Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Michał Rzeczycki  2 września 2018

Wyjście z wojny polsko-polskiej prowadzi przez reformę Senatu

Michał Rzeczycki  2 września 2018
przeczytanie zajmie 15 min
Wyjście z wojny polsko-polskiej prowadzi przez reformę Senatu Cesare Maccari

Skoro walka idzie o zyskanie wyłącznej legitymizacji politycznej, to nie powinno dziwić, że strona, która przegrywa w wyborach, traktuje czas spędzony w opozycji na wzór czasu spędzonego pod wrogą okupacją. W takim układzie naruszenie jakiejś reguły przez jedną stronę konfliktu daje drugiej stronie zielone światło do nadużyć jeszcze drastyczniejszych. Płonna jest nadzieja na to, że polityczna polaryzacja nakręcając tę spiralę zniknie sama wraz z upływem czasu. Jej trwanie możliwe jest tylko za cenę tolerowania dalszych strat ponoszonych przez całe państwo, co powinno być nieakceptowalne dla każdego obywatela bez względu na jego orientację polityczną. Jedynym wyjściem z tego pata jest refleksja ustrojowa oraz takie przemodelowanie formy prawnej państwa, żeby wojna polsko-polska nie była w stanie swoimi konsekwencjami rozlewać się na wszystkie najważniejsze instytucje. Inspiracji do rozwiązań powinniśmy szukać w klasycznych koncepcjach rządu mieszanego. Instytucją, którą można zreformować podług tej koncepcji jest Senat.

Powtórka z klasyków

Praworządność nie jest wartością tylko i wyłącznie liberalną. Prawo i jego przestrzeganie są warunkiem wszelkiej polityki. Widać to dobitnie na przykładzie cycerońskiej definicji państwa. „Rzeczpospolita – powiada rzymski mówca – to wspólna sprawa, o którą dbamy pospołu, nie jako bezładna gromada, tylko liczne zgromadzenie, jednoczone uznawaniem prawa i pożytków z życia we wspólnocie”.

Arystotelesowski schemat czterech przyczyn świetnie nadaje się do analizy tej definicji. Przyczyną materialną państwa jest pewna zbiorowość ludzka. Przyczyną formalną jest prawo. Celową – pożytki płynące z życia we wspólnocie. Po podaniu takiego rozumienia państwa Cyceron w następnym zdaniu wyjaśnia, że tym, co powoduje, że ludzie skupiają się w grupy, jest naturalny człowiekowi pęd społeczny. To pęd społeczny byłby przyczyną sprawczą wspólnoty politycznej.

Spośród tych czterech aspektów państwowości fundamentalna okazuje się relacja między celem istnienia państwa a jego formą prawną, czyli ustrojem politycznym. To właśnie ten ostatni jest czynnikiem umożliwiającym namysł nad polityką, a w szczególności nad państwem.

Państwo jest tym, czym jest, z powodu nadanego mu ustroju. Poznając ustrój państwa możemy rozpoznać, jaki jest zakres owych pożytków z życia we wspólnocie, które dana forma prawna pozwala osiągnąć. Poznawszy ją możemy następnie rozważyć, czy nie można by rozpoznanego ustroju tak poprawić, aby zwiększyć zakres korzyści czerpanych z udziału w dobru wspólnym.

Nim jednak wzorem klasycznej filozofii polityki myśliciel będzie mógł oddać się poszukiwaniu ustroju, który najpełniej pozwala zrealizować potencjał człowieczeństwa, musi wpierw upewnić się, że jego pomysł na formę prawną jakiejś wspólnoty spełnia podstawowy warunek: gwarantuje stabilność. Nie chodzi tu o taką wizję, która przekreśli nawet możliwość siłowego przewrotu. Taki projekt zakładałby z konieczności państwo policyjne, które jest jednak tworem najbardziej niemile widzianym. Chodzi natomiast o to, aby zawęzić przestrzeń do manipulowania instytucjami i ograniczyć w ten sposób niekontrolowany rozrost wpływów jednego ośrodka władzy na całość państwa. Innymi słowy, nie można godzić się na to, aby stan wyjątkowy mógł powstać z wykorzystaniem, legalnym bądź pozornie legalnym, mechaniki ustrojowej.

Mógłby ktoś podnieść tutaj zarzut, że łamanie zasad nie jest dowodem ich niesłuszności. Reguła nadużyta z definicji nie jest tym, co sama ta reguła. Choć na poziomie teoretycznym to prawda, zimna rzeczywistość techniki politycznej mówi zgoła coś innego. Rzymianie, na przykład, ustanowili instytucję dyktatora z mocy prawa. Z jednej strony był to przykład niezwykłej roztropności politycznej. Przewidywano w ten sposób, że mogą pojawić się sytuacje wymagające szybkich i zdecydowanych działań, których specyfika wymyka się dotychczas przyjętym rozwiązaniom prawnym. Z drugiej jednak strony, co ma zagwarantować, że ten, któremu powierzono władzę absolutną, odda ją zgodnie z prawem? Czy na tę rękojmie mają składać się równoważny układ sił politycznych i cnota dyktatora? A co będzie, gdy równowaga zniknie i cnoty zabraknie?

Ustrojodawca musi zatem brać pod uwagę szereg czynników. Poza celem, który mu przyświeca, musi też rozważyć, na co zastane warunki społeczne i układ sił politycznych mu pozwalają. Zauważył to już Arystoteles w „Polityce”, gdzie sformułował rozróżnienie między ustrojem bezwzględnie najlepszym a względnie najlepszym. Jeżeli, na przykład, projektujemy ustrój demokratyczny, musimy mieć jakieś fundamentalne racje, na podstawie których będziemy w stanie stwierdzić, że ład polityczny oparty o takie zasady jest tym najbardziej godnym pożądania ze względu na wspomniane pożytki, które płyną z życia we wspólnocie. Jeżeli jednak chcemy ten ustrój wprowadzić w życie, musimy brać wpierw pod uwagę możliwość jego stabilności w zastanych warunkach. Jest to pierwsze i zasadnicze kryterium wdrożenia danej formy prawnej.

Polaryzacja wygrywa z kompromisem

Jakość polskiej debaty od dłuższego czasu pozostawia wiele do życzenia. Teza o dzielącym polskie społeczeństwo konflikcie była już tyle razy podnoszona, że w sferze opisu stała się komunałem, w sferze zaś ocen – powodem do uzasadnionego ubolewania.

Oczywiście, każdy system polityczny, którego częścią jest debata, dopuszcza również konflikt opinii i interesów. Jednak konflikt ten powinien być łagodzony z jednej strony przez odpowiednie ramy prawne procesu politycznego, a z drugiej strony przez kulturę polityczną, która nakłada na uczestniczących w życiu publicznym szereg obowiązków i oczekiwań związanych z zachowaniami politycznymi.

Słowem, jeżeli w demokracji występuje konflikt, jest on zawsze kontrolowany. Co jednak, gdy wspomniany podział społeczny jest bardzo głęboki, a kultura polityczna (w normatywnym sensie tego słowa) nigdy w gruncie rzeczy nie zaistniała? Otóż, w takich warunkach każdy system, który opiera się na deliberacji i konsensusie, traci swoją legitymizację.

Jak zauważyli Maciej Kisilowski i Arkadiusz Radwan: „Nadzieje na «darwinowskie» rozprawienie się z Polską konserwatywną widać wśród liberałów jeszcze w 2011 r., przy okazji znamiennej akcji «zabierz babci dowód». Dziś jednak widać, że to nie spolaryzowana moralnie i kulturowo Polska stała się bardziej europejska; to Europa, a nawet szerzej świat zachodni, staje się coraz bardziej «polski», czyli podobnie jak my – spolaryzowany. Mimo że konkretne linie podziału różnią się w każdym państwie, to fundamentalny spór o stosunek do postindustrialnej, globalnej gospodarki i postmodernistycznego, wielokulturowego społeczeństwa wykazuje wiele cech wspólnych. Perspektywa demokracji deliberatywnej oddala się. Akty pojednania Polaków nie wyszły poza warstwę emocji. «Zgniłe kompromisy» w sferze wartości, tak jak kompromis aborcyjny, są podważane z obydwu stron”.

Utratę legitymizacji aktów kompromisowych na skutek polaryzacji społecznej łatwo można dostrzec w odniesieniu do polskiej Konstytucji. Jej uchwalaniu bowiem towarzyszyła właśnie taka kompromisowa atmosfera. Widać to po preambule, w której w jednym zdaniu pisze się o tych, którzy źródła wartości moralnych upatrują w Bogu, jak i o tych, którzy tej wiary nie podzielają. Widać to również z zawartych w niej przepisów, wśród których znajdziemy chadecką zasadę dobra wspólnego (art. 1), liberalne gwarancje praw podmiotowych (art. 30-86) oraz, w zależności od interpretacji, socjalistyczny lub chadecki art. 2, na mocy którego Rzeczpospolita Polska ma urzeczywistniać zasady sprawiedliwości społecznej.

Kompromis ten był jednak zawarty wewnątrz tej części elit politycznych, które sprawowały wówczas władzę. Projekt konstytucji został przyjęty głównie głosami rządzącej koalicji SLD-PSL przy niewielkiej większości głosów w Zgromadzeniu Narodowym. Również niewielka była przewaga zwolenników nad przeciwnikami w referendum konstytucyjnym.

Nową ustawę zasadniczą poparło 52,71% głosujących, a frekwencja wyniosła 42,86%.Wynika z tego, że społeczna legitymizacja nowego ustroju państwa była niewielka, zaś konflikt społeczny był widoczny już wtedy.

Wynik referendum oraz to, że ówczesna prawica zrzeszona wokół Ruchu Odbudowy Polski i Akcji Wyborczej „Solidarność” namawiała obywateli do głosowania na „nie”, pokazują, że niecała połowa czynnych politycznie Polaków już w pierwszej chwili pokazała Konstytucji z 1997 roku czerwoną kartkę.

Skoro wojna polsko-polska już wtedy się tliła, rodzi się pytanie, czy ustrojodawca w jakikolwiek sposób zawarł w Konstytucji mechanizmy, które mogłyby przeciwdziałać psuciu kluczowych instytucji państwa przez silną polaryzację społeczną? Moim zdaniem odpowiedź brzmi negatywnie.

Spór o legitymizację

Od 1997 roku konflikt polityczny w Polsce przybrał znacznie na sile i już dawno przestał kwalifikować się do nadania mu miana kontrolowanego. Spirala nadużyć konstytucyjnych, których jesteśmy świadkami, jest po prostu skutkiem zaostrzania się walki politycznej. Na płaszczyźnie metapolitycznej można to uzasadnić opisaną już zależnością między kompromisem a polaryzacją.

Zważywszy na to, że w tle tej polaryzacji kryje się stosunek do PRL i różnica w ocenie procesu wychodzenia z poprzedniego systemu politycznego, wówczas obserwowany w Polsce konflikt jawi się jako spór o legitymizację. Świadczy o tym chociażby język debaty publicznej, który naznaczony jest piętnem wyklinania jednej strony przez drugą.

Skoro jednak walka idzie o zyskanie wyłącznej legitymizacji politycznej, nie powinno dziwić, że strona, która przegrywa w wyborach, traktuje czas spędzony w opozycji na wzór czasu spędzonego pod wrogą okupacją. W takim układzie naruszenie jakiejś reguły przez jedną stronę konfliktu daje drugiej stronie zielone światło do nadużyć jeszcze drastyczniejszych.

Myślę, że ta teza jest jasna na przykładzie aktualnego sporu o sądownictwo. Ażeby się o tym przekonać, wystarczy rozważyć wypadki począwszy od 27 maja 2015 roku. Wtedy to ówczesna koalicja rządząca PO-PSL doprowadziła do uchwalenia przez Sejm nowej ustawy o Trybunale Konstytucyjnym, dzięki której można było obsadzić pięć zwalniających się w tamtym roku miejsc w TK jeszcze przed końcem kadencji dotychczas urzędujących sędziów. O tym, że było to ewidentne naruszenie reguł, wskazywali nawet komentatorzy z mediów zazwyczaj przychylnych ówczesnemu rządowi (przykładem niech będzie niniejszy artykuł Ewy Siedleckiej opublikowany w „Gazecie Wyborczej” 29 maja 2015 roku pod tytułem „Platforma psuje Trybunał Konstytucyjny”). Posunięcia zwycięzców kolejnych wyborów były w swojej naturze analogiczne do tego, co zrobili poprzednicy. Skład Trybunału Konstytucyjnego stał się w wyniku tych wydarzeń przedmiotem walki politycznej. Skoro koalicja PO-PSL postarała się o obsadzenie sądu konstytucyjnego swoimi nominatami i zrobiła to z ewidentnym złamaniem przepisów, druga strona postąpiła tak samo, chcąc mieć pełną możliwość do realizacji własnej wizji.

Mit woli powszechnej

Czy Konstytucja RP daje gwarancję, że istniejący konflikt będzie trzymany w ryzach i nie będzie dawał szansy na destrukcję porządku prawnego? Płonna jest nadzieja na to, że polaryzacja zniknie sama wraz z upływem czasu. Na jej trwanie z kolei, owszem, można zgodzić się, lecz wyłącznie za cenę tolerowania dalszych strat ponoszonych przez całe państwo. Wydaje mi się to nieakceptowane dla każdego obywatela bez względu na jego orientację polityczną. W zaistniałej sytuacji uważam, że jedynym wyjściem z tego pata jest refleksja ustrojowa oraz takie przemodelowanie formy prawnej państwa, żeby wojna polsko-polska nie była w stanie swoimi konsekwencjami rozlewać się na wszystkie najważniejsze instytucje. Stabilizacja jest konieczna. Czy zatem trójpodział władzy w obecnym kształcie ją zapewnia?

Nie sądzę. Politologiczny opis sprawowania władzy w Polsce oraz część przepisów sprawia, że trójpodział w obecnej postaci jest instrumentem fikcyjnym. Wszystkie trzy władze, to jest wykonawcza, ustawodawcza i sądownicza, są bowiem powiązane logiką partyjną. Kandydat na prezydenta jest wysuwany z ramienia partii, rząd jest formowany pod przewodnictwem lidera zwycięskiego ugrupowania, parlament jest kontrolowany przez zwycięską partię, sędziowie Trybunału Konstytucyjnego są powoływani przez partyjny parlament. W jaki sposób w takich warunkach formalna teoria trójpodziału ma się spotkać z empirycznie opisywaną polityką? W jaki sposób ma ona pomóc w stabilizacji systemu instytucjonalno-prawnego przed konfliktem partyjnym? Odpowiedź jest prosta: nie może. Powodem tego jest sama konstrukcja ustrojowa, której formalne zapisy zdają się zupełnie lekceważyć realia procesu politycznego. Przyczyna leży też w teorii filozoficzno-politycznej, która legła u podłoża niemal wszystkich współczesnych państw demokratycznych.

Stanowczą krytykę demokracji liberalnej znajdziemy w pracy „Legalność i prawomocność” Carla Schmitta. Demokratyczno-liberalne państwo prawa, zdaniem niemieckiego prawnika, jest ze swojej natury niewrażliwe na silny konflikt polityczny oraz sytuację stanu wyjątkowego. Jego forma prawna ma być neutralna światopoglądowo i opierać się wyłącznie na pojęciu legalności, przez którą rozumie się zgodność z obowiązującą normą prawną. Normy te są uchwalane przez kompetentny organ prawodawczy, którym jest parlament, w procedurze głosowania. Zasadą decydującą o przyjęciu lub odrzuceniu jakiegoś pomysłu legislacyjnego jest arytmetyczna zasada większości głosów.

Tym jednak, co uzasadnia teoretycznie tę konstrukcję, jest założenie jednolitości zbiorowego suwerena, którym jest naród. Jak zauważa niemiecki filozof: „Jeśli straci ważność przesłanka o bezpośredniej narodowej jednorodności, to pozbawiony przedmiotu i treści funkcjonalizm czysto arytmetycznej większości będzie przeczył neutralności i obiektywności, stanowiąc tylko kwantytatywnie większą lub mniejszą przemoc wobec przegłosowanej, a więc uciśnionej mniejszości”.

Z tych słów dość jasno wynika, że owa narodowa jednorodność jest niczym innym, jak inną nazwą na mit woli powszechnej, który po raz pierwszy pojawia się w „Umowie społecznej” Jana Jakuba Rousseau. Mit ten, choć użyteczny na potrzebny teorii ustrojowej, może doznać zakwestionowania na płaszczyźnie socjologicznej.

Innymi słowy, żeby najwyżsi rangą przedstawiciele państwa byli poważani jako reprezentanci całości, konieczna jest wiara w to, że to wola powszechna przekształcona mocą arytmetyki wyborów, referendów lub głosowań parlamentarnych nadała im to prawo do reprezentacji. Jeżeli to przeświadczenie zostaje zakwestionowane przez konflikt społeczny, najważniejsze urzędy w państwie stają się siłą rzeczy łupem zwalczających się frakcji.

Problem polega na tym, że możliwość tego negatywnego obrotu spraw zupełnie nie jest przez ten pogląd dostrzegana. W wyniku tego założenia system może całkowicie rozejść się z bazą społeczną, co skutkuje zaistnieniem fikcji polityczno-prawnej. Ta teoria tak bardzo zapatrzona jest w normatywną wizję zgodnej i cnotliwej wspólnoty obywatelskiej, że zupełnie nie dostrzega możliwości konfliktu.

Senat: izba pośrednicząca

Jak zatem zagwarantować w ramach ustroju państwa rzeczywistą stabilność i roztoczyć kontrolę nad tymi, którzy władzy chcieliby zbyt wiele? Sam trójpodział władzy nie wystarcza, gdyż został pomyślany przez Monteskiusza jedynie jako instrument rozdzielenia kompetencji już istniejących instytucji.

Przykładem, którego użył, była osiemnastowieczna Wielka Brytania i jej ustrój, na który składał się król, Izba Lordów i Izba Gmin. Z punktu widzenia poruszanego tutaj problemu najważniejszą cechą, która odróżnia tamtą rzeczywistość od naszej, była nie tylko różnica kompetencji, lecz przede wszystkim niemożność wpływania przez jeden element ustroju na skład osobowy drugiego. Wszak za normami prawnymi i prerogatywami zawsze stoją ludzie, którzy podejmują decyzje, a to właśnie na podstawie decyzji przesądza się o kształcie rzeczywistości politycznej.

Inspiracji do rozwiązań powinno się więc szukać w klasycznych koncepcjach rządu mieszanego, który w założeniu miał składać się z pierwiastka monarchicznego, arystokratycznego i demokratycznego. Sednem regimen commixtum było zapewnienie równowagi wewnętrznej w oparciu o rzeczywiście istniejące warstwy społeczne, z których każda miała sprawować jedynie cześć władzy politycznej. Instytucją, którą można z zachowaniem wszelakich proporcji zreformować podług koncepcji rządu mieszanego, jest Senat.

Obecnie celowość izby wyższej parlamentu w Rzeczpospolitej jest co najmniej dyskusyjna. Stu senatorów jest wybieranych co do zasady według tego samego mechanizmu, co reprezentacja sejmowa. Mechanizmem tym są wybory powszechnie, w których najwięcej mandatów zgarnia ta partia polityczna, która otrzyma najwięcej głosów od wyborców. Ponadto, ordynacja większościowa do Senatu powoduje to, że zwycięskie ugrupowanie ma przewagę w izbie niższej i pewną dominację w izbie wyższej. Tym samym Senat okazuje się przedłużeniem Sejmu, a jego jedyna funkcja to przedłużanie prac legislacyjnych. Jeżeli można gdzieś szukać instytucji, która jest bytem stworzonym ponad potrzebę, to polska izba wyższa parlamentu jest najoczywistszym kandydatem do takiego miana.

Obsadzenie Senatu reprezentacją niepartyjną i wybieraną w wyborach pośrednich można przyznać tej instytucji rolę, którą powinna mieć od początku: ciała pośredniczącego, które stanowi o równowadze między władzą wykonawczą a demokratyczną reprezentacją sejmową. Walka międzypartyjna zostałaby zamknięta tylko w jednej instytucji i nie miałaby tym samym możliwości infekować pozostałych obszarów państwa.

Jakie kompetencje powinna mieć ta izba? Jeżeli zachować wybór sędziów Trybunału Konstytucyjnego przez parlament, to należałoby rozdzielić ten proces między Sejm i zreformowany według powyższego wzoru Senat. Zwiększyłoby to szansę na rzeczywistą niezależność jednego z kluczowych sądów w Polsce. Podobne uwagi stosują się również do innych organów wymienionych w Konstytucji, takich jak Rzecznik Praw Obywatelskich lub Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji. Zatwierdzanie wyboru do tych ciał przez obie izby parlamentu, z których jedna nie jest powiązana interesem partyjnym, jest w stanie być mechanizmem osiągania rzeczywistego kompromisu w sferze politycznej oraz bezstronności w sferze personalnej.

W jaki sposób ta izba miałaby być powoływana? Możliwości jest kilka. Jedną z nich stworzenie izby wirylistów. Chodziłoby o zagwarantowanie w Senacie miejsc byłym prezydentom, premierom, prezesom najważniejszych sądów i przewodniczącym innych kluczowych instytucji konstytucyjnych. Chociaż  byłyby to osoby mające za sobą członkostwo w partiach politycznych, ich pozycja jako senatorów zapewniałaby im przestrzeń niezależności w podejmowaniu decyzji.

Inny pomysł został zaproponowany w zeszłym roku przez Kazimierza M. Ujazdowskiego. W myśl jego koncepcji Senat składałby się z 50 senatorów. Wybierałyby ich samorządowe kolegia wyborcze, złożone z samorządowców wszystkich szczebli. Byliby to wójtowie, burmistrzowie i prezydenci miast, starostowie oraz marszałkowie województw, a także radni gminni, miejscy, powiatowi i wojewódzcy. Główną racją reformy Senatu również jest, według Ujazdowskiego, konieczność ograniczenia konfliktu partyjnego poprzez stworzenie ram instytucjonalnych, które wymuszałyby dochodzenie do kompromisu.

W mojej opinii obie te propozycje są interesujące, choć bliżej mi do koncepcji Ujazdowskiego. Jednak każda z nich wciąż daje zbyt małą gwarancję zminimalizowania wpływu partii politycznych na proces legislacyjny. Wydaje mi się, że lepszym pomysłem byłoby skorygowanie samorządowego Senatu poprzez obsadzenie części miejsc reprezentantami senatów uniwersyteckich. Wówczas izba wyższa miałaby skład mieszany samorządowo-merytokratyczny. Dzięki temu obecność głosu eksperckiego byłaby trwale zapewniona, a partie polityczne niemiałby żadnego dostępu do przynajmniej części mandatów senackich.

Tak czy inaczej, wszystkie te trzy propozycje mają na razie charakter szkicowy, jednak stanowią one dobry punkt wyjścia do debaty, którą tym tekstem chcemy rozpocząć. Niezależnie od wad każdego z tych pomysłów, dalsze trwanie przy obecnej konstrukcji Senatu jest pozbawione jakiegokolwiek sensu. Obecnie tę izbę należałoby albo znieść albo zreformować. Reforma jest rozwiązaniem lepszym.

***

Jacek Sokołowski w wywiadzie udzielonym „Gościowi Niedzielnemu” zauważył: „Polska nie funkcjonuje już w systemie, w którym wiemy, co to jest prawo. Straciliśmy podstawowe elementy wyznaczające jego stabilność i pewność”. Z tej diagnozy zestawionej z wyjściowymi rozważaniami o znaczeniu prawa dla polityki wynika, że na poziomie konstytucyjnym istniejemy w stanie anarchii. Trudno inaczej nazwać stan, w którym decyzje podejmują organy, które albo nie mają do tego kompetencji, albo czynią to na podstawie ustaw o dalece spornej legalności. Co więcej, legalności tychże ustaw nie ma kto sprawdzić, gdyż odpowiednie do tego instytucje same stały się przedmiotem kontrowersji personalno-prawnych.

W obliczu tak rysującej się rzeczywistości trzeba stwierdzić, że jeżeli państwo jest to rzeczywiście gromada ludzka złączona prawem dla pożytków płynących ze wspólnego życia, to Rzeczpospolita Polska w obecnej sytuacji jest jedynie tworem quasi-państwowym. Jedynym wyjściem z tego położenia jest reforma konstytucji.

Oczywiście, nie mamy dziś w Polsce momentu konstytucyjnego. Co jednak jest prawdą w sferze empirycznej, to znaczy co do opisu panujących przeświadczeń i poglądów, nie musi mieć tego statusu sferze powinności. Choć moment konstytucyjny nie został rozpoznany z chwilą wysunięcia przez prezydenta propozycji debaty nad ustawą zasadniczą, jest tenże moment potrzebą chwili z punktu widzenia dobra państwa jako takiego.

Utrzymujący się nieład prawny pozostaje na razie na poziomie relacji między głównymi organami trzech władz politycznych: wykonawczej, ustawodawczej i sądowniczej. Nie ma jednak żadnej gwarancji, że erozja systemu nie pójdzie głębiej. Konflikt polityczny w Polsce cechuje bowiem samonapędzająca się logika, a następcy czują się w prawie posuwać jeszcze dalej niż robili to poprzednicy. Jeżeli stan zniszczeń systemu prawnego jest faktycznie tak poważny, jak to opisał wspomniany Jacek Sokołowski, to jedynie ustanowienie go na nowo za pomocą uchwalenia nowej ustawy zasadniczej może doprowadzić do normalizacji stosunków na poziomie ustrojowym.

Na początek warto zacząć od konkretnej propozycji, którą jest reforma Senatu w kierunku uczynienia z izby wyższej pozapartyjnego ciała pośredniczącego. Dalsze trwanie przy demokracji liberalnej nie daje żadnych rozwiązań, które pozwolą na uporanie się z konfliktem społecznym. W rezultacie nie daje też żadnych szans na wyjścia z anarchii prawnej, w którą obecny rząd nas wrzucił. Natomiast bez podjęcia kroków zaradczych wojna polsko-polska będzie szalała w najlepsze. Tylko Rzeczypospolitej szkoda.