Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Piotr Kaszczyszyn  3 października 2018

Oskarżam!

Piotr Kaszczyszyn  3 października 2018
przeczytanie zajmie 5 min

Podstawowy problem z Klerem polega na tym, że większość osób traktuje go jak filmowy portret polskiego Kościoła. Jedni krzyczą więc o „katofobii” i nawołują do bojkotu, a inni cieszą się, że reżyser dowalił „czarnej mafii”. Tymczasem Smarzowski nakręcił przerysowany i nierówny film-manifest, kinowe „oskarżam!” skierowane w stronę kościelnej hierarchii. I tym oskarżeniom warto się przyjrzeć, bo autorowi Wołynia chodzi o coś więcej niż antyklerykalny rechot i „kręcenie lodów” przez Janusza Gajosa w szatach krakowskiego arcybiskupa.

Uwaga! Artykuł zawiera spoilery

To nie jest film o polskim Kościele

Wojciech Smarzowski nakręcił Kler z perspektywy radykalnie subiektywnej. Jego autorski obraz Kościoła to spojrzenie zewnętrznego, mówiąc eufemistycznie- średnio życzliwego obserwatora. Smarzowski patrzy na Kościół jako „ziemską”, całkowicie zsekularyzowaną instytucję, która ma swoje szefostwo, pracowników i klientów. Przede wszystkim jednak ma swoje za uszami, a ze względu na historyczny, społeczny czy polityczny „ciężar gatunkowy” moralna poprzeczka wobec Kościoła wisi zdecydowanie wyżej niż dla większości innych instytucji społecznych. Konsekwencje przyjęcia takiej wyjściowej optyki są trojakie.

Po pierwsze, Kler nie jest filmem o Kościele jako Mistycznym Ciele Chrystusa. Smarzowskiego nie interesuje specjalnie duchowość, wiara, modlitwa. Obraz pozbawiony jest metafizyki, miejsce Boga zajmują w całości ludzie (przede wszystkim ci w koloratkach) i ich moralny brud, osobiste ambicje, psychologiczne rozterki. Jak w rozmowie z Łukaszem Adamskim powiedział Arkadiusz Jakubik, chodziło o „zdjęcie z duchownych sutanny”.

Po drugie, Kler jest filmem zbudowanym na mocnym podziale, zasygnalizowanym już wyraźnie w samym tytule- z jednej strony wierni, z drugiej duchowieństwo. Smarzowski zdecydowanie mocniej utożsamia Kościół z klerem. Wierzący w filmie są przedstawieni jako klienci, którzy nabywają usługi: ślubu lub pogrzebu. A jak im się działanie pracowników kościelnej firmy szczególnie nie podoba, to biorą sprawy w swoje ręce i księdza podejrzanego o pedofilię chcą po prostu zlinczować.

Po trzecie, silne podziały znajdziemy także wewnątrz kościelnej korporacji. Smarzowski grubą kreską oddziela „centrum” od „peryferii”, krakowską kurię od wiejskiej parafii księdza Trybusa (Robert Więckiewicz) i małomiasteczkowej księdza Kukuły (Arkadiusz Jakubik). Przesłanie tego podziału jest jednoznaczne. Zdaniem reżysera ryba psuje się od głowy, a kościelne „jądro ciemności” znajduje się na szczycie hierarchii i symbolizuje je twarz Janusza Gajosa. Smarzowski nie ściąga tutaj nogi z gazu. Są momenty w filmie, przede wszystkim scena „pospolitego ruszenia” pracowników kurii w reakcji na medialną aferę z pedofilią księdza Lisowskiego (Jacek Braciak) oraz rozmowa w kurii z ofiarą pedofilii, kiedy kościelna korporacja zaczyna przypominać quasi-mafijną organizację, w której wierchuszka „trzyma za mordę” instytucjonalne „doły” i w ramach solidarności grupowej robi wszystko, aby bronić swoich.

Czy w tych okolicznościach można powiedzieć, że Kościół faktycznie wygląda tak jak w Klerze przedstawił go Smarzowski? Absolutnie nie. Czy to oznacza, że mamy go potępiać i krzyczeć o skandalicznej „katofobii”? W żadnym wypadku.

Za dużo Smarzowskiego w Smarzowskim może Smarzowskiemu zaszkodzić

Kler jest jednocześnie typowym i nietypowym filmem w dorobku Wojciecha Smarzowskiego. Typowym, bo wpisuje się w stosowane przez reżysera w przeszłości strategie artystyczne. Nietypowym, bo dotychczas nie zdarzyło się, aby obie strategie znalazły się w jednym filmie.

Tak jak w Weselu, Domie złym oraz Drogówce, tak i w Klerze reżyser operuje przede wszystkim przesadą, wyostrzeniem i przejaskrawieniem. Smarzowski maluje filmowy obraz grubą kreską i czarnymi jak smoła barwami. Nie ma miejsca na niuanse, dzielenie włosa na czworo, pochylanie się nad każdym problemem z analityczną precyzją. Reżyser nie bawi się w stopniowanie. Wszystko ma być naj-: najbrzydsze, najwulgarniejsze, najbrudniejsze. W ten sposób nie powstają jednak wierne portrety, lecz agresywne impresje.

Takie filmowe walenie po bebechach ma jednak swój cel, to nie jest tylko sztuka dla sztuki. Smarzowski stosując taką prowokacyjną strategię chce za pośrednictwem przerysowania wyciągnąć na pierwszy plan konkretne problemy, dotychczas mniej lub bardziej schowane w cieniu, i wrzucić je mocniej do debaty publicznej. Problem, i to poważny, pojawia się jednak w momencie, kiedy nie tylko widzowie, ale nawet krytycy zaczynają brać autorską impresję za malarstwo realistyczne.

Wesele nie jest wiernym obrazem małomiasteczkowej Polski z początku lat 2000., Dom zły nie portretuje PRL-owskiej prowincji, Drogówce daleko do dokumentalnego zapisu codziennego życia polskiej policji. Podobnie jest z Klerem. I nie chodzi tutaj tylko o opisany wyżej problem, jaki Kościół przedstawia tak naprawdę Smarzowski, ale także niepotrzebne filmowe grypsy w stylu kościelnego antysemityzmu czy budzącej już nawet nie złość, lecz zażenowanie sceny z kibolami-narodowcami w parafialnej salce. Reżyser ostrością obrazu i tez przyciąga do kin setki tysięcy Polaków. Pytanie czy cena, jaką trzeba zapłacić za taką jednostronną wyrazistość nie jest jednak zbyt wysoka.

Na szczęście w Klerze znalazło się miejsce także na drugą, bardziej wyważoną strategię artystyczną, stosowaną wcześniej w Róży Wołyniu. Dalej jest bezpośrednio, brutalnie, nie ma odwracania oczu od niewygodnych spraw, ale jednocześnie w historii jest więcej miejsca na empatię, wyczucie, spokojne wyważanie racji oraz szarość zamiast czarno-białych karykatur. Tę strategię reprezentuje przede wszystkim wątek księdza Kukuły granego przez Arkadiusza Jakubika. Podobny, moim zdaniem niewykorzystany potencjał, miały także dwa pozostałe wątki, szczególnie ten z księdzem Trybusem- niespełnionym inteligentem wrzuconym na wiejską parafię, który od samotności ucieka w wódkę.

Nie zmienia to faktu, że to właśnie końcowe fragmenty Kleru, kiedy Smarzowski rezygnuje z antyklerykalnej stylistyki rodem z tygodnika „Nie” są jego najmocniejszą stroną i decydują o wartości całego dzieła.

Trzy ważne rzeczy do przemyślenia

Poza oczywistymi ograniczeniami i wadami taka „sekularna” perspektywa patrzenia na Kościół ma także jedną podstawową zaletę: pozwala zdiagnozować realne bolączki i problemy bez oglądania się na solidarność grupową, bez sentymentów i samoograniczania się. Mimo wszystkich wątpliwości Kler może nam katolikom powiedzieć trzy ważne rzeczy.

1. Smarzowski przyjmuje w filmie jednoznacznie perspektywę ofiar kościelnej pedofili, to na ich krzywdzie, cierpieniu, rozterkach się skupia, to im oddaje głos. Nie ma w Klerze idiotycznych usprawiedliwień w stylu „to ministrant prowokował”, a tak w ogóle to „spódniczka była za krótka”. Wina jest winą i koniec.

2. Najważniejsze przesłanie, jakie po seansie wyciągnąłem i z jakim się zgadzam, to głośny i bezkompromisowy apel do kościelnej hierarchii: rozliczcie się sami ze sobą! Faktycznie to właśnie na kościelnych władzach, episkopacie i kuriach biskupich ciąży w pierwszej kolejności odpowiedzialność za pełne rozliczenie się z winami przeszłości i obowiązek bezkompromisowej walki z pedofilią. Bez krycia sprawców, bez przenoszenia ich do innych parafii, kościelnych placówek odosobnienia, bez zamiatania sprawy pod dywan i wiecznego bagatelizowania „odosobnionych przypadków”, lecz z odważnym zgłaszaniem ich do prokuratury i utratą stanu duchownego włącznie.

3. W całym filmie jest jedna scena, która ma szczególnie mocną, symboliczną wymowę. Kamera z okolic tabernakulum ustawiona jest na księdza-pedofila (z czego nikt oczywiście nie zdaje sobie sprawy) odprawiającego mszę świętą. Mamy lata 80., z tyłu pełny kościół ludzi trzymających sztandary i flagi z „Solidarnością”. Historia relacji Kościoła i Polaków ostatnich kilku dekad na jednym obrazku. Symbol zasług Kościoła dla polskiej wspólnoty politycznej, których nikt mu nie odbierze. Za moment kamera przechodzi z twarzy księdza na ministranta-ofiarę, czyli postać graną przez Jakubika. W tle Wielkiej Historii rozgrywa się niewidoczna tragedia. Schowana głęboko w cień, na trzecim planie, poza zainteresowaniem opinii publicznej.

Dzisiaj Kościół bagatelizując oskarżenia płynące w jego stronę, traktujący każdą krytykę jako niesprawiedliwy atak ze strony wrogów wiary może łatwo ten historyczny kapitał zmarnować. Nie można wiecznie przyjmować roli kombatanta, któremu za przeszłe zasługi należy się dożywotni immunitet.

J’Accuse…!

13 stycznia 1898 r. w paryskim czasopiśmie „L’Aurore” Emil Zola opublikował list otwarty do prezydenta Francji, stając w obronie niesprawiedliwie oskarżonego o szpiegostwo żydowskiego oficera Alfreda Dreyfusa. Przy okazji Zola poszedł szerzej, krytykując stosunki społeczne we Francji przełomu XIX i XX wieku.

Zachowując wszystkie proporcje i wątpliwości, Smarzowski w Klerze, filmie-manifeście, też postanowił wykrzyczeć swoje „oskarżam” wobec kościelnej hierarchii, bo to ona jest głównym wrogiem dla reżysera. Główna oś oskarżenia to pedofilia, lecz podobnie jak Zola, Smarzowski postanowił pójść szerzej i przy okazji stworzyć cały katalog grzechów i przewin Kościoła, co wyszło mu momentami karykaturalnie.

Większość głosów po seansie wskazywała, ze końcowa scena samospalenia Jakubika to już kompletny odjazd. Moim zdaniem to jednak całkiem zgrabna klamra dla konwencji, jaką przyjął Smarzowski. Samospalenie z jednej strony odsyła nas do starotestamentowych ofiar, z drugiej do radykalnych protestów w stylu Ryszarda Siwca. Tym mocniej tylko podkreśla główne przesłanie filmu: „Hierarchowie to was oskarżam i do was należy teraz kolejny ruch. Uderzcie się w piersi!”. I chociaż ten apel nie ma nic wspólnego z faktyczną troską o Kościół to warto, żebyśmy potrafili go wysłuchać i wyciągnąć wnioski. Bo jest z czego.