Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Andrzej Kohut  22 listopada 2018

Kogo obchodzi śmierć dziennikarza? Trudna przyjaźń USA i Arabii Saudyjskiej

Andrzej Kohut  22 listopada 2018
przeczytanie zajmie 7 min

W kontaktach z Arabią Saudyjską Amerykanie nigdy nie byli drobiazgowi.  Nie przejmowali się zbytnio brakiem praw kobiet w tym kraju. Nie martwiła ich kara śmierci, którą saudyjskie sądy orzekają nawet 150 razy w roku za przestępstwa takie jak ateizm, homoseksualizm czy cudzołóstwo. Egzekucje często odbywają się publicznie, a popularną formą jest ścięcie głowy mieczem. Amerykanie nie przejęli się dostatecznie nawet wtedy, gdy wśród 19 zamachowców z 11 września znalazło się 15 obywateli Arabii Saudyjskiej. Niezbyt stanowcza reakcja prezydenta Trumpa na śmierć Dżamala Chaszukdżiego nie wydaje się na tym tle wyjątkowa.

Tę historię śledzi od kilku tygodni cały świat. Dżamal Chaszukdżi, saudyjski dziennikarz, wszedł do konsulatu swojego państwa w Stambule i nikt go już więcej nie zobaczył. Miał złe przeczucia. Wiedział, że władze Arabii Saudyjskiej nie darzą go sympatią po jego krytycznych publikacjach na temat polityki Rijadu. Nie mógł jednak podejrzewać, że z urzędowej placówki, leżącej w dodatku na terytorium Turcji, nie wyjdzie już żywy.

Nie wiemy dokładnie co się stało. Gospodarze budynku, w którym zniknął Chaszukdżi, plączą się w zeznaniach. Przyszedł, załatwił co miał załatwić i wyszedł. Zginął podczas przesłuchania, które wymknęło się spod kontroli. Zginął w wyniku bójki na pięści. Mogło dojść do zaplanowanego morderstwa. Strona saudyjska udzieliła już kilku rozmaitych wyjaśnień i choć te ostatnie brzmią już bardziej prawdopodobnie od tych składanych miesiąc temu, szczegółów wciąż brakuje.

Z ustaleń tureckich śledczych wiemy już, że tego dnia w Stambule pojawiła się kilkunastoosobowa grupa specjalna, której celem była likwidacja dziennikarza. Chaszukdżi najprawdopodobniej został zaatakowany chwilę po tym, jak znalazł się na terytorium konsulatu. Jego ciało najprawdopodobniej zostało rozpuszczone w kwasie. Ślady żrącej substancji odnaleziono później w konsulacie i na tej podstawie zakończono poszukiwanie zwłok.

Ameryka się waha

„Rozmawiałem telefonicznie z królem Arabii Saudyjskiej, stanowczo zaprzeczył, by cokolwiek o tym wiedział” – mówił Donald Trump w rozmowie z dziennikarzem BBC krótko po tym, jak zniknięcie Chaszukdżiego stało się medialnym tematem. Prezydent zdawał się akceptować te deklaracje, co wzbudziło falę krytyki. Jak przywódca największej na świecie demokracji może w imię interesów przymykać oczy na tak rażącą zbrodnię? Czy to oznacza koniec USA jako światowego policjanta? A może to tylko Trump nie posiada odpowiedniego kręgosłupa moralnego?

Cóż, w kontaktach z Arabią Saudyjską Amerykanie nigdy nie byli drobiazgowi.  Nie przejmowali się zbytnio brakiem praw kobiet w tym kraju – dopiero w tym roku Saudyjki otrzymały przywilej… samodzielnego prowadzenia samochodu, co uznano za ogromną liberalizację panujących tam zasad. Nie martwiła ich kara śmierci, którą saudyjskie sądy orzekają nawet 150 razy w roku za przestępstwa takie jak ateizm, homoseksualizm czy cudzołóstwo. Egzekucje często odbywają się publicznie, a popularną formą jest ścięcie głowy mieczem. Amerykanie nie przejęli się dostatecznie nawet wtedy, gdy wśród 19 zamachowców z 11 września znalazło się 15 obywateli Arabii Saudyjskiej. Niezbyt stanowcza reakcja prezydenta Trumpa nie wydaje się na tym tle wyjątkowa.

Powstaje pytanie: skąd ta pobłażliwość? Albo raczej: jak duże interesy mają USA w Arabii Saudyjskiej, że skłonni są nie pytać o brak poszanowania praw człowieka w despotycznej monarchii? Odpowiedź jest wiadoma. Duże. A nawet większe, niż się powszechnie sądzi.

Filary współpracy

Amerykanie niedawno wskoczyli na fotel lidera światowej produkcji ropy. Sam stan Teksas produkuje jej tyle, że gdyby był osobnym państwem, zajmowałby w tym zestawieniu czwarte miejsce. To jednak nie oznacza, że Waszyngton może się przestać troszczyć o zagraniczne zasoby – Amerykanie wciąż konsumują więcej niż wydobywają. A w dobie sankcji nałożonych na Iran, które wykluczają możliwość zakupu w tym kraju, czy drastycznych spadków produkcji w objętej kryzysem Wenezueli, dobre relacje z innymi dużymi graczami stają się kluczowe. Zaś na podium, tuż za plecami USA znajdują się Rosja i właśnie Arabia Saudyjska. I choć Ameryka jest dziś o wiele mniej zależna od saudyjskiej ropy, z całą pewnością nie może tych złóż pominąć w swoich kalkulacjach. W 2017 Arabia Saudyjska pozostawała drugim po Kanadzie największym dostarczycielem ropy do USA, odpowiadając za mniej więcej 1/8 ilości tego surowca, którą Amerykanie są zmuszeni importować.

„Nie podoba mi się koncepcja zatrzymania inwestycji za 110 miliardów dolarów” –mówił prezydent Trump odpowiadając na sugestię, że powinien bardziej stanowczo zareagować na postępowanie Saudyjczyków. „Oni powiedzą: Ok, nie kupimy od Boeinga, Lockheeda czy Raytheon. Kupimy od Rosjan. Kupimy od Chińczyków” – dodawał. Trump odniósł się w ten sposób do umowy na sprzedaż broni, umowy którą uzgodnił podczas swojej pierwszej zagranicznej podróży w roli prezydenta. Podróży do Arabii Saudyjskiej. Saudyjczycy od lat kupują amerykańską broń i to w rekordowych ilościach – są największym zewnętrznym odbiorcą produktów zbrojeniówki z USA. Mogą sobie na to zresztą pozwolić. Arabia Saudyjska dysponuje trzecim co do wielkości budżetem na obronność. Więcej wydają tylko Amerykanie i Chińczycy. Nawet Rosjanie zostali w tyle.

Zależności między obydwoma krajami jest więcej. Saudyjczycy chętnie kupują papiery wartościowe emitowane przez Departament Skarbu USA, a łączna wartość posiadanego przez nich pakietu to prawie 170 mld dolarów. I choć to stosunkowo niewiele – jeśli zestawić to z bilionowymi posiadanymi przez Chiny czy Japonię – to gdyby Rijad postanowił z dnia na dzień wyprzedać posiadane papiery, mogłoby to Amerykanów zaboleć. Wydaje się jednak mało prawdopodobne, żeby do takiej sytuacji miało dojść, ponieważ istnieje jeszcze jeden fundament wzajemnej relacji obu państw: wspólny wróg.

Bliskowschodnia układanka

Tym wrogiem jest Iran. Dla Saudyjczyków to największy przeciwnik w regionie, z którym od lat prowadzi swego rodzaju zimną wojnę. Polega ona na tym, że jedni i drudzy angażują się po przeciwnych stronach lokalnych konfliktów od Syrii po Jemen. Dzięki temu Arabia Saudyjska jest idealnym partnerem dla administracji Trumpa, która zdecydowała się zwiększyć presję na Iran, dążąc najprawdopodobniej do zmiany władzy w tym państwie. Konflikt z Saudyjczykami oznaczałby prawdopodobnie klęskę prezydenckich planów. Dodatkowo, na podtrzymanie sojuszu naciska najważniejszy partner USA w regionie czyli Izrael. „Iran to większe zagrożenie” – przypominał, już po tym jak potwierdziła się informacja o śmierci Chaszukdżiego, premier Izraela Binjamin Netanjahu.

Nad uspokojeniem Amerykanów pracują też z całą pewnością lobbyści w Waszyngtonie. Tu najwięcej do powiedzenia ma z pewnością Izrael, ale i Arabia Saudyjska nie zaniedbuje pracy u podstaw z politykami Kongresu. Tylko w tym roku wydali przynajmniej 6 milionów dolarów na działania promujące ich punkt widzenia w amerykańskiej stolicy. Według Foreign Influence Transparency Initiative w 2017 roku lobbyści Saudyjczyków dotarli do około 200 członków kongresu, w tym do wszystkich senatorów.

Książę

Nie można zapomnieć też o przyjaźni, którą Trump nawiązał poprzez swojego zięcia i doradcę z saudyjskim następcą tronu, Mohammedem bin Salmanem. Mohammed bin Salman, nazywany MBS, to niezwykła postać w najnowszej historii Arabii Saudyjskiej. Jest symbolem nowego pokolenia w kręgach władzy, bo od lat 50. Arabią Saudyjską rządzili kolejni synowie króla-założyciela Abdulaziza. MBS przerwał tę sekwencję, przekonując swojego ojca, króla Salmana, do zmiany sposobu dziedziczenia władzy. To zresztą kwestia formalna, bo faktyczną władzę MBS w dużym stopniu sprawuje już teraz.

Jest bardzo ambitny. Chce przyciągnąć inwestorów do Arabii Saudyjskiej i w tym celu zainicjował projekt budowy super-miasta większego niż Dubaj. Walczy z korupcją w sposób drastyczny. Na przykład uwięził największych saudyjskich bogaczy w hotelu Ritz-Carlton w Rijadzie i zapowiedział, że nie wypuści ich, aż podzielą się z władzą tym, co w nieuczciwy sposób zyskali. Nie przyniosło mu to najlepszej prasy na świecie, ale cel osiągnął. Chciałby też otworzyć wyjątkowo konserwatywną Arabię Saudyjską na nowe trendy – stąd między innymi prawo prowadzenia samochodów dla kobiet. Dla swoich planów biznesowych i politycznych bardzo potrzebuje współpracy z Amerykanami i być może tu leży wyjaśnienie hojnych zamówień na uzbrojenie, złożonych na samym początku prezydentury Trumpa. Mogła to być po prostu inwestycja w dobre relacje na przyszłość. Pojawił się jednak pewien problem.

„Powiedz swojemu szefowi, że zadanie wykonane” – powiedział przez telefon jeden z piętnastu napastników, którzy przylecieli do Stambułu zabić Chaszukdżiego. Nagranie z tej rozmowy ujawniły niedawno tureckie służby. Brak na to dowodów, ale istnieje poważne podejrzenie, że wspomnianym „szefem” był książę Mohammed bin Salman.

Presja opinii publicznej, a także nowe dowody pojawiające się w sprawie śmierci Dżamala Chaszukdżiego spowodowały, że prezydent Trump zaczął bardziej stanowczo formułować swoje opinie na temat tej sprawy, a także domagać się wyjaśnień od strony saudyjskiej. Administracja Trumpa zdecydowała się też nałożyć sankcje na 17 osób – członków 15-osobowego składu, który pozbawił życia dziennikarza, konsula saudyjskiego w Stambule i jednego z doradców księcia Mohammeda. Wszystkie te osoby zostały już wcześniej wskazane jako winne przez Saudyjczyków i zatrzymane. Rijad poinformował też, że pięciu z nich może czekać kara śmierci.

Wydaje się, że zarówno sankcje po jednej stronie, jak i surowe wyroki po drugiej, mają podobny cel: zaspokoić głód sprawiedliwości światowej opinii publicznej, czyniąc jednocześnie jak najmniejszą szkodę wzajemnym relacjom. Chodzi o to, by winę przypisać bezpośrednim sprawcom i odwrócić pytania o to, kto zdecydował o śmierci Chaszukdżiego.

Wzajemne relacje USA z Arabią Saudyjską przeżywają kryzys PR-owy, ale fundamenty tego sojuszu są bardzo trwałe. Najprawdopodobniej więc skończy się na kilku groźnych i stanowczych deklaracjach, kolejnych zapewnieniach Saudyjczyków, że nikt o niczym nie wiedział i ewentualnie kolejnych, pomniejszych sankcjach. A później, o ile nie pojawi się dowód na osobistą decyzję księcia o morderstwie, sprawy znów pobiegną swoim torem.