Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Anna Czepiel  7 lutego 2019

Homo oeconomicus wyjeżdża z Warszawy. Czy wolnorynkowiec może popierać deglomerację?

Anna Czepiel  7 lutego 2019
przeczytanie zajmie 15 min
Homo oeconomicus wyjeżdża z Warszawy. Czy wolnorynkowiec może popierać deglomerację? www.flickr.com/photos/nanpalmero/

Pozycja Warszawy stała się na tyle „nadzwyczajna” i „niedyskutowalna”, że osoba chcąca wyprowadzić się z powodu niższych kosztów życia do Rzeszowa czy Ełku spotyka się z nietolerancyjnym rechotem przypominającym ten, którym męscy szowiniści drwią z feministek. Przeprowadzka do Warszawy oznacza dziś w domyśle: „tu zamierzamy mieszkać do końca życia, nigdy nie wrócimy do rodzinnego Ełku czy Suwałk, to tutaj będziemy ciułać na dwupokojowe mieszkanie z ciemną kuchnią”. Już mniej wprost: „A potem żądać od rządu, żeby dał nam mieszkanie 4-pokojowe…”. Być może to właśnie ten warszawocentryczny sposób myślenia jest nieracjonalny ekonomicznie, a deglomeracyjny sposób myślenia – myśleniem teoretycznie hołubionych przez ekonomię liberalną „homo oeconomicusów”.

Wysoka cena samodzielności

Ekonomia wolnorynkowa uczy, że człowiek w swoich decyzjach kieruje się własnym rachunkiem zysków i strat. Wybiera to, co będzie najlepsze i najbardziej komfortowe dla niego, a niekoniecznie dla „całego społeczeństwa”. Oczywiście kalkulujący homo oeconomicus nie jest jedynym wymiarem człowieczeństwa. Osiągnięciem klasycznego liberalizmu jest jednak uznanie, że dobro wspólne opiera się na uznaniu jak największej wolności jednostki po to, aby wybierała ona według jej własnego rachunku zysków i strat.

Racjonalnym odruchem homo oeconomicusa jest na przykład chęć wyprowadzenia się tam, gdzie ceny mieszkań i koszty życia są niższe. W Warszawie dwupokojowe mieszkanie bez oddzielnej kuchni kosztuje na obrzeżach miasta 300 000 złotych. Tymczasem w miastach takich jak Rzeszów, Białystok czy Ełk za tę cenę można znaleźć mieszkanie czteropokojowe, w którym bez obaw o ciasnotę może mieszkać cała rodzina, choćby para planująca trójkę dzieci.

Spójrzmy też nie tylko z perspektywy par planujących rodzinę, ale także z punktu widzenia młodej osoby, która chce wyprowadzić się od rodziców. Samodzielne wynajęcie kawalerki w Warszawie, które kosztuje średnio 2000 zł, jest niemożliwe bez stałej, „korporacyjnej” i męczącej pracy z płacą na poziomie 3500 zł netto. Za to w Olsztynie wyfrunięcie z gniazda rodziców kosztuje „tylko” 1000 zł miesięcznie.

W Polsce powstała jednak sytuacja, w wyniku której młody człowiek, zwłaszcza z Polski Wschodniej, nie może postąpić zgodnie z odruchem homo oeconomicusa. Wyzwaniem, które skłania do poważnej dyskusji o deglomeracji jest koncentracja niemal wszystkich miejsc pracy w niektórych obszarach (choćby w mediach czy administracji rządowej) w jednym mieście, a więc stolicy.

Opresyjna kultura warszawocentryzmu

Symboliczną, ale niebagatelną barierą jest zaś rechot i – kolokwialnie mówiąc – „pukanie się w głowę” jako główne reakcje otoczenia na zapowiedź o nieplanowaniu przyszłości w Warszawie.

Doświadczyłam tej sytuacji osobiście. W 2015 roku nie otrzymałam kredytu na 23-metrowe mieszkanie na warszawskiej Białołęce. Wtedy spojrzałam na ogłoszenia mieszkaniowe z całej Polski i uznałam, że przecież gdybym wyprowadziła się do Ełku czy Elbląga, mogłabym wynająć – czy nawet kupić – mieszkanie za przysłowiowe „półdarmo”.

„Ale dlaczego ty chcesz mieszkać w małym mieście, skoro mieszkamy w Warszawie? Dlaczego chcesz wynajmować mieszkanie w jakimś miasteczku, zamiast zbierać na normalne mieszkanie w Warszawie?” – takimi zdaniami można streścić reakcję moich rodziców.

Wielokrotnie obserwowałam też borykanie się moich warszawskich znajomych z kwestiami takimi jak wysoki kredyt, wysoki wkład własny i zaświadczenia o zarobkach. Wśród znajomych przeważa tendencja do odkładania wyprowadzki od rodziców w nieskończoność z tych właśnie powodów.

Dobrze zarabiająca para 35-latków przez pewien czas mieszkała z małym dzieckiem w mieszkaniu 24-metrowym z kuchnią w przedpokoju. Młode, pracujące małżeństwo po piętnastu latach związku dopiero z pomocą rodziców panny młodej wyprowadziło się i zamieszkało na deweloperskim eleganckim osiedlu na Bemowie. Dla „bezpieczeństwa” rodzice pomogli w zakupie mieszkania dopiero po ślubie młodych. Nikt ze znajomych – wspomnianych par oraz singli nadal mieszkających z rodzicami – nie wpadł na pomysł, że może zamiast tkwić w „klitce”, wyprowadzą się do mniejszego miasta.

Nie chodzi o jakieś ograniczenie intelektualne – po prostu nawet jeżeli mieli takie racjonalne ekonomicznie myśli, sądzę, iż wiedzieli, że wypowiedzenie ich na głos spotka się z ostracyzmem. Byli ograniczeni przez presję społeczną. Nawiasem mówiąc, osoby, o których wspominam, pracowały w zawodach, w których raczej bez problemu znalazłyby pracę w miastach innych niż Warszawa.

Nieracjonalna presja

Oczywiście można powiedzieć, że w opisanych przypadkach miała miejsce postawa homo oeconomicusa: innymi słowy, podejmując decyzję ekonomiczną, muszę włączyć reakcję otoczenia w rachunek zysków i strat. W moim przypadku dokonałam kalkulacji i okazało się, że korzyści finansowe są przewyższane przez zbyt dużą „stratę” w postaci braku akceptacji mojego wyboru przez rodzinę. Jednak w głębi duszy nadal mam poczucie niesprawiedliwości i przekonanie, że nie mogłam postąpić jak prawdziwy homo oeconomicus.

Moja decyzja została na nielogiczny sposób ograniczona. Gdyby przecież tej presji społecznej nie było, chętnie zamieszkałabym w małym mieście – tak samo jak w Belgii nie jest powodem do rechotu mieszkanie w 100-tysięcznym uniwersyteckim mieście Leuven.

Ujmując sprawę inaczej: problemem nie jest to, że „mieszkanie w Warszawie” jest w Polsce w zwyczajny sposób postrzegane jako rozsądniejsze, bo jest tu więcej możliwości zatrudnienia czy więcej możliwości kontaktów zawodowych. Takie „zwyczajne” ocenianie Warszawy dopuszczałoby jeszcze otwartość na inne argumenty, słynną liberalną tolerancję. Potencjalny rozmówca uznałby osobę wyprowadzającą się do Ełku za kogoś, kto dokonał w miarę normalnego wyboru, mimo że sam miałby inne zdanie.

Mam na myśli inne zjawisko: pozycja Warszawy stała się na tyle „nadzwyczajna” i „niedyskutowalna”, że osoba chcąca wyprowadzić się z powodu niższych kosztów do Rzeszowa czy Ełku spotyka się z nietolerancyjnym rechotem – przypominającym ten rechot, którym męscy szowiniści drwią z feministek.

Od dawna, jeszcze zanim w przestrzeni publicznej zaczęto śmielej wspominać o tym pomyśle, kibicuję idei deglomeracji, która – mimo że dzisiaj przejmowana przez różnych polityków – ma swoje oddolne i bezpartyjne źródła. Czynię to między innymi właśnie motywowana między innymi własnym, czysto prywatnym interesem, który jednak łączy się z dobrem wspólnym. Po ludzku mi smutno, że być może dojdzie kiedyś do sytuacji, kiedy w Ełku czy Legnicy nie zostanie ani jeden młody człowiek.

Czy urzędnicy marzą o międzymiastowych podróżach?

To właśnie przeniesienie niektórych urzędów centralnych do miast innych niż Warszawa – niekoniecznie nawet małych miasteczek takich jak Ełk, lecz na przykład do Krakowa, Białegostoku, Olsztyna czy Torunia – dałoby znak, że niewyjeżdżanie z rodzinnego miasta niebędącego Warszawą czy też mobilność młodych osób w kierunku miast o niższych kosztach mieszkania, stanowi normalne zachowanie poczytalnego człowieka, zachowanie homo oeconomicusa.

Z tej perspektywy chciałabym krytycznie odnieść się do analizy mojego kolegi Rafała Trzeciakowskiego pt. „Deglomeracja – kosztowna redystrybucja prestiżu”. Głównym argumentem przeciwko deglomeracji zdaje się dla Trzeciakowskiego to, że urzędnicy hedonistycznie rozsmakują się w podróżach po kraju („fundowanie urzędnikom kosztownych podróży po kraju”) oraz że deglomeracja „będzie prowadziła do lokalizowania poszczególnych urzędów według potrzeb wyborczych i lobbingu”.

Po pierwsze, w analizie nie podano prognoz, czy w świetle budżetu państwa koszt urzędniczych podróży naprawdę zwiększy się o istotny odsetek. Przemawia to za nazwaniem tekstu bardziej publicystyką aniżeli analizą ekonomiczną. W argumencie „kosztownych podróży” pobrzmiewa zresztą sposób myślenia, według którego należy maksymalnie oszczędzać na reprezentacyjnym charakterze państwa (co doprowadziło do katastrofy lotniczej pod Smoleńskiem).

Po drugie, zwróćmy uwagę, że „obawa”, iż urzędy centralne będą rozmieszczane „według potrzeb wyborczych i lobbingu” oznacza obawę przed tym, że (pomijając skojarzenie słowa „lobbing” z nieuczciwymi działaniami) urzędy będą lokalizowane według tego, czego chcą wyborcy, na przykład władze i pracownicy lokalnych przedsiębiorstw czy uczelni wyższych.

Nie wiadomo, dlaczego lokalizowanie urzędów centralnych poza Warszawą według potrzeb mieszkańców miałoby być czymś złym, skoro jednocześnie Trzeciakowski mówi, że polityka powinna być „bliżej obywateli”.

Wydaje się, że mamy tu do czynienia z selektywnym traktowaniem wpływu obywateli: decentralizacja oznaczająca „przenoszenie decyzji na niższy poziom administracji, bliżej obywateli” jest dobra (tutaj zgadzam się z Trzeciakowskim) – natomiast niebezpieczne jest akurat to, że w swoim zaangażowaniu obywatelskim ludzie chcieliby właśnie przeniesienia konkretnych urzędów poza Warszawę.

Wreszcie argument trzeci, który wydaje się najbardziej wymyślony na siłę: „Można się spodziewać, że deglomeracja pogłębi problem silosowości administracji publicznej. Już dzisiaj często zwraca się uwagę, że poszczególne urzędy i ministerstwa w niewielkim stopniu współpracują ze sobą. Jeżeli taki problem zachodzi, kiedy wszystkie zlokalizowane są w Warszawie, to zlokalizowanie ich w różnych miastach kraju prawdopodobnie pogłębi problem” – brzmi zakończenie analizy.

Skoro urzędy nie współpracują ze sobą mimo tego, że wszystkie są usytuowane w Warszawie, problem wynika zapewne z innych przyczyn niż (jakiekolwiek) usytuowanie. Można się domyślać, że przyczyną jest lenistwo i nieprofesjonalność urzędników. Pokonanie tych psychologicznych przyczyn sprawi, że urzędy będą bardziej ze sobą współpracować niezależnie od tego, czy wszystkie będą umieszczone w Warszawie, czy też niektóre z nich będą w Krościenku nad Dunajcem. Zwłaszcza w czasach Internetu…

Wydaje się zatem, że Trzeciakowski krytykuje deglomerację dla samej zasady, że ingerencja państwa jest zła. Oczywiście krytykowanie ingerencji państwa jest zgodne z liberalną filozofią, według której działa Forum Obywatelskiego Rozwoju. Tyle tylko, że jednocześnie – o ile dobrze kojarzę na podstawie ponad dziesięciu lat współpracy z FOR – Fundacja nie wyznaje skrajnego poglądu, według którego nie powinny istnieć żadne społeczno-ekonomiczne polityki państwa. Wręcz przeciwnie – działalność FOR w dużej mierze polega właśnie na sugerowaniu państwu pewnych polityk!

Deglomeracja lepsza od interwencjonizmu

Wiele analiz FOR – w tym doniosły raport „Następne 25 lat” – zawiera propozycje instrumentów, za pomocą których państwo mogłoby systemowo wspierać aktywność ekonomiczną i dobrobyt mieszkańców Polski. Przykładem jest postulat podniesienia wieku emerytalnego oraz zwiększenia kwoty wolnej od podatku na umowie o pracę. Sądzę, że deglomeracja jest właśnie tego rodzaju subtelną sugestią w ramach polityki publicznej, która może zmienić omawiany – wykraczający poza ekonomiczną racjonalność, w tym kwestię ochrony komfortu życia, a zamiast tego: nacechowany negatywnymi emocjami – sposób myślenia o miastach innych niż Warszawa.

Wolnorynkowy ekonomista powinien pamiętać o tym, że właśnie taka subtelna sugestia państwa, której skutkiem będzie dowartościowanie małych miast (a raczej: wszelkich miast innych niż Warszawa) w powszechnej wyobraźni politycznej jest sposobem na uniknięcie wprowadzania przez państwo o wiele mniej subtelnych, ściśle interwencjonistycznych projektów, takich jak „Mieszkanie Plus” czy dopłaty do wynajmu.

W sytuacji, kiedy deglomeracja nie zostanie przeprowadzona – i nie chodzi mi o samo przeniesienie urzędów, ale o „deglomerację sposobu myślenia”, w tym również o decentralizację – obywatele mogą żądać od państwa, aby w ramach „Mieszkania Plus” budowane były mieszkania w Warszawie.

Tymczasem rozwiązanie problemu mieszkaniowego młodych Polaków (według Eurostatu w 2017 r. 45% Polaków wieku 25-34 lat mieszkało nadal z rodzicami) mogłoby polegać na tym, że zamiast budowania mieszkań przez państwo Polacy wyprowadziliby się tam, gdzie najem lub zakup mieszkania nie rujnuje budżetu młodego człowieka. Oczywiście wyprowadziliby się tylko wtedy, gdyby mieli szansę znaleźć pracę w zawodach do których aspirują i nie groziłoby im uznanie za wariatów.

Deglomeracja jako subtelna sugestia może dowartościować homo oeconomicusa, który chce się wyprowadzić tam, gdzie jest tanio – inaczej niż programy typu „Mieszkanie dla Młodych” i „Mieszkanie Plus”. Na takiej samej zasadzie, jak proponowana przez FOR podwyżka kwoty wolnej od podatku na umowie o pracę może subtelnie zachęcić ludzi do pracy – inaczej niż ogłaszanie robót publicznych czy jakiegoś „Narodowego Programu Zatrudnienia”.

Deglomeracja to nie walka z aglomeracjami

Nie neguję tego, że – jak pisze Trzeciakowski – gospodarka ma naturalną tendencję do koncentrowania się w dużych ośrodkach miejskich, a Polska pod względem urbanizacji stoi niżej niż kraje OECD. „Polska pozostaje relatywnie mało zurbanizowana na tle krajów OECD, w tym na tle często przywoływanych w dyskusji o deglomeracji Niemiec. Tylko 56% Polaków mieszka na obszarach miejskich o populacji 50 000 osób i większej, wobec 74% Niemców czy Amerykanów” – przekonuje ekonomista FOR.

Ale autor jest w błędzie, jeżeli sądzi, że tą krótką wypowiedzią pokonał argumenty o potrzebie deglomeracji na wzór Niemiec (w których, dla przykładu, sąd konstytucyjny jest zlokalizowany w Karlsruhe). Jest pewna różnica między tym, że więcej osób powinno mieszkać w miastach liczących 50 000. mieszkańców, a presją społeczną, aby wyjechać z Suwałk czy Białegostoku do Warszawy.

Owszem, Trzeciakowski dodaje jeszcze informację o dużych metropoliach. Pisze, że „30% mieszkańców Niemiec mieszka w na dużych obszarach metropolitarnych powyżej 1,5 mln mieszkańców, wobec jedynie 15% mieszkańców Polski (Warszawa i Katowice)”.

Mimo chęci autora analizy, argument o potrzebie deglomeracji na wzór Niemiec nadal nie jest zbity, ponieważ w tym przytoczeniu statystyk pominięty zostaje – istotny zarówno dla decyzji gospodarstw domowych, jak i makroekonomii – fakt, że w Niemczech jest dużo więcej ośrodków, które liczą ok. 1,5 mln faktycznych mieszkańców: Berlin, Monachium, Kolonia, Heidelberg, Frankfurt nad Menem, Hanower czy aglomeracja Zagłębia Ruhry (której największymi miastami są Essen, Bochum i Dortmund).

Podobne zastrzeżenia dotyczą opublikowanej 31 stycznia drugiej analizy Trzeciakowskiego pt. „Mit niemieckiej deglomeracji”. Po pierwsze, głównym argumentem mającym świadczyć o fikcyjności niemieckiej deglomeracji jest to, że nie była ona wynikiem przemyślanej polityki rządu, ale stanowiła konsekwencję wydarzeń historycznych, m.in. późnego zjednoczenia Niemiec i powojennego podziału tego kraju. To prawda, ale traktowanie tej nieumyślności deglomeracji jako najważniejszego argumentu sprawia, że głównym przesłaniem analizy staje się zakaz umyślnej polityki deglomeracyjnej dla samej zasady. Tymczasem niemiecka deglomeracja, nawet jeżeli dokonała się z innych przyczyn, jest rzeczywistością – i ta rzeczywistość może stanowić inspirację dla innych państw.

Po drugie, według Trzeciakowskiego o niepowodzeniu niemieckiej deglomeracji świadczy to, że „w ostatnich 16 latach obszary miejskie powyżej 400 tys. mieszkańców wzrosły w Niemczech o 1,2 mln, podczas gdy te o populacji 250-399 tys. osób skurczyły się o 0,4 mln”. Sądzę, że nie jest to argument przeciwko deglomeracji, gdyż w przeciwieństwie do Polski, w Niemczech istnieje dużo ważnych równych sobie ośrodków miejskich powyżej 400 tys. mieszkańców. Wygląda jednak na to, że celem, dla którego autor analizy przytoczył dane o rosnących dużych miastach, nie jest sformułowanie przez czytelnika powyższego wniosku o licznych ośrodkach, ale wzbudzenie w nim przekonania o nienaturalności tego, że ważne sprawy mogłyby dziać się poza Warszawą.

Nastrojem tekstu Trzeciakowskiego jest bowiem pewne… współczucie dla Berlina, że doszło do pewnego wynaturzenia, w wyniku którego nie wszystko w Niemczech mieści się w stolicy: „Po wojnie Berlin Zachodni został odcięty od reszty Niemiec Zachodnich, przez co utracił dotychczasowe funkcje polityczne i gospodarcze. Przykładowo przed wojną lotnisko w Berlinie było największym hubem lotniczym w Europie Zachodniej. Po wojnie hub przeniósł się jednak do Frankfurtu, w którym w tamtym czasie armia amerykańska utworzyła swoją główną bazę lotniczą w Europie. Dzisiaj Niemcy są jedynym krajem Europy Zachodniej w którym największe lotnisko nie jest zlokalizowane w największym mieście. Po zjednoczeniu Niemiec przeniesienie hubu lotniczego z powrotem do Berlina okazało się zbyt drogie ze względu na konieczność ponownego poniesienia w Berlinie kosztów poniesionych już wcześniej we Frankfurcie. Podobnie po wojnie branża bankowa przeniosła się z Berlina do Frankfurtu, branża ubezpieczeniowa i przetwórstwo przemysłowe do Monachium, a przemysł wydawniczy do Hamburga” – ubolewa ekonomista.

Więcej różnorodności!

Innymi słowy: w mojej polemice nie chodzi o bronienie tezy, aby dużych ośrodków metropolitalnych było jak najmniej, ale o to, żeby była większa różnorodność aglomeracji, aby nie była to tylko Warszawa. Tymczasem w Polsce, w przeciwieństwie do Niemiec, presja społeczna i coś w rodzaju „powszechnej wyobraźni” ponad miarę dowartościowuje Warszawę. To właśnie z powodu tej presji komunistyczny rząd w 1945 roku nie zdecydował się na przeniesienie stolicy do Łodzi, mimo że Warszawa była w 80% zniszczona; to właśnie decyzja o odbudowaniu Warszawy uczyniła ją – choć tu sięgamy już sądów estetycznych – miastem sztucznym i nieprzyjaznym.

Właśnie po następującym zdaniu Trzeciakowskiego: „Deglomeracja, rozumiana jako przenoszenie urzędów centralnych z Warszawy do małych miast, jest błędnym kierunkiem. Spowolni rozwój Warszawy i osłabi jej międzynarodową konkurencyjność, jednocześnie nie sprawiając, że młodzi przestaną wyjeżdżać z mniejszych miejscowości” widać – mimo że marginalnie w analizie wspomniane są także Katowice – że Trzeciakowski broni przede wszystkim tej zasługującej na troskę Warszawy, która powinna być coraz silniejsza.

Owszem, Trzeciakowski słusznie ocenia, że dużo ludzi wyjeżdża nie do Warszawy, ale poza granice Polski, np. do Londynu czy Amsterdamu Wciąż jednak są to często wyjazdy na jakiś czas, aby zarobić pieniądze, które są nieosiągalne przy polskich poziomach wynagrodzeń. Przeprowadzka do Warszawy oznacza zaś w domyśle: tu zamierzamy mieszkać do końca życia, nigdy nie wrócimy do rodzinnego Ełku czy Suwałk, to tutaj będziemy ciułać na dwupokojowe mieszkanie z ciemną kuchnią. A potem żądać od rządu, żeby dał nam mieszkanie 4-pokojowe…

Być może to właśnie ten warszawocentryczny sposób myślenia jest nieracjonalny ekonomicznie, a deglomeracyjny sposób myślenia – myśleniem (teoretycznie hołubionych przez ekonomię liberalną) „homo oeconomicusów”.

Nie chcę stosować tu sztampowego rozróżnienia na rozum i emocje, lecz chodzi mi o to, że irracjonalność i emocjonalność „presji na Warszawę” jest, ze względu na przychodzenie do jednostki z zewnątrz, czymś mniej dla niej racjonalnym niż zarówno niższe koszty mieszkania w małym mieście, jak i sentyment jednostki do danego miasta.

Przykładem z jednego z tekstów o deglomeracji, który zapadł mi w pamięć, jest informacja, że redakcja niemieckiego „Handelsblattu”, opiniotwórczego dziennika gospodarczego, ma siedzibę w 600-tysięcznym Düsseldorfie, a nie w Berlinie. Chciałabym obudzić się kiedyś w Polsce i spostrzec, że nikogo nie dziwi, że redakcja jednego dużego dziennika ma siedzibę w Poznaniu, a drugiego – w Białymstoku.