Nowoczesną oraz lewicowy miałaby pewnie większe szanse na sukces, niż sojusz zlepiony jedynie anty-pisowskim paliwem.

  1. Hajs się musi zgadzać

Jesienna koalicja anty-PiS będzie dużo trudniejsza ze względu na fakt, że to w krajowych wyborach decyduje się kwestia subwencji partyjnej. W grudniu na naszych łamach Wojciech Biesiacki zwracał uwagę, że przy prostym zsumowaniu sondażowego poparcia osobnych ugrupowań na warianty startu samodzielnego i koalicyjnego ten wspólny oznaczać może dla opozycji utratę nawet 50 milionów złotych budżetowych pieniędzy. Po porażce projektu anty-PiS ten czynnik może być kluczowy dla decyzji ludowców i postkomunistów, a kwestia podziału subwencji w ewentualnej umowie koalicyjnej będzie z pewnością największą kością niezgody w czasie rozmów między opozycyjnymi partiami.

  1. Budapeszt coraz bliżej

W przedmowie do polskiego wydania jednej z książek Victora Orbana autor przedmowy, Jerzy Buzek (sic!), wspomina, jak sam stojąc na czele polskiego rządu spotkał lidera FIDESZ w czasie jego pierwszego premierostwa. „Nie można robić wielkich reform w pierwszej kadencji, należy poczekać do drugiej” – miał powiedzieć ówczesny węgierski premier.

Orban na drugą, trzecią i czwartą kadencję czekał dłużej, niż wówczas się tego spodziewał. Jeżeli jednak Jarosław Kaczyński, a być może również Mateusz Morawiecki, marzą wciąż o „Budapeszcie w Warszawie”, to właśnie druga kadencja z większą możliwością na przeprowadzanie nieakceptowalnych społecznie zmian jest tego marzenia esencją. Dziś ma ono większe szanse na ziszczenie się, niż kiedykolwiek wcześniej. Pozostaje tylko pytanie, czy druga kadencja wystarczy, by zaspokoić ambicje liderów Zjednoczonej Prawicy. Jeśli nie, to na prawdziwie prorozwojowe reformy nigdy może nie być dobrego czasu.