Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Wojciech Biesiacki  12 grudnia 2018

Zjednoczona Opozycja rozbije się o kasę? Jeśli anty-PiS wystartuje razem, to partie… stracą na tym finansowo

Wojciech Biesiacki  12 grudnia 2018
przeczytanie zajmie 8 min

50 milionów złotych. Tyle może kosztować partie opozycyjne wspólny start z jednego, koalicyjnego komitetu. Startując osobno, choć będą miały mniejszą szansę na pokonanie obozu „dobrej zmiany” a nawet zdobycie mandatów, to otrzymają większe środki na swoją działalność w kolejnych czterech latach. Chociaż w debacie publicznej analizowanych jest wiele argumentów „za” i „przeciw” jednoczeniu opozycji, to bagatelizowany dotąd aspekt finansowy może okazać się kluczowy dla ostatecznych decyzji co najmniej kilku formacji.

W ostatnim czasie dość nośnym tematem jest dalszy los tzw. Zjednoczonej Opozycji. Publicyści i komentatorzy reprezentujący różne poglądy prognozują jakie ugrupowania polityczne mogłyby wystartować wspólnie w przyszłorocznych wyborach parlamentarnych we wspólnym bloku przeciwko PiS i jakie polityczne skutki taka koalicja by przyniosła. Wydaje się, że jeden aspekt rozważań na temat skutków takiego wspólnego startu jest dotychczas pomijany. Warto bowiem przeanalizować jakie konsekwencje finansowe miałaby taka decyzja dla partii, które by ją podjęły.

Dla pewnego uproszczenia przyjrzyjmy się scenariuszowi „maksymalistycznemu”, który jest lansowany przez część mediów, a więc wspólny start Platformy Obywatelskiej, Nowoczesnej, Sojuszu Lewicy Demokratycznej, Polskiego Stronnictwa Ludowego, Partii Razem oraz Teraz!. Wyliczenia opierają się na ostatnich sondażach prognozujących wyniki wyborów do Sejmu RP w dwóch wariantach – zarówno dla wspólnego startu wszystkich ww. formacji, jak i dla oddzielnych komitetów wyborczych każdej z nich.

29 i 30 listopada sondaż dla Super Expressu przeprowadził Pollster. Zjednoczona Opozycja miałaby według tej prognozy otrzymać poparcie rzędu 50%. Z kolei w sondażu z dnia 23-24 listopada przeprowadzonego dla Onetu przez Ibris IBRiS ww. partie opozycyjne mogą liczyć na następujące poparcie: PO – 30,2 %; SLD – 8,2%; PSL – 4,5%; Nowoczesna – 3,8%; Razem – 2,1%; Teraz! – 0,3%. W sumie więc rozczłonkowana opozycja mogłaby otrzymać 49,1 % głosów, co już powoduje ciekawą konkluzję, że – opierając się oczywiście na przytoczonych wynikach zaledwie dwóch sondaży – nie występuje w zasadzie coś takiego jak „premia zjednoczeniowa” dla wspólnej listy opozycji. Różnica na poziomie poniżej jednego punktu procentowego jest pomijalna.

Oczywiście gdyby przełożyć powyższe dwa sondaże na miejsca w Parlamencie różnica byłaby kolosalna. 50% dla Zjednoczonej Opozycji dałoby samodzielne rządy przedstawicielom takiego Komitetu. W drugim przypadku wyniki wskazują, że w sumie byłoby ok. 12% głosów oddanych na komitety, które nie przekroczyłyby progu wyborczego. W takiej sytuacji prawdopodobne byłyby samodzielne rządy Prawa i Sprawiedliwości (38% w sondażu) przez kolejną kadencję.

Wariant 1: Wspólny start z jednego komitetu koalicyjnego

Niewątpliwie jedyną uzasadnioną formą wspólnego startu ww. partii politycznych mógłby być koalicyjny komitet wyborczy. Ciężko bowiem byłoby sobie wyobrazić taki scenariusz, w którym formacje z tak długą historią jak SLD czy PSL zgodziłyby się wystartować w ramach komitetu założonego formalnie przez np. Platformę Obywatelską. W praktyce oznaczałoby to anihilację każdego z tych mniejszych ugrupowań. W przypadku startu w ramach koalicyjnego komitetu wyborczego musiałoby dojść do podpisania umowy, która określałaby podział subwencji oraz dotacji podmiotowej dla partii partycypujących w takim komitecie. Dla uproszczenia można dokonać takiego podziału bazując na wynikach sondażu z 23-24  listopada i ustalając procentowy udział ww. partii w subwencji i dotacji proporcjonalnie do aktualnego prognozowanego poparcia dla tych partii. Wyniki przedstawiają się następująco: PO – 61,5%; SLD – 16,7%; PSL – 9,2%; Nowoczesna – 7,7%; Razem – 4,3%; Teraz! – 0,6%.

W celu wyliczenia kwot jakie przysługiwałby poszczególnym partiom politycznym w ramach takiego podziału trzeba przyjąć pewne założenia dotyczące po pierwsze liczby osób uprawnionych do głosowania, a po drugie frekwencji w wyborach. Dla ułatwienia przyjmijmy, że liczba osób uprawnionych do głosowania będzie bardzo zbliżona do tej z wyborów samorządowych z bieżącego roku, czyli że będzie wynosiła 30 100 000 osób. Frekwencję ustalmy zaś na równe 50%.

Przy takich założeniach wspólna lista KO otrzymałaby 7 525 000 głosów. Przełożyłoby się to na otrzymanie subwencji w wysokości: 19 986 400 zł. Po podziale subwencji na partycypujące w niej partie według ww. proporcji otrzymujemy następujące kwoty roczne:

PO – 12 291 636 zł;
SLD – 3 337 729 zł;
PSL – 1 838 749 zł;
Nowoczesna – 1 538 953 zł;
Razem – 859 415 zł;
Teraz! – 119 918 zł.

Z kolei wyliczenie kwoty dotacji podmiotowej wymaga oszacowania liczby mandatów poselskich i senatorskich, jakie taki komitet wyborczy otrzymałby w wyniku wyborów parlamentarnych. Arbitralnie można przyjąć, że 50 procentowy wynik Koalicji Obywatelskiej przełożył by się na 255 mandatów poselskich (55,5 procenta ogólnej liczby mandatów) i 65 miejsc w Senacie. Kolejną kwestią, którą należy oszacować, jest limit wydatków na kampanię, który wyniósłby 30 100 000 zł dla komitetu który wystawia listy kandydatów na terenie całego kraju zarówno w wyborach do Sejmu jak i do Senatu. Z racji tego, że kwota wypłacanej dotacji nie może być większa niż wydatki komitetu to Komitet KO otrzymałby właśnie 30 100 000 zł dotacji podmiotowej.

Wyliczając więc proporcjonalne kwoty dotacji dla każdej z partii:

PO – 18 511 500 zł;
SLD – 5 026 700 zł;
PSL – 2 769 200 zł;
Nowoczesna – 2 317 700 zł;
Razem – 1 294 300 zł;
Teraz! – 180 600 zł.

Podsumowując więc łączne transfery finansowe jakie otrzymałyby poszczególne partie polityczne, dochodzimy do ustalenia, że w okresie przewidywanej prawem kadencji (tj. cztery razy roczna subwencja plus jednorazowa dotacja podmiotowa) ugrupowania mogłyby uzyskać następujące kwoty:

PO – 67 678 044 zł;
SLD – 18 377 616 zł;
PSL – 10 124 196 zł;
Nowoczesna – 8 473 512 zł;
Razem – 4 731 960 zł;
Teraz! – 660 272 zł;

Łącznie – 110 045 600 zł.

Wariant 2: Każda z formacji startuje osobno

Analogiczne wyliczenia trzeba powtórzyć dla wyników z drugiego sondażu, czyli tego, który zakłada oddzielny start każdej z ww. partii politycznych. Już na wstępie trzeba zaznaczyć, że biorąc pod uwagę te wyniki, dwie z analizowanych partii politycznych nie otrzymałby z budżetu państwa ani złotówki. Wyniki Partii Razem oraz ugrupowania Teraz! nie umożliwiłyby uzyskania przez nie ani subwencji, ani tym bardziej dotacji podmiotowej. Dodatkowo dotacja podmiotowa nie przysługiwałby także Nowoczesnej ani PSL z racji nie uzyskania żadnych mandatów.

Kwoty subwencji dla poszczególnych partii w takim scenariuszu przedstawiałby się następująco:

PO – 17 524 024 zł;
SLD – 6 562 101 zł;
PSL – 3 907 732 zł;
Nowoczesna – 3 299 863 zł;

Dla obliczenia dotacji podmiotowej konieczne jest ponowne oszacowanie liczby mandatów uzyskanych przez poszczególne komitety wyborcze oraz oszacowanie wydatków poniesionych przez nie w ramach kampanii wyborczej. Dla tego scenariusza można przyjąć, że w wyniku wyborów PO będzie miała 166 posłów i 34 senatorów, natomiast SLD 40 posłów i 1 senatora. Natomiast łączna kwota wydatków poniesionych przez komitety wyborcze, które będą partycypowały w podziale mandatów w Sejmie i Senacie (PiS, PO, SLD, Kukiz’15) została określona na 80 000 000 zł.  Dotacja podmiotowa przysługiwałaby więc analizowanym partiom w następującej wysokości:

PO – 28 571 428 zł;
SLD – 5 857 142 zł.

Podliczając zbiorczo korzyści finansowe w tym scenariuszu dla każdej z ww. partii w ciągu 4 lat wychodzą następujące wyniki:

PO – 98 667 524 zł;
SLD – 32 105 546 zł;
PSL – 15 630 928 zł;
Nowoczesna – 13 199 452 zł;

Łącznie: 159 603 450 zł

Wspólny start finansowo nie opłaca się prawie nikomu

Wnioski z takiej analizy finansowych skutków decyzji o wspólnym starcie „Koalicji Obywatelskiej” nie są specjalnie zaskakujące. Start w ramach koalicyjnej listy opłacałby się pod względem finansowym tak naprawdę tylko partiom, które w przypadku samodzielnego startu nie miałyby szans na przekroczenie progu 3% poparcia. Natomiast już samo przekroczenie progu uzyskania subwencji, nawet mimo nieuzyskania mandatów, powoduje zdecydowany wzrost otrzymywanych środków finansowych.

Nowoczesna, mimo poparcia na poziomie poniżej 4%, uzyskałaby w ciągu 4 lat prawie 5 milionów złotych więcej niż w przypadku, gdyby startowała jako element Zjednoczonej Opozycji na zasadach przedstawionych wyżej. PSL również mógłby liczyć na ponad pięć milionów złotych więcej niż przy wspólnym starcie, a SLD zaś samodzielnie uzyskałoby o prawie 14 milionów złotych więcej. Największym beneficjentem finansowym indywidualnego startu byłaby Platforma Obywatelska zyskują prawie 31 milionów złotych więcej, niż w ramach koalicji.

Dodatkowo, gdy porównamy te wyniki z wysokością środków finansowych, do jakich teoretycznie ww. partie polityczne uzyskały prawo w wyniku poparcia osiągniętego w wyborach w 2015 roku, okazuje się, że jedyną partią (oprócz partii Teraz!, która wówczas nie istniała), której wynik finansowy poprawiłby się wskutek startu w ramach Koalicji Obywatelskiej byłoby SLD. Lewicowe ugrupowanie zanotowałoby sumaryczny wzrost o nieco ponad 1 mln złotych.

Na marginesie można zwrócić uwagę na jeszcze jeden wniosek. W przypadku startu sześciu oddzielnych komitetów wyborczych łączna suma wydatków, jakich mogłyby one teoretycznie zgodnie z przepisami dokonać na cele wyborcze, wyniosłaby nawet ponad 180 mln złotych! W przypadku wspólnego startu taki koalicyjny komitet obowiązywałby jeden wspólny limit wydatków w wysokości mniej więcej 30 mln zł. Wyniki wyborów co prawda wielokrotnie udowadniały, że same pieniądze nie przekładają się automatycznie na wzrost poparcia, jednakże nie da się ukryć, że za pięć razy więcej pieniędzy można zrobić zdecydowanie szerszą kampanię.

Z powyższej analizy można wyciągnąć dość pozytywny wniosek dla Skarbu Państwa. Wspólny start opozycji niewątpliwie spowodowałby pewne oszczędności dla budżetu. W zaokrągleniu łączna kwota pieniędzy przekazanych wyżej analizowanym partiom politycznym przy ich wspólnym starcie byłaby w skali czterech lat mniejsza o 50 milionów złotych. Ostatecznie oszczędności byłyby nieco niższe, gdyż wyższą dotację podmiotową uzyskiwałyby w takim scenariuszu komitety Prawa i Sprawiedliwości oraz Kukiz’15.

Niedostrzegany czynnik

Dla wyborców i zewnętrznych obserwatorów życia politycznego w naszym kraju kwestie finansowe niewątpliwie nie są kluczowe do oceny słuszności podjęcia przez partie polityczne takich lub innych decyzji dotyczących startu w wyborach. Zdecydowanie inaczej wygląda to jednak z perspektywy samych partii politycznych, ich władz i aparatu. Takie czynniki jak wysokość przychodów do kasy partii są bez wątpienia brane pod uwagę, szczególnie w tych partiach, które mają dość długą tradycję, rozbudowane struktury oraz wysokie koszty funkcjonowania. Wbrew powszechnemu mniemaniu środki z subwencji wydawane są przez partie polityczne przede wszystkim na bieżącą działalność, a nie wyłącznie na kampanie wyborcze.

Dla Polskiego Stronnictwa Ludowego czy Sojuszu Lewicy Demokratycznej zmniejszenie potencjalnych przychodów z budżetu państwa o kolejno około 33% i prawie 50%  byłoby dość znaczącą różnicą.

Decyzja o wspólnym starcie w ramach koalicji, która w sposób naturalny zdominowana będzie przez Platformę Obywatelską, niesie dla tych partii ryzyko wasalizacji, które może być dodatkowo pogłębione właśnie poprzez zmniejszenie się strumienia środków finansowych z budżetu państwa. Partycypacja we władzy wiąże się oczywiście z korzyściami finansowymi dla poszczególnych działaczy i co za tym idzie zwiększa także potencjał pozyskiwania przez partie wpłat z tytułu darowizn czy składek, ale zarazem uzależnia funkcjonowanie tych formacji od konkretnych osób i ich pieniędzy.

Niewątpliwie kierownictwa zarówno PSL jak i SLD, a także pozostałych partii, zdają sobie sprawę z tych zagrożeń i biorą je pod uwagę przy planowaniu działań na najbliższe kampanie wyborcze. Prawdopodobnie żaden polityk nie przyzna oficjalnie, że kwestie dotyczące wysokości środków finansowych z budżetu państwa będą miały wpływ na decyzje jego formacji politycznej o formie startu w wyborach. Tym bardziej warto mieć świadomość, że ten aspekt ma istotne znaczenie dla kształtu naszej sceny politycznej w najbliższych miesiącach i w kolejnej kadencji parlamentu.