Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Republikański flirt z nowoczesnością

Republikański flirt z nowoczesnością Wikipedia

Poprzedni rok przyniósł co najmniej dwie przesłanki, które nie pozwalają schować ideału samorządnej republiki do szafy. Po pierwsze, poznaliśmy wyniki badań socjologicznych, które w pewnym stopniu potwierdzają trwanie genów republikańskich wśród polskiego społeczeństwa. Po drugie, zgłoszono co najmniej kilka propozycji konkretnych reform, które mniej lub bardziej świadomie korzystają z republikańskiego imaginarium. Na drodze do politycznej sprawczości stoi jednak widmo anachronizmu. Czy rozwiązaniem może okazać się republikanizm pojęty w ramach mitu politycznego?

Polskie społeczeństwo pod lupą socjologa

W czwartą dekadę III RP wkraczamy ze świadomością wewnętrznego rozdarcia doświadczanego przez polskie społeczeństwo. I bynajmniej nie chodzi tu o wojnę plemienną wśród wierchuszki życia politycznego, ale o coś więcej. Idzie tutaj o dane ukryte pod warstwą banalnych już dzisiaj spostrzeżeń publicystycznych. Dzięki Zbigniewowi Rauowi, Katarzynie Staszyńskiej, Maciejowi Chmielińskiemu oraz Krzysztofowi Zagórskiemu poznaliśmy „doktrynę Polaków”, rozpatrywaną w kategoriach filozofii politycznej, a wyprowadzoną w oparciu o wyniki badań empirycznych, przeprowadzonych na reprezentatywnej próbie polskich obywateli. Wnioski z tej lektury, przy wszystkich pytaniach odnoszących się do metodologii, nie mogą napawać optymizmem. Polskim społeczeństwem rządzą chaos, narastająca frustracja i poczucie fasadowości życia politycznego.

Dla pełniejszego zrozumienia publikacji Doktryna Polaków. Klasyczna filozofia polityczna w dyskursie potocznym najlepiej posłużyć się metaforą ludzkiej psychiki, rozszerzając tę siatkę pojęciową na całe społeczeństwo. W takiej optyce Polacy w sferze samoświadomości reprezentowaliby poglądy charakterystyczne dla klasycznego liberalizmu spod znaku Thomasa Hobbesa, natomiast w sferze powinności i sumienia byliby podobni raczej do klasycznych republikanów. Napięcie między samooceną a normatywną sferą powinności, wykazane na wielu, choć nie na wszystkich polach, stanowi źródło „zaburzenia” polskiego społeczeństwa. Jesteśmy liberałami o republikańskim sumieniu albo republikanami zanurzonymi w liberalnym świecie. Obu wariantów nie sposób ze sobą pogodzić. Różnice pojawiają się bowiem już na etapie konstytutywnych założeń. U Hobbesa – jednego z ojców liberalizmu – polityczność zaczyna się od woli zagrożonej jednostki, która poprzedza społeczeństwo skonstruowane na mocy umowy; u Arystotelesa natomiast – ojca klasycznego republikanizmu – kolejność jest odwrotna – to wspólnota polityczna uznana zostaje za pierwotną, jednostka zaś za wtórną i zależną od całości. W pewnym sensie więc obie doktryny nawzajem się wykluczają, co postaram się jeszcze wykazać w bardziej pogłębionej analizie, posługując się również wnioskami podpartymi materiałem empirycznym.

A teraz do rzeczy. We wspomnianych badaniach przeanalizowano stosunek Polaków do: relacji między człowiekiem a społeczeństwem, własności, władzy oraz państwa. Zgodnie z nakazami metodologii badanie zostało przeprowadzone w trzech zasadniczych krokach. Najpierw dokonano wyboru i zdefiniowano wybrane kategorie z zakresu filozofii politycznej występujące w obrębie kilku doktryn politycznych; następnie przeprowadzono jakościowe badanie w postaci standaryzowanych wywiadów grupowych, aby ustalić, jakie znaczenie tym kategoriom przypisują sami badani. Na samym końcu zaś, posługując się wiedzą z pierwszych dwóch kroków, skonstruowano kwestionariusz ankiety. Dzięki współpracy z CBOS-em poznaliśmy odpowiedzi reprezentatywnej próby 934 osób, które magicznym prawem statystyki tworzą przekrojowy obraz poglądów całego polskiego społeczeństwa.

Dla większości Polaków rodzina, społeczność lokalna oraz – co bardzo charakterystyczne – cały naród uznawane są za wspólnoty naturalne, za pośrednictwem których kształtujemy swoje „ja”. Ponadto, naród uznany za najwyższą, ale i najbardziej abstrakcyjną kategorię, nie jest postrzegany jako efekt umowy czy politycznej presji instytucji. Mówiąc prościej, choć niemożliwe jest, aby ze wszystkimi Polakami utrzymywać indywidualne więzi, uważamy w większości, że naród jest nam po prostu dany od urodzenia jako „nasze miejsce na ziemi”. Polacy sądzą, że warunkiem sukcesu jest współpraca z innymi, którą również uznają za naturalną. Cokolwiek może to oznaczać w praktyce, deklarujemy poczucie wspólnoty przez dbanie o wspólne sprawy wszystkich obywateli. Większość uważa nawet, że „bycie Polakiem skłania, aby dbać o wspólne dobro” (tab. 1) oraz że „ludzie spełniają się, kiedy mogą coś zrobić dla swojej małej ojczyzny” (tab. 1) Dla większości polskiego społeczeństwa jednostka jest wtórna wobec trzech naturalnych wspólnot: rodziny, wspólnoty lokalnej oraz narodu. Te trzy kategorie stanowią pierwotne źródła światopoglądu oraz indywidualnych rozstrzygnięć aksjologicznych.

Gdy jednak pytano o konkretne postawy, umieszczając jednostkę w centrum namysłu, te fundamentalne rozstrzygnięcia arystotelesowskiej Polityki (1252a) spotykały się zwykle z oporem poglądów o bardziej nowożytnej proweniencji. Polacy uważają się bowiem za społeczeństwo egoistyczne i zazdrosne z wyraźnym deficytem zaufania do bliźnich (tab. 2). Przykładowo, najwięcej ankietowanych odpowiadało twierdząco na takie pytania, jak: „Czy ludzie nie troszczą się o siebie nawzajem?”, „Czy w naszym społeczeństwie można polegać tylko na sobie?” oraz „Czy dla kariery ludzie są gotowi poświęcić rodzinę?” (tab. 2). Polacy dosyć często narzekają na dominację egoizmu: „W tej chwili wszystko ukierunkowane jest na »ja«, liczę się tylko »ja«, [wszystko inne jest] nieważne”. Większość respondentów twierdzi również, że „ludziom nie chce się pomagać innym” (tab 2.).

(Tabela 1. uniwersum Arystotelesowskie)

Zdania poddawane ocenie przez ankietowanych Dane wyrażone w procentach
Bycie Polakiem skłania do tego, żeby dbać o wspólne sprawy Tak: 65,7; Nie: 11,6
Ludzie się spełniają, kiedy mogą coś zrobić dla swojej małej ojczyzny Tak: 72,4; Nie: 9,1
Władza powinna działać dla dobra ludzi, a nie instytucji Tak: 76,7; Nie: 4,1
Władza powinna dbać o wszystkich, a nie tylko o niektórych Tak: 83,8; Nie: 4,2
Poczucie wspólnoty z innymi świadczy o tym, że człowiek przynależy do narodu Tak: 88,8 ; Nie: 2,2

Wszystkie dane pochodzą z badań zawartych w cytowanej publikacji

(Tabela 2. uniwersum Hobbesowskie)

Zdania poddawane ocenie przez ankietowanych Dane wyrażone w procentach
W naszym społeczeństwie można polegać tylko na sobie Tak: 44,5; Nie: 27,4
Ludzie starają się zdobyć jak najwięcej, nie oglądając się na innych Tak: 64,3; Nie: 8,7
Gdyby nie było władzy, wszyscy walczyliby ze sobą Tak: 68,5; Nie: 9,6
Ludzie nie troszczą się o siebie nawzajem Tak: 70,0; Nie: 1,1
Ludziom zależy na tym, żeby mieć więcej niż inni Tak: 75,5; Nie: 7,7
Rośnie konkurencja między ludźmi Tak: 77,9; Nie: 5,0
Gdyby nie było władzy, każdy ciągnąłby w swoją stronę Tak: 90,3; Nie: 2,6

Wszystkie dane pochodzą z badań zawartych w cytowanej publikacji

Podobną tendencję można zauważyć wśród odpowiedzi na pytania związane z kwestiami własności. Co ciekawe, choć własność prywatna uważana jest za naturalną, to jednak zdecydowana większość Polaków sądzi, że na wielu płaszczyznach należy ją ograniczać dla wspólnego dobra, bowiem zbyt daleko posunięta prywatyzacja prowadzi do niszczenia społecznych więzi. Zastanawiające jest również to, że Polacy bardzo szeroko definiują obszary, które powinny należeć do sfery publicznej. Co więcej, większość z nas uważa, że prywatyzacja w Polsce zaszła za daleko i należy dokonać starań, aby ten niesprawiedliwy stan rzeczy zmienić. Szpitale, poligony, zasoby surowców naturalnych, kopalnie i inne strategiczne dla gospodarki sektory powinny należeć do państwa. Tak samo jak rzeki, jeziora oraz lasy.

Jednak, z drugiej strony, Polacy uważają, że „rośnie konkurencja między ludźmi” (tab. 2) oraz że „ludzie za wszelką cenę starają się zdobyć jak najwięcej, nie oglądając się na innych” (tamże). Łatwo można zauważyć spójność danych dotyczących własności z wyżej przywołanymi poglądami na relację między jednostką a społeczeństwem.

Trzecia grupa poglądów dotyczy szeroko pojętej władzy oraz państwa. W świetle uzyskanych odpowiedzi do najważniejszych zadań rządzących należy wyrażanie obiektywnego interesu wspólnoty, zawsze powinni oni bowiem „dbać o wszystkich, a nie tylko o niektórych” (tab. 1). Polacy deklarują też negatywny stosunek do biurokracji i twierdzą, że ogólnie pojęta władza na każdym szczeblu ma działać „dla dobra ludzi, a nie instytucji” (tab. 1). W ogromnej większości uważamy również, że każde, nawet najlepsze rządy, muszą posiadać jasno wytyczone granice. Polskie społeczeństwo wysoko ceni swobodę wyrażania poglądów, nawet jeśli jakieś przekonania byłyby sprzeczne ze zdaniem większości (tab. 1). Ponadto duża część ankietowanych postrzega ingerencję ze strony państwa w kategoriach kroku ostatecznego i tylko w sytuacji, gdy obywatele nie są w stanie sami sobie poradzić. Co ciekawe, w zależności od perspektywy pogląd ten może zostać zinterpretowany w kluczu zarówno liberalnym (wolności od ingerencji państwa w życie prywatne obywatela), jak i republikańskim (wolności od ingerencji w przypadku, gdy obywatel może samodzielnie działać na rzecz wspólnoty).

Grupa poglądów prowspólnotowych i tym razem napotyka opór. Władza uznawana jest nie tylko za naturalną instancję porządkującą rzeczywistość; większość Polaków sądzi, że „gdyby nie było władzy, wszyscy walczyliby ze sobą” (tab. 2) oraz „każdy ciągnąłby w swoją stronę” (tab. 2.).

Według autorów publikacji z zebranego materiału empirycznego można wyciągnąć dwa zasadnicze wnioski. Pierwszy dotyczy fundamentalnej tezy, iż naród, państwo, władza czy społeczeństwo nie powstają drogą konwencji oraz umowy, lecz są w pełni naturalne. Po drugie, poglądy Polaków w dużym stopniu charakteryzują się eklektyzmem, mieszcząc w sobie przekonania bliskie konserwatyzmowi, republikanizmowi, ale również socjalizmowi oraz liberalizmowi. Przy całym szacunku dla ogromnego wysiłku autorów, trzeba przyznać, że jak na wyniki kilkuletnich badań, wnioski te nie wyglądają zbyt imponująco. W newralgicznej dla mnie kwestii, a więc widocznym napięciu między egoizmem społeczeństwa a republikanizmem wyrażanym często wyłącznie w sferze powinności, konkluzja również brzmi mało przekonująco: „Synteza doświadczenia respondentów sprowadza się zatem do takiego ujęcia ludzkiej natury, którą Immanuel Kant określał jako aspołeczną towarzyskość, (…) człowiek jest gotów do harmonijnej współpracy, zgodnej z etosem wspólnoty, a kiedy indziej kieruje się wyłącznie egoizmem i ekonomiczną kalkulacją”.

Można pokusić się jednak o bardziej wyostrzoną analizę, jednocześnie nie przecząc tym minimalistycznym konkluzjom. Wnioski płynące z lektury cytowanej pracy są bowiem logiczną konsekwencją uprzednio przyjętych definicji klasycznych doktryn. Dla nas kluczowe będzie doprecyzowanie, czym jest republikanizm, rozszerzając tym samym pole ideowej konfrontacji z liberalizmem, opisane pokrótce na początku.

Nowocześni Idiotes vs antyczni polites

Zespół autorów publikacji, motywowany potrzebą syntezy, zdefiniował republikanizm w oparciu o kilka kryteriów. Za ideę przewodnią zostało uznane dobro publiczne, rozumiane jako „wyrażanie zobiektywizowanego interesu wspólnoty politycznej” tworzonej przez wolnych i równych ludzi. Podkreślono również wagę zaangażowania jednostki w życie polityczne oraz rolę państwa, które ma stanowić instytucjonalizację wspólnego interesu. Za Dorotą Pietrzyk-Reeves można jednak wskazać, że republikanizm definiowany w ten sposób odnosi się raczej do późnych implementacji tej tradycji w czasach nowożytnych (poczynając od Machiavellego).

Dla ojców republikanizmu, a więc Arystotelesa oraz Cycerona, polityczne uniwersum tworzą: wspólnota polityczna – a nie państwo, obywatel – a nie jednostka, wolność polityczna – a nie wolność negatywna. Dzięki tym trzem parom przeciwstawnych założeń można pokazać fundamentalne różnice między arystotelesowsko-cyceroniańskim republikanizmem a liberalizmem w jego klasycznej wersji.

Po pierwsze, termin „wspólnota polityczna”, często redukowany do kategorii normatywnej (moralna gromada ludzi połączonych podobnym sposobem życia), unieważnia nowożytny podział na społeczeństwo oraz państwo będące osobnym bytem instytucjonalnym. W republice obywatele powierzają władzę, ale jej nie przekazują. Polityka pojmowana jest na sposób integralny, nie ma tutaj miejsca na podział rządzący – poddani. Drogą dygresji można dodać, że nadrzędną kategorią filozofii politycznej również przez całe średniowiecze była res publica. Najprawdopodobniej termin „państwo”, w obowiązującym dziś znaczeniu, został użyty po raz pierwszy dopiero przez Machiavellego (lo stato).

Po drugie, jak sugerowała Hanna Arendt, starożytni w ogóle nie posiadali naszego rozumienia jednostki czy osoby. Grecy zwykli dzielić ludzi na dwie kategorie: polites – obywateli w pełni uczestniczących w życiu polis, oraz idiotes – ludzi prywatnych, dbających wyłącznie o swoje dobro, o których wypowiadali się pogardliwie. To właśnie owymi idiotes byłyby hobbesowskie jednostki, które przekazują część swojej wolności Lewiatanowi dla zagwarantowania sobie spokoju i bezpieczeństwa.

Po trzecie, wolność republikańska to nie licentia – wolność robienia tego, czego się chce. Republikańska libertas zakłada poskromienie własnych pragnień, wyciszenia, jakbyśmy to dzisiaj powiedzieli, własnego „ja”, na rzecz sprawiedliwej współegzystencji z innymi obywatelami. Wolność tak pojmowana jest możliwa jedynie pod rządami prawa.

Nie da się więc pożenić republikanizmu z założoną w liberalizmie antropologią, którą w największym stopniu określają indywidualizm oraz ideał samostanowienia. Dlatego nie można również przyklasnąć konstatacji Marcina Króla przekonującego kilka lat temu, że republikanizm „odgrywa rolę ważną jako korekta liberalizmu, istotna korekta niektórych liberalnych złudzeń – przede wszystkim zaś tego, że można administrować, nie uprawiając polityki”.

Republikanizm pojęty na serio jest przewartościowaniem, a nie jedynie retuszem liberalizmu zaciągniętego do narożnika. Jeśli sprowadzimy tę tradycję jedynie do imperatywu zaangażowania w życie publiczne, to zrezygnujemy z realnego wpływu na politykę, kończąc na postulacie promocji społeczeństwa obywatelskiego.

Argumentu tego w żaden sposób nie osłabia mnożenie różnych odmian liberalizmu, bowiem wszystkie warianty tej doktryny – nawet Rawlsowska teoria sprawiedliwości – ufundowane są na założeniu nadrzędności jednostki nad gromadą ludzi.

Republika snów

Radykalne przeciwstawienie liberalizmu i republikanizmu przynosi jednak szereg wątpliwości, które – co należy z całą mocą podkreślić – nękają od wielu lat kilka środowisk intelektualnych w Polsce. Jak, na przykład, zrealizować republikański ideał w realiach globalizacji i demokracji liberalnej? Czy jest w ogóle sens pisać o republikanizmie w kraju, w którym media ogłaszają sukces, gdy frekwencja wyborcza przekroczy 50%? Jak, w mocno różnorodnych społeczeństwach, wypracować ideał wspólnego dobra?

Autor, który w krótkim eseju zechciałby udzielić przekonującej odpowiedzi na wszystkie te pytania popisałby się niechybnie nie tylko pychą, ale i naiwnością. Jednak można chyba wskazać kilka argumentów, które osłabiają moc powyższych wątpliwości.

Zarzut z anachronizmu tradycji republikańskiej wynika po części z postrzegania jej w naszym imaginarium politycznym. Republikanizm nie daje się bowiem definiować w ramach spójnej doktryny politycznej czy nawet neutralnie rozumianej ideologii (na wzór E. Heywooda). Stanowi raczej polityczny mit – opowieść, która nadaje sens przeszłości, a także – w co głęboko wierzę – może być motywacją i usprawiedliwieniem dla projektów konkretnych reform. Jak pisała Chantal Delsol: „Republika jest zatem ideałem polityczno-moralnym, podczas gdy demokracja – reżimem politycznym”. Ta cecha w zależności od kontekstu jest największą zaletą lub największą wadą tak pojętego republikanizmu. Korpus przekonań moralnych, jaki stoi za republikańskim mitem, bez dążenia do ich realizacji szybko staje się zbiorem pustych frazesów. Można wręcz fałszywie sądzić, że stajemy przed wyborem: albo hołdowania nieodpowiedzialnemu idealizmowi, albo likwidacji złudzeń i skupieniu uwagi na reformowaniu chorego państwa na poważnie. Wówczas odpowiedź jest jasna i często powtarzana, żeby przypomnieć tylko konkluzję Rafała Matyi z Wyjścia awaryjnego: „Republikanizm jest przepełniony nostalgią za państwem, które już nie wróci, za modelem, który w Polsce nigdy się nie zakorzenił i jest sprzeczny z realiami współczesnego państwa”. Jednak ten sam autor, w tej samej książce, na diagnozowane przez niego bolączki polskiej polityki wystawia republikańską receptę, o czym na łamach naszego portalu pisałem krótko po opublikowaniu tej książki.

Intuicja, by współczesnego republikanizm postrzegać w kategoriach mitu politycznego, koresponduje z  poglądami Claude’a Levi-Straussa wyłożonymi w Myśli nieoswojonej. Francuski antropolog kultury twierdził, że człowiek powodowany pierwotną potrzebą sensu tłumaczy rzeczywistość dzięki „narzędziom”, które w danym momencie ma pod ręką. Jest to aktywność nazywana potocznie w języku francuskim bricolage. To pojęcie, które nie ma dokładnego odpowiednika w języku polskim i najczęściej tłumaczone jest jako „majsterkowanie”. Mity obecne w życiu społecznym dające się opisać w ramach politycznego brikolażu, stanowią zestaw tego, w co dana społeczność wierzy i w jakich ideach pokłada najwięcej nadziei.

Nie mamy tutaj zatem do czynienia z pejoratywnym znaczeniem przypisywanym mitowi przez historyków czy badaczy nauk ścisłych, dla których mit to po prostu fałsz. Bliskie jest mi przekonanie, że współcześnie każdy światopogląd polityczny musi być ufundowany – mniej lub bardziej – na pozytywnie rozumianym micie. Skoro mit odpowiada na pierwotną dla człowieka potrzebę sensu, to również w działaniu politycznym nie sposób uciec od określenia principiów, które pozwalają nam odnajdywać się w społeczno-politycznej rzeczywistości. Różnorodność poglądów, tradycji oraz nieustannie zmieniających się warunków, w których kształtujemy swoje myślenie o polityce, wymusza na nas wiarę w pewien ograniczony korpus idei. Jest to szczególnie wyraźnie widoczne dzisiaj, kiedy mamy do czynienia z zanikiem istnienia partii klasowych na rzecz polityki skupionej wokół aglomeratu ograniczonej ilości haseł będących na ten moment efektem powszechnego status quo.

W Polsce na ten przykład zdecydowana większość obywateli i partii politycznych jest już przynajmniej częściowo proekologiczna; raczej nie wierzymy już także w czysty liberalizm, a więc podkreślamy regulatywną funkcję państwa oraz potrzebę finansowego wsparcia dla najuboższych.

Dlatego to, co nas najbardziej odróżnia, uwidacznia się w formie mitu niegdyś spójnych wizji i światopoglądów. Bo tak jak liberałowie wierzą w moc indywidualizmu i samostanowienia, socjaliści w równość i sprawiedliwość społeczną, a konserwatyści w ład gwarantowany mądrością ojców, tak republikanie pokładają nadzieję w idei dobra wspólnego i wolności realizowanej najpełniej w działaniu publicznym. Mówiąc krócej, niemożliwa jest pełna demistyfikacja rozumu politycznego człowieka, każda demistyfikacja czyniona jest bowiem w imię innego mitu. Dlatego również demokracji liberalnej nie sposób od tej prawidłowości uwolnić.

Warto myśleć o republikanizmie jako o politycznym micie, ponieważ w prosty sposób neutralizujemy wówczas moc zarzutu anachronizmu. W takiej optyce republikanizm przestaje być postrzegany w roli może i atrakcyjnej, ale jednak niemożliwej do realizacji wizji. Naszym celem nie jest już bowiem implementacja całości tej tradycji, gdzie dzieła Cycerona i świadectwa kronik historycznych traktuje się jako podręcznik gotowych rozwiązań. Mit uwalnia z republikańskiej ortodoksji, dostarczając przestrzeni dla twórczej reinterpretacji, dostosowań, a w końcu przełamania sprzeczności między nowoczesnością a tradycją, o czym pisał chociażby Paweł Rojek w zakończeniu Awangardowego konserwatyzmu.

Trzeba wyrazić także wątpliwość, czy na drodze do z ducha republikańskich reform potrzebujemy frekwencji rzędu 70% lub 80%. Pojawia się też pytanie, jak ustalić kryterium liczbowe, które pozwoliłoby nam uznać, że „dorośliśmy” do miana społeczeństwa zaangażowanego w sprawy publiczne. Zbyt duże znaczenie zwykliśmy przypisywać również formalnie gwarantowanym prawom. Prawo jedynie potencjalne w republikańskim imaginarium – zgodnie z ideałem vita activa – stanowi „jedynie” konstytucyjny zapis. Nie znaczy to oczywiście podważania mocy prawa, a wręcz przeciwnie. Powaga zapisanego uprawnienia jest najwyższą zachętą, lecz gdy obywatel, rezygnując z głosowania, sam pozbawia się politycznej podmiotowości, pozostaje jedynie niespełnioną obietnicą.

Po trzecie, pluralizm stojący na drodze do realizacji wspólnego dobra jest tak samo powszechny, co nie-totalny. Oznacza to, że polityka powinna być nakierowana na te obszary, które da się wyłączyć z nierozwiązywalnego sporu, który dziś często – dość buńczucznie i z pewną przesadą – nazywamy wojną kulturową. Skoro republikanizm oparty na klasycznych arystotelesowskich założeniach jest dzisiaj politycznym mitem, to zawsze wymagać będzie konkretyzacji w postaci reform opartych o analizę danej sytuacji. Czasy późnej nowoczesności nie są zresztą specjalnym wyjątkiem. Podobne mechanizmy implementacji potwierdzają spostrzeżenia poczynione przez wspomnianą Dorotę Pietrzyk-Reeves, która, dokonując porównania renesansowych republik włoskich z polską recepcją myśli republikańskiej w XVI wieku, zauważyła między tymi obszarami wyraźne różnice.

Podsumowując ten wątek oraz wyniki przedstawionych badań sądzę, że polityka republikańska w Polsce powinna być nakierowana dzisiaj na jeden cel:  zredukowanie skali wyalienowania Polaków od państwa i polityki. Polacy nadal traktują państwo jako twór obcy i zewnętrzny wobec ich autentycznego życia. Jestem przekonany, że samo nawoływanie do praktykowania cnoty oraz skupianie uwagi na ideale wychowania w republikańskim duchu to za mało. W takiej sytuacji poprzestaniemy na moralitecie i narzekaniu na nowoczesność, która nie pasuje do naszego pięknego snu o szczęśliwej republice.

Mit, który wywołuje jedynie nostalgię za utraconą rzeczywistością rodem ze szlacheckiej gawędy, należałoby w całości odrzucić. Republikanizm to jednak coś więcej. To tradycja myślenia o polityce, która również dzisiaj może stanowić źródło inspiracji dla konkretnych reform. Słusznie jednak ktoś zauważy, że nawoływanie do reform republikańskich implicite zakłada możliwość wprowadzenia republikanizmu niejako odgórnie. Proponowanie instytucjonalnych rozwiązań na rzecz radykalnej zmiany ram, w których funkcjonuje społeczeństwo, szczególnie na polskim gruncie, wydaje się wręcz anty-republikańskie. Przecież siłą samorządnej republiki są cnotliwi obywatele, którzy biorą odpowiedzialność za funkcjonowanie swojej wspólnoty. Przekreślenie tej podstawowej zasady może uchodzić za niepoprawne wchodzenie z „królami w alianse” (Pieśń konfederatów z I aktu Księdza Marka Juliusza Słowackiego). Proponuję jednak odwrócić tę logikę. Skoro społeczeństwo funkcjonuje w obrębie instytucji, które można określić jako struktury kształtujące złe dyspozycje (lub bardziej konfesyjnie: struktury grzechu), to nigdy nie będziemy mogli skutecznie nawiązywać do tej tradycji, bo ludzie nie będą się „nadawać” na odpowiedzialnych obywateli. Myślę, że wyniki przywołanych badań potwierdzają, że Polacy bardzo często nie potrafią realizować działań, w które wierzą, ponieważ otoczenie instytucjonalne nie pozwala przekroczyć sfery powinności i wejść na obszar realnego funkcjonowania. Dlatego powinniśmy likwidować instytucje generujące egoizm jednostek, a w zamian za to wypracować wizję rozwiązań, które będą nas skłaniać ku pro-wspólnotowym dyspozycjom. Nie proponuję jednak żadnej rewolucji. Te rozwiązania, w których najmocniej widoczne są skutki przyjmowania liberalnej antropologii, powinny być stopniowo zastępowane przez propozycje wychodzące od antropologii relacyjnej.

Gdzie dwóch Polaków tam… harmonia i zgoda

Przeprowadzone rozumowanie można zbyć prostym argumentem, który na szczęście tylko pozornie kończy dyskusję. Co z tego, że diagnoza alienacji Polaków od władzy i państwa zdradza wszelkie znamiona słuszności, skoro nie posiadamy klasy politycznej, która byłaby zdolna do przeprowadzenia niezbędnych reform, nie mamy przecież nawet pomysłu na zmianę politycznej rzeczywistości. Jednak w atmosferze powszechnego i nie zawsze uprawnionego defetyzmu wiele zdaje się nam umykać – co najmniej druga część poprzedniego zdania jest bowiem fałszywa.

Autorzy tak różni jak: Rafał Matyja, Bartłomiej Sienkiewicz, Jarosław Kuisz, a ze strony Klubu Jagiellońskiego – Michał Rzeczycki, na przestrzeni ubiegłego roku zaproponowali kilka inspirujących recept na naprawę dysfunkcjonalnego status quo, a co najciekawsze wszyscy – mniej lub bardziej świadomie – korzystali z republikańskich ideałów.

Rafał Matyja we wspominanym już Wyjściu awaryjnym na wady zbyt centralistycznie zarządzanego państwa proponuje utworzenie „think tanku Polska”. Struktura tej organizacji miałaby opierać się na sieci ośrodków badawczych rozlokowanych w całym kraju, które byłyby zdolne reagować na pojawiające się problemy i wyzwania w mikroskali. Siła tych odpowiednio finansowanych struktur polegałaby na pokonaniu dystansu między politycznym centrum a obywatelami przez zaangażowanie różnorodnych ekspertów z wielu opcji politycznych do pracy na rzecz wspólnego dobra. Pomysł ma na celu stworzenie systemu wczesnego ostrzegania, który o problemach wielu małych i średnich ośrodków informowałby bezpośrednio władze lokalne lub centralne, tworząc intelektualne ramy politycznej wspólnoty.

Bartłomiej Sienkiewicz w Państwie teoretycznym proponuje podobne rozwiązanie. O pokrewieństwie intelektualnym obu autorów przekonałem się bezpośrednio na ostatnim „Open Eyes Economy Summit” w Krakowie, gdzie Matyja i Sienkiewicz zamiast ze sobą debatować – co zapowiadał program wydarzenia – niemal wyłącznie się ze sobą zgadzali.

Najbardziej konkretny pomysł przedstawiony w Państwie teoretycznym dotyczy reformy powiatu. Autor powołuje się na tradycje ustrojowe sięgające czasów Łokietka, gdy starosta był pierwszą osobą reprezentującą państwo w kontaktach z obywatelami. Teraz, po reformie samorządowej z 1990 r. i późniejszych zmianach, sposób funkcjonowania powiatów łamie zarówno tradycję, jak i logikę ustrojową. Powiaty, odtąd należące do władz samorządowych i pozbawione istotnych kompetencji, nie pełnią już funkcji „państwa pierwszego kontaktu”; tę istotną rolę przejął wojewoda, który działając na dużo większym obszarze, zwiększa alienację obywatela od państwa.

Choć Sienkiewicz proponuje, by starosta z samorządowca stał się na powrót urzędnikiem reprezentującym centrum decyzyjne, to paradoksalnie, celem proponowanej zmiany jest zbliżenie owego centrum na tyle, aby obywatel uznał w końcu państwo za własne. Sprawna polityka powinna być budowana „od dołu”, co przyczyniłoby się – zdaniem autora – do przewartościowania państwa, które z narzędzia dominacji nad partyjnym przeciwnikiem mogłoby stać się „służebnym aparatem mającym na celu dobro wszystkich mieszkańców kraju”.

Oprócz Rafała Matyi i Bartłomieja Sienkiewicza we wspomnianej debacie uczestniczył jeszcze Leszek Jażdżewski – redaktor naczelny „Liberte”, który w odróżnieniu od swoich adwersarzy mocno zaznaczał swoje polemiczne stanowisko. Podkreślał, że Polska pozostanie „państwem teoretycznym” i żadne „wyjście awaryjne” nie będzie możliwe, jeśli (post)solidarnościowe elity władzy nie dopuszczą do wielkiej polityki młodych ludzi spoza układu. Powoływał się przy tym na Koniec pokoleń podległości – książkę redaktora naczelnego „Kultury Liberalnej” Jarosława Kuisza, w której autor – co może zaskakiwać – również używa republikańskiego instrumentarium.

Kuisz w jednym z fragmentów przywołuje ideał samorządnej I Rzeczpospolitej, w której obywatele charakteryzowali się propaństwową dyspozycją mentalną. Nadzieją na wyjście z zamkniętego kręgu pokoleń podległości są dla niego dzisiejsi dwudziestoparolatkowie, nie znający realiów Polski Ludowej i którym obcy jest postkomunistyczny mit zachodniego świata. Kuisz przywołuje wzór XVI-wiecznego ruchu egzekucyjnego, w ramach którego średnia szlachta zdolna była wykazać się odpowiedzialnością za całe państwo: „»Państwo to ja« – mógł powiedzieć monarcha absolutny. »Państwo to my« – sądziła polska szlachta przed rozbiorami. »Państwo to oni« – myślał przez dekady przeciętny obywatel Polski Ludowej, a potem III Rzeczpospolitej”. Choć, obok spójnej z Matyją i Sienkiewiczem diagnozy oraz postulatu buntu młodych, książka Jarosława Kuisza nie zawiera propozycji konkretnej reformy, to jednak samo pozytywne odniesienie do republikanizmu czasów I RP dokonane po liberalnej stronie debaty publicznej warte jest odnotowania.

Ostatnim przywołanym tekstem będzie esej Michała Rzeczyckiego Wyjście z wojny polsko-polskiej prowadzi przez reformę Senatu, który został opublikowany na łamach portalu opinii Klubu Jagiellońskiego. Autor, po zreferowaniu genezy i kontekstu obecnego kryzysu konstytucyjnego, przechodzi do propozycji zreformowania Senatu w duchu klasycznego ideału rządu mieszanego. Stwierdza eufemistycznie, że obecne znaczenie izby wyższej parlamentu jest „co najmniej dyskusyjne”, ponieważ działa ona w logice partyjnej, co w praktyce oznacza, że w zdecydowanej większości przypadków potwierdza mechanicznie decyzje podjęte w Sejmie. Jak zreformować więc parlament, aby jedna z jego części wymykała się logice „partiokracji”?

Rzeczycki przywołuje propozycję sformułowaną krótko wcześniej przez Kazimierza Michała Ujazdowskiego. Senat miałby w tym wariancie składać się z 50 senatorów wybieranych spośród kandydatów kolegiów samorządowych, których członkami byliby prezydenci i burmistrzowie miast oraz starostowie i marszałkowie województw, a także radni gminni, miejscy, powiatowi i wojewódzcy. Propozycja Ujazdowskiego uzupełniania jest przez Michała Rzeczyckiego komponentem merytokratycznym. Autor proponuje bowiem, aby część senatorów wywodziło się również z senatów uniwersyteckich.

Warto zauważyć, że propozycja Senatu jako systemowego równoważnika przypomina rzeczywistość instytucjonalną I RP, w ramach której kandydaci na sejm walny byli wybierani spośród posłów sejmików ziemskich – organów samorządowych republiki szlacheckiej. Tak skonstruowany Senat miałby równoważyć cały ustrój polityczny Rzeczypospolitej. Reforma odpowiadałaby tym samym na fundamentalny kryzys polskiego ustroju, bo jak konstatuje Rzeczycki, używając Cycerońskiej definicji: „(…) trzeba stwierdzić, że jeżeli państwo jest to rzeczywiście gromada ludzka złączona prawem dla pożytków płynących ze wspólnego życia, to Rzeczpospolita Polska w obecnej sytuacji jest jedynie tworem quasi-państwowym”.

Skoro dysponujemy przekonującą diagnozą oraz kilkoma propozycjami reform systemowych, potrzebujemy w tej chwili skutecznych działań wzmocnionych wolą polityczną. Zauważmy, że żaden z przywołanych pomysłów nie jest jedynie manifestem nawołującym do większego zaangażowania obywateli w życie polityczne. Co może brzmieć paradoksalnie, wymienieni autorzy (za wyjątkiem Jarosława Kuisza) pragną wprowadzić republikański ład odgórnie – poprzez większą lub mniejszą rewolucję ustroju. I całe szczęście! Wydaje się bowiem, że tylko terapia szokowa może coś zmienić. Tylko radykalny republikanizm może stać się wehikułem przenoszącym sferę bezpłodnej powinności do realnej polityki.