Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Andrzej Kohut  17 grudnia 2017

Wewnętrzne motywacje, międzynarodowe konsekwencje. Dlaczego Trump przenosi ambasadę do Jerozolimy?

Andrzej Kohut  17 grudnia 2017
przeczytanie zajmie 5 min
Wewnętrzne motywacje, międzynarodowe konsekwencje. Dlaczego Trump przenosi ambasadę do Jerozolimy? www.flickr.com/photos/83057948@N07/

„Podczas, gdy poprzedni prezydenci składali takie obietnice podczas kampanii, ale ponosili klęskę w ich wypełnianiu, ja dziś swoją obietnicę wypełniam”- powiedział Donald Trump, oświadczając, że Stany Zjednoczone uznają Jerozolimę za stolicę Izraela, a amerykańska ambasada zostanie wkrótce przeniesiona do tego miasta. Gdy w czerwcu, wzorem swoich poprzedników, odroczył realizację decyzji Kongresu sprzed 22 lat, spotkała go fala krytyki i ponadpartyjna rezolucja Senatu wzywająca go do realizacji kampanijnej obietnicy. Adresatem tego posunięcia miała być więc przede wszystkim krajowa opinia publiczna, a nie społeczność międzynarodowa.

Historia problemu

Plan ONZ z 1947 roku zakładał, że po wycofaniu wojsk brytyjskich, które przez 30 lat stabilizowały sytuację w regionie, Jerozolima znajdzie się pod międzynarodowym zarządem, by w ten sposób nie doszło do sporu o przynależność państwową miasta. Już rok później wybuchła wojna pomiędzy powstającym właśnie Izraelem a otaczającymi go państwami arabskimi. W jej wyniku Jerozolima została podzielona – część zachodnia trafiła pod panowanie izraelskie, wschodnia zaś przypadła Jordanii. Pierwotny plan upadł.

20 lat później, w roku 1967, Izrael podczas trwającej zaledwie sześć dni wojny odniósł zwycięstwo nad arabskimi rywalami, a owocem sukcesu było między innymi zajęcie całej Jerozolimy. ONZ domagała się od Izraela zrzeczenia się nabytków terytorialnych, ale te wezwania nie odniosły skutku. Od tego momentu społeczność międzynarodowa uznaje część Jerozolimy za terytorium okupowane, a problem tego miasta pozostaje poważną przeszkodą w pokojowych negocjacjach na Bliskim Wschodzie.

Rzecz skomplikowała się jeszcze bardziej w 1980 roku, kiedy Izrael uznał zjednoczoną Jerozolimę za stolicę państwa. Ten akt został potępiony specjalną rezolucją ONZ jako pogwałcenie prawa międzynarodowego. Państwa, które dotąd miały swoje ambasady w Jerozolimie, przeniosły je do Tel-Awiwu.

Poważny zwrot akcji nastąpił w roku 1995. Wówczas amerykański Kongres uchwalił Jerusalem Embassy Act zobowiązujący rząd do przeniesienia amerykańskiej ambasady z Tel-Awiwu do Jerozolimy. Ustawa zawierała jednak pewną furtkę: prezydent może podpisać odroczenie, które odsuwa realizację woli Kongresu o sześć miesięcy. Jednocześnie ustawa nie precyzowała ile razy takie odroczenie może zostać podpisane. Przez 22 lata kolejni prezydenci nie wahali się korzystać z tego rozwiązania, uważając, że sprawa ambasady tylko zaogni sytuację w regionie i uniemożliwi dalsze rozmowy pokojowe. Wydawało się, że ten stan rzeczy będzie trwał. Tymczasem 6 grudnia prezydent Donald Trump oświadczył, że nadszedł czas na zrealizowanie ustawy z roku 1995.

Świat się nie cieszy

Decyzja nie spotkała się z aprobatą na arenie międzynarodowej. Wiele państw- w tym Polska- oświadczyło, że nie zamierza naśladować USA, a ich ambasady pozostaną w Tel-Awiwie. Wyrazy potępienia popłynęły z europejskich stolic, a także m.in. z Chin i Rosji. Doszło do protestów przed ambasadami amerykańskimi w wielu państwach. Prawdopodobne są też negatywne skutki długofalowe – Hamas wzywa do nowej intifady, czyli palestyńskiego powstania przeciw Izraelowi.

Nikki Haley, ambasador USA przy ONZ, przekonywała w CNN, że decyzja Trumpa przyniesie postęp w rozmowach pokojowych poprzez zdjęcie sprawy Jerozolimy z negocjacyjnego stołu. Administracja amerykańska tak właśnie stara się przedstawić ten ruch: jako zdecydowane przecięcie tej zbyt długo odkładanej kwestii i… sposób na znalezienie nowego otwarcia w rozmowach pomiędzy Izraelem i Palestyną. Można jednak powątpiewać, czy to oczekiwanie się spełni.

Tydzień po przemówieniu Trumpa Organizacja Współpracy Islamskiej podczas szczytu w Stambule ogłosiła, że Wschodnia Jerozolima jest stolicą Palestyny. Wezwała też społeczność międzynarodową do podobnych deklaracji. Kilka dni wcześniej Malezja zadeklarowała możliwość wysłania swoich żołnierzy do Jerozolimy, jeśli Palestyńczycy o to poproszą.

Minister obrony tego kraju nazwał decyzję Trumpa „policzkiem dla całego świata muzułmańskiego”. Trudno w tym kontekście patrzeć optymistycznie na nową inicjatywę pokojową dla Izraela i Palestyny, której zaledwie miesiąc temu podjął się Jared Kushner, doradca oraz zięć prezydenta Trumpa. Dlaczego więc prezydent zrobił to, co zrobił?

Wyborcy, milionerzy, lobbyści

Jerozolima „to stolica narodu wybranego i to wyłącznie. Dane im miejsce od Boga, proszę sobie przeczytać Pięcioksiąg, Pismo Święte” powiedział w Telewizji Polskiej, wyjaśniając posunięcie Trumpa, podróżnik Wojciech Cejrowski w rozmowie z Michałem Rachoniem.

Warto przytoczyć tę opinię, bo pokrywa się z poglądem od lat głoszonym przez ewangelikalnych chrześcijan, którzy stanowią bazę wyborczą Republikanów i samego Trumpa. To kilkadziesiąt milionów religijnych wyborców, wśród których przekonanie o boskim prawie Izraela do posiadania Jerozolimy jest o wiele większe, niż u amerykańskich Żydów.

Wielu komentatorów za oceanem w tym fakcie widzi uzasadnienie decyzji prezydenta: Trump chciał wzmocnić poparcie wśród najwierniejszych sympatyków i pokazać im, że realizuje swoje obietnice również w polityce zagranicznej. Ma to też podkreślać wizerunek silnego przywódcy. Podobnie jak w przypadku deklaracji o zniszczeniu Korei Północnej, adresatem tego posunięcia miała być przede wszystkim krajowa opinia publiczna, a nie społeczność międzynarodowa. W tym wymiarze amerykański prezydent odniósł sukces: media społecznościowe zalewają entuzjastyczne wypowiedzi przedstawicieli ruchów ewangelikalnych. „The most evangelical friendly president ever” – napisał o Trumpie chrześcijański dziennikarz David Brody.

Czy głosy anonimowych wyborców to wystarczająco silny powód, by ryzykować międzynarodowe konsekwencje? Zwłaszcza, jeśli do następnych wyborów prezydenckich pozostają jeszcze trzy lata? Kłopot w tym, że nie wszyscy ci wyborcy są dla Trumpa anonimowi. Niektórzy są znani prezydentowi z imienia i nazwiska, a o ich przyjaźń należy zabiegać, bo to ich finansowe wkłady mogą pomóc udźwignąć następną kampanię. Ten problem dotyczy każdego amerykańskiego prezydenta i Trump nie jest tu wyjątkiem. New York Times przypomniał postać Sheldona G. Adelsona, miliardera i jednego z największych w USA właścicieli kasyn, który wspomógł kampanię Trumpa ponad 20 milionami dolarów. Był on tylko jednym z wielu darczyńców domagających się uznania Jerozolimy za stolicę. Możemy się tylko domyślać nacisków, jakie ci ludzie starali się wywrzeć na prezydenta. Zwłaszcza po tym, gdy w czerwcu tego roku Trump, wzorem swoich poprzedników, podpisał odroczenie przeniesienia ambasady.

Wielu jego wyborców było tym faktem oburzonych –zwłaszcza, że podczas kampanii zapowiadał zrealizowanie ustawy z 1995 roku pierwszego dnia po objęciu urzędu. Co ciekawe, oburzony był też amerykański Senat, który kilka dni później przegłosował rezolucję upamiętniającą 50-lecie Jerozolimy jako stolicy Izraela i zamieścił w niej adresowane do prezydenta wezwanie, by nie zwlekał dłużej z relokacją ambasady. Swoją drogą interesujący jest sam wybór tej rocznicy – postanowiono bowiem uczcić triumf w wojnie i aneksję Wschodniej Jerozolimy z 1967 r., a nie oficjalną izraelską uchwałę z 1980r. ! Jeszcze bardziej interesujący jest wynik głosowania: 90 senatorów za i żadnego sprzeciwu.

Oczywiście, można powiedzieć, że senatorów ta rezolucja wiele nie kosztowała. Ewentualne konsekwencje i oskarżenia i tak spadną na prezydenta i jego administrację.

A jednak ta ponadpartyjna jednomyślność jest zastanawiająca. Można się tu domyślać działania potężnego pro-izraelskiego lobby w Waszyngtonie. American Israel Public Affairs Committee (AIPAC) od lat uważany jest za jedną z 10 najbardziej wpływowych organizacji tego typu w USA.

To właśnie na kongresie AIPAC w ubiegłym roku kandydat na prezydenta Donald Trump złożył obietnicę przeniesienia amerykańskiej ambasady do „wiecznego miasta, Jerozolimy”.

***

Być może wszystkie trzy powody: wola elektoratu, wpływy zamożnych darczyńców i naciski lobbystów odegrały rolę w tej na pozór niezrozumiałej decyzji prezydenta Stanów Zjednoczonych.

Trump znakomicie wykorzystał tę sytuację propagandowo, wielokrotnie podkreślając, że w przeciwieństwie do poprzedników, on w tej sprawie dotrzymał obietnicy. Zyskał aplauz wśród swojego elektoratu i zatrzymał w swoim otoczeniu wpływowych bogaczy. Decyzja ta ma jednak przede wszystkim wymiar międzynarodowy i tu efekty nie przedstawiają się już tak korzystnie. Być może nie dojdzie do kolejnego powstania Palestyńczyków, a konflikt wokół Jerozolimy z czasem uda się załagodzić. Trudno jednak podzielać optymizm prezydenckiej administracji. Ta decyzja na pewno nie przybliżyła pokoju na Bliskim Wschodzie.