Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
dr Maciej Michał Münnich  4 września 2018

„Oni mają dolary, ale my mamy Allaha”. Analiza kondycji gospodarczej Turcji

dr Maciej Michał Münnich  4 września 2018
przeczytanie zajmie 9 min
„Oni mają dolary, ale my mamy Allaha”. Analiza kondycji gospodarczej Turcji Shutterstock

Dramatyczne załamanie się kursu tureckiej liry bezpośrednio wywołane sankcjami gospodarczymi ze strony Stanów Zjednoczonych potwierdziło jedynie, że Turcja pod wodzą Recepa Tayyipa Erdoğana nie jest stabilnym państwem. Turecki rząd w ostatnich latach oferując bardzo tani kredyt usiłował utrzymywać wysoki wzrost gospodarczy. Rosnąca inflacja i deficyt obrotów bieżących może być zabójczy dla kraju, który jeszcze niedawno stawiany był za wzór gospodarczego rozwoju. Chwilowe, pozorne uspokojenie sytuacji w dłuższej perspektywie nie wyciągnie jednak Turcji z kryzysu.

Analizując jedynie najbardziej oczywisty wskaźnik dotyczący gospodarki, czyli wzrost PKB, można pomyśleć, że Turcja ma się świetnie. W ostatnim kwartale 2017 roku PKB wzrósł o ponad 7%, podobnie było również w pierwszym i drugim kwartale bieżącego roku. Co więcej, całkiem niedawno tureckie PKB w ujęciu kwartalnym rosło nawet o 11%! W ostatnich latach jedyny spadek PKB był spowodowany próbą puczu wojskowego w lipcu 2016 roku i nie trwał dłużej niż jeden kwartał.

Teoretyczny sukces gospodarczy

Rzeczywistość turecka nie jest jednak tak różowa. Przede wszystkim nie można oceniać tureckiej gospodarki wyłącznie na podstawie wskaźnika PKB.

Wzrost gospodarczy Turcji jest sztucznie nakręcany poprzez politykę monetarną banku centralnego, który utrzymuje niskie stopy procentowe. Skutkuje to jednak niekontrolowanym wzrostem inflacji. W 2017 roku turecki bank centralny zakładał inflację na poziomie 5%, a sięgnęła ona niemal 12%. Bieżący rok jest jeszcze gorszy. Już w maju inflacja przekroczyła 12%, a oficjalna stopa procentowa banku centralnego wynosiła wówczas 8%. Oznacza to, że przeciętny Jusuf lub Mehmet prowadzący własną firmę teoretycznie mógłby w banku pożyczyć pieniądze na rozwój swego biznesu i jeszcze by na tym zarobił kilka procent.

Oczywiście prywatne banki nie mogły pozwolić sobie na taką stratę i aby zachować realny przelicznik pożyczały sobie wówczas pieniądz na ok. 16% nazywając to „późnym oknem płynnościowym” (Late Liquidity Window – LLW). Jednak takie udawanie nie mogło być dobrze odbierane na zewnątrz i nad turecką lirą gromadziły się już wiosną ciemne chmury. Ostatecznie bank centralny przed wyborami, które miały odbyć się w czerwcu, podniósł pod koniec maja oficjalną stopę do poziomu 16,5%, by na początku czerwca dodać jeszcze nieco ponad jeden punkt procentowy (obecnie 17,75%).

Problem polega na tym, że już w pierwszych czterech miesiącach tego roku turecka lira straciła w stosunku do dolara ponad 20%, więc w rzeczywistości tureckie stopy procentowe były ujemne. Zatem oferując bardzo tani kredyt państwo usiłowało utrzymywać wysoki wzrost gospodarczy. Jednocześnie jednak zarówno państwo, jak i całe społeczeństwo więcej wydawało, aniżeli zarabiało.

Co gorsza na rachunku obrotów bieżących widać z roku na rok postępującą zapaść. O ile na koniec 2016 r. było to -3,8% w stosunku do PKB, to rok później wynik wynosił już -5,5%, a obecnie sięga już poziomu 6,4% w stosunku do PKB. W ciągu bieżącego roku wszystkie najważniejsze agencje ratingowe obniżały (nawet dwukrotnie) ocenę Turcji dochodząc do poziomu śmieciowego (S&P: B+, Moody’s: Ba3, Fitch BB – w każdym przypadku jest to poziom określany jako „spekulacyjny”, lub „wysoce spekulacyjny”), a giełda od początku roku straciła ok. 20% swojej wartości.

Dla państwa, które musi pożyczać pieniądze za granicą tak wysoki deficyt rachunków bieżących w połączeniu z wysoką inflacją może okazać się zabójczy. Dlatego gdy do ekonomicznych czynników ryzyka doszły czynniki polityczne najważniejsi gracze na rynkach finansowych zdecydowali się na odwrót z tureckiej gospodarki. Gdy w połowie sierpnia prezydent Trump w ramach sankcji za przetrzymywanie przez Ankarę amerykańskiego pastora Andrew Brunsona oskarżonego o terroryzm (a w praktyce o kontakty z Kurdami) dodał do tego podwyżkę ceł na stal (50%) i aluminium (25%) rynki finansowe zaczęły się wycofywać z Turcji.

Gwoździem do trumny okazał się artykuł w Financial Times mówiący o tym, że Europejski Bank Centralny bada zaangażowanie banków strefy euro w Turcji, oceniając ich potencjalne ryzyko. Jako najbardziej zagrożone uznano hiszpański bank BBVA, włoski UniCredit i francuski BNP Paribas, które mają znaczące, niekiedy większościowe, udziały w tureckich bankach. Wprawdzie EBC uznał, że zagrożenie dla tych europejskich banków jest „relatywnie umiarkowane”, wystarczyło to jednak do panicznej wyprzedaży liry, która 14 sierpnia przekroczyła na moment poziom 7:1 za dolara. Oznacza to, że wartość liry w stosunku do dolara spadła tylko w 2018 roku o ponad 70% (jeszcze w styczniu było to 3,79).

To jest już niewątpliwie katastrofa dla tureckiej gospodarki. Co prawda w drugiej połowie sierpnia udało się tureckiemu bankowi centralnemu nieco ustabilizować sytuację (zapewne rzucając na rynek część rezerw walutowych) i zbić kurs do poziomu około 6:1, ale wystarczyła kolejna obniżka ratingów przez Moody’s dla 20 tureckich instytucji finansowych, by obecnie kurs znowu wzrósł do poziomu ok. 6,75:1. Przy jakichkolwiek negatywnych informacjach (gospodarczych lub politycznych) należy spodziewać się dalszych spadków liry, choć zapewne już nie tak gwałtownych.

Erdoğan przestał dbać o pozory

Oczywiście najważniejszą przyczyną polityczną jest nieufność rynków wobec autorytarnych rządów prezydenta Recipa Erdoğana. Dopóki jednak turecki bank centralny zachowywał przynajmniej pozory niezależności, dopóty rynki starały się zachowywać spokojnie, choć lira spadała. Gdy jednak w czerwcowych wyborach Erdoğan został wybrany na prezydenta, który zgodnie z nową konstytucją ma niemal nieograniczoną władzę, niemal od razu po zaprzysiężeniu swymi dekretami zmienił kadencję prezesa Centralnego Banku Republiki Tureckiej (TCMB) z pięcio- na czteroletnią oraz zniósł wymóg dziesięcioletniego doświadczenia w bankowości dla wiceprezesów TCMB. Co jeszcze ważniejsze, połączył ministerstwo finansów i skarbu oraz mianował nowym ministrem finansów swego zięcia Berata Albayraka, pomijając pozytywnie ocenianych przez rynki dotychczasowego wicepremiera Mehmeta Simseka, czy też ministra finansów Naciego Abgala.

Oczywistym stało się, że bank centralny w nowym systemie prawnym będzie realizował plany ekonomiczne Erdoğana, który oficjalnie z wykształcenia jest właśnie ekonomistą. Nie pomogły tu zapewnienia o utrzymaniu niezależności TCMB, zresztą wygłaszane nie przez prezesa banku, lecz przez ministra Albayraka. Zapewne to właśnie wewnętrzny kryzys zaowocował obwieszczaną już w mediach rezygnacją jednego z dotychczasowych wiceprezesów TCMB Erkana Kilimciego.

Brak samodzielności dostrzeżono praktycznie od razu. Bank centralny nie reaguje w żaden sposób na dramatyczny spadek liry i stopy procentowe od początku czerwca nawet nie drgnęły, a prezydent Erdoğan pociesza Turków, że „wprawdzie oni mają dolary, ale my mamy Allaha” i namawia swych współobywateli do sprzedaży dolarów i innej obcej waluty, by ratować lirę.

Dla wszystkich jest jasne, że takie środki zaradcze nie zadziałają, ale prezydent Erdoğan znany jest z chorobliwej wprost niechęci do podnoszenia stóp procentowych, na pierwszym miejscu stawiając wzrost PKB. Zaznaczyć tu należy, że rynki finansowe nie bardzo przejmują się prawami człowieka w Turcji, w dość jawny sposób łamanymi od czasu nieudanego zamachu stanu, nie martwi ich także mała wojna domowa z Kurdami, ani też turecka interwencja w Syrii, o takich drobiazgach jak miliony migrantów nie wspominając.

Dopóki jednak można było ufać w rozsądek polityki gospodarczej i niezależność banku centralnego kurs liry był przewidywalny. Gdy tego zabrakło, wystarczyło podniesienie ceł ze strony USA (mimo, że turecki eksport do USA jest stosunkowo niewielki) i jeden artykuł w Financial Times. W praktyce więc dwa niewielkie kamienie wywołały katastrofalną w skutkach lawinę.

Zaufanie do Turcji erodowało od dawna także w sferze politycznej. Jej polityczne oddalanie się od Zachodu i NATO oraz zbliżanie się do Rosji było aż nazbyt dobrze widoczne. Wyrazem tego braku zaufania była chęć zakupu przez Turcję najnowszych zestawów przeciwlotniczych S-400 (oczywiście niekompatybilnych z systemami stosowanymi w NATO) z Rosji oraz ustawa Senatu USA zakazująca sprzedaży Turcji najnowszych samolotów F-35, mimo podpisanej już dawno umowy. Nie bez znaczenia były relacje Turcji z Izraelem, które ostatnio ochłodziły się jeszcze bardziej.

Po masakrze Palestyńczyków w maju w Strefie Gazy Erdoğan nazwał Izrael państwem terrorystycznym realizującym ludobójstwo. W odpowiedzi izraelski premier Benjamin Natanyahu odparł, że Erdoğan świetnie wie, jak wygląda państwo terrorystyczne, gdyż sam wspiera Hamas. Po tej wymianie uprzejmości Turcja wydaliła izraelskiego ambasadora i konsula, a Izrael tureckiego konsula w Jerozolimie. Nie zabrakło również niestandardowych „uprzejmości”. Przy wyjeździe wydalonych dyplomatów obie strony przeprowadziły szczegółową kontrolę osobistą, na którą zaproszono media.

Kolejny zgrzyt nastąpił pod koniec lipca po uchwaleniu prawa mówiącego, że Izrael jest państwem żydowskim, a jedynym oficjalnym językiem jest hebrajski (przy ok. 25-procentowej mniejszości arabskiej). Erdoğan skwitował to stwierdzeniem, że Izrael to państwo apartheidu. Natanyahu odparował, że to Erdoğan masakruje Kurdów i Syryjczyków.

Biorąc pod uwagę, że w polityce bliskowschodniej Stany Zjednoczone pod kierownictwem obecnej administracji podążają ręka w rękę z Izraelem, nie dziwi obecne zaostrzenie kursu USA wobec Turcji. W końcu pastor Andrew Brunson jest więziony w Turcji od dwóch lat, a ostatnio nawet złagodzono formę aresztu zamieniając go na domowy.

Czy czeka nas turecki scenariusz nad Wisłą?                                

Polska jak i inne kraje naszego regionu mogą spodziewać się osłabienia swoich walut, ponieważ przez największych inwestorów jesteśmy wraz z Turcją zaliczani do tego samego koszyka państw rozwijających się. Zresztą proces ten trwa już od pewnego czasu. Dotychczas było to jednak osłabienie umiarkowane. Oczywiście nie grozi nam tak dramatyczny spadek, jak w przypadku tureckiej liry, ponieważ fundamenty gospodarki Polski są zupełnie inne, aniżeli gospodarki tureckiej, tym niemniej inwestorzy (szczególnie zza oceanów) nie będą bawić się w takie subtelności i zlikwidują pozycje na podobnych (z ich perspektywy) rynkach.

Warto w tym miejscu porównać te gospodarcze wskaźniki, które legły u podstaw kryzysu tureckiego z danymi makroekonomicznymi Polski. Oczywiste są różnice w wysokości inflacji, która w Polsce w ciągu ostatniego roku waha się na poziomie około 2%, zaś w Turcji w żadnym momencie przez ostatni rok nie spadła poniżej 10%, sięgając w lipcu niemal 16%. Jest to jednak raczej objaw, aniżeli przyczyna choroby.

Jako jedną z podstawowych przyczyn podaje się zbyt niskie stopy procentowe banku centralnego, które wobec rosnącej inflacji realnie były w niektórych miesiącach ujemne i to o kilka procent. Taka sytuacja w Polsce nie występuje, choć i nasza podstawowa stopa (1,5%) w stosunku do inflacji jest minimalnie niższa.

Istotniejszy jest jednak negatywny wynik salda obrotów bieżących w stosunku do PKB. Dla Turcji w 2017 roku było to -5,5%, Polska w ubiegłym roku po raz pierwszy w tym wieku osiągnęła wynik dodatni (+0,3%). Nawet jeśli nie jest to wynik oszałamiający, to należy zaznaczyć, że zbliżaliśmy się do niego wyraźnie przez ostatnie pięć lat, zaś w Turcji deficyt się pogłębiał. Oznacza to, że pieniądz wypływał z Turcji, więc powinien być droższy, tymczasem niskimi stopami utrzymywano jego niską wartość.

Wobec spadku kursu liry szczególnie niebezpieczne jest zadłużenie zagraniczne, ponieważ do jego spłaty trzeba znacznie więcej krajowej waluty, aniżeli pierwotnie planowano. Dla Turcji po pierwszym kwartale 2018 roku jest to ok. 466 mld $, zaś dla Polski 392 mld $. Różnica nie jest duża, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę, że całościowe PKB Turcji jest znacząco wyższe niż Polski (za rok 2017 jest to ok. 851 mld $ do 524 mld $). Oznacza to, że w razie zawirowań wokół polskiej waluty możemy być w podobnym stopniu narażeni na problemy z uregulowaniem swych zobowiązań zagranicznych. Oczywiście na bieżąco można pokrywać to z rezerw walutowych, jednak ich wielkość jest zawsze ograniczona.

Wysokość tych rezerw jest dość podobna. W Polsce waha się ona w tym roku między ok. 109 a 119 mld $. Z kolei w Turcji widać jej spadek, jednak nie jest on nazbyt gwałtowny, rezerwy zmniejszyły się bowiem od stycznia 2018 r. z niespełna 140 mld $ do ok. 124 mld $. Na razie Turcja nie jest więc zagrożona bezpośrednimi problemami w spłacie swych zobowiązań zagranicznych, tym bardziej, że Stambuł zawsze może sięgnąć do swych rezerw złota, których ma ponad dwukrotnie więcej niż Warszawa (236 ton wobec 103 ton).

Także wyniki budżetu tureckiego wcale nie zapowiadały głębokiego kryzysu. Jego deficyt wynosił w 2017 r. -1,5% PKB, a w poprzednich latach było to ok. -1% PKB. W Polsce wygląda to zdecydowanie gorzej, ponieważ w 2017 r. było to wprawdzie -1,7% PKB, jednak dochodziliśmy to tego poziomu z -4,1% PKB w 2013 r. Wreszcie zadłużenie Polski (ok. 50% PKB) jest w porównaniu z Turcją (ok. 28% PKB) niekorzystne dla naszego kraju.

Wszystko to oznacza, że choć Polska ma zdecydowanie lepszą bieżącą sytuację, to jednak w sytuacji gwałtownego kryzysu wcale nie jest zabezpieczona przed zawirowaniami podobnymi do Turcji. Kryzys ten ma obecnie w Turcji ciągle jeszcze bardziej charakter finansowy, aniżeli dotykający podstaw gospodarki. Łatwo jednak może się przerodzić w poważny kryzys ekonomiczny, jeśli dojdzie do załamania systemu bankowego w Turcji. Ostatnie obniżenie ratingu tureckich instytucji finansowych wskazuje właśnie na takie zagrożenie ze względu na problemy z ich wypłacalnością.

Warto przy tym zauważyć, że kłopoty dotykające banków i świata finansów są w zdecydowanie większym stopniu podatne na czynniki polityczne, aniżeli „realna” gospodarka. Po kryzysie Lehman Brothers nikt się nie łudzi, że międzynarodowe ratingi są w pełni obiektywne. Sankcje USA mają motywacje wyłącznie polityczne. Być może więc Erdoğan ma nieco racji mówiąc, że obecny kryzys należy po prostu przeczekać. Pytanie tylko jak długo on potrwa i czy gospodarkę turecką na to stać.

Z polskiej perspektywy nauką powinno być przede wszystkim dbanie o dobry wizerunek NBP i podkreślanie jego niezależności, co w kontekście wewnętrznych sporów politycznych może być utrudnione. Kolejnym elementem jest zamienianie w miarę możliwości długu zagranicznego na krajowy i oczywiście unikanie deficytu zarówno budżetu, jak i obrotów bieżących. Te dwa ostatnie wskaźniki rzeczywiście się poprawiają, z pierwszym jest gorzej.

Turcja odbije się czkawką europejskim bankom?

Dla Polski w krótkim okresie dużo poważniejszym problemem są związki gospodarki europejskiej z turecką, a szczególnie zaangażowanie europejskich banków. Przy tak gwałtownym załamaniu liry eksport do Turcji staje się zupełnie nieopłacalny. Wprawdzie można stamtąd tanio importować (i tanio pojechać na wakacje), ale pytaniem jest, czy gospodarka turecka może długo przetrwać bez surowców ściganych zza granicy.

Pytanie to należy do kategorii retorycznych i należy spodziewać się stopniowego załamania nie tylko kursu liry, ale całej gospodarki tureckiej. Dla europejskich banków w dłuższej perspektywie może to rodzić poważne konsekwencje, ponieważ są one zaangażowane na tamtejszym rynku.

Biorąc pod uwagę nienajlepszą sytuację systemów bankowych w południowej Europie, zachwianie się poważnych graczy takich jak BBVA czy UniCredit może grozić poważnymi kłopotami dla systemów bankowych w tych krajach, a w dalszej konsekwencji dla całej strefy euro. Trzeba przy tym pamiętać, że gospodarka Turcji jest około czterokrotnie większa niż gospodarka Grecji.

Oczywiście Turcja nie jest w strefie euro i więc nikt nie będzie wypłacał miliardów euro, by ją ratować, ale trzeba pamiętać, że znaczna część pomocy dla Grecji trafiła do europejskich banków, które wcześniej Grecji pożyczały pieniądze, by ratować przed krachem europejski system bankowy. Otwarte pozostaje pytanie jak zachowa się Komisja Europejska, gdy zaczną na nią wywierać naciski wielkie banki oczekujące wsparcia wobec kryzysu tureckiego.

Turcja poszuka nowych sojuszników

Kolejną konsekwencją tureckiej zapaści istotną również z naszego punktu widzenia jest stabilność Bliskiego Wschodu. Obecnie jest tam trzech pretendentów do hegemonii: Arabia Saudyjska, Turcja i Iran. Wszystkie się wzajemnie szachują utrzymując kruchą równowagę. Pierwsze dwa związane w ostatnich latach były z Zachodem, zaś Iran starał się prowadzić samodzielną politykę.

Jednak wobec wrogiego nastawienia Stanów Zjednoczonych Iran stopniowo będzie musiał wiązać się z Chinami (wymiana handlowa Iranu z Chinami jest zdecydowanie większa niż z Europą) i Rosją (obecnie głównym dostarczycielem zaawansowanej broni do Iranu).

Jeśli Turcja politycznie ostatecznie odwróci się od Zachodu (a kryzys gospodarczy ten proces pogłębia), wówczas w naturalny sposób będzie jej bliżej do Iranu. Zresztą Erdoğan już zapowiedział, że jego kraj nie będzie respektował amerykańskich sankcji nałożonych na Teheran. Ponadto w konflikcie Kataru z Arabią Saudyjską Turcja wyraźnie poparła ten pierwszy kraj budując swą bazę wojskową w Katarze, mimo protestu Rijadu. Taka sytuacja już wcześniej zbliżała Turcję do Iranu, nie wspominając o trójstronnych negocjacjach irańsko-rosyjsko-tureckich w sprawie Syrii.

O politycznych i militarnych związkach Turcji z Rosją już była mowa. Zwiększają się także powiązania gospodarcze, wystarczy wspomnieć budowę Turkish Stream oraz tureckiej elektrowni atomowej we współpracy z Rosją. Natomiast na recesji i przecenie tureckich aktywów najbardziej skorzystają prawdopodobnie Chiny, które stopniowo zwiększają swe zainteresowanie Bliskim Wschodem.

W ten sposób Zachód może stracić wpływ na Turcję, czyli jedno z najsilniejszych państw w kluczowym regionie Bliskiego Wschodu, z największą tamtejszą gospodarką (większą niż Arabia Saudyjska) i największą armią. Truizmem jest stwierdzenie, że osłabi to wpływy Zachodu, a wzmocni Rosji i Chin. Z naszej perspektywy z pewnością nie jest to scenariusz korzystny.

Można mieć tylko jedną nadzieję: otóż takie zmiany będą dla Turcji, a przede wszystkim jej społeczeństwa, bardzo bolesne. W związku z tym wewnętrzne napięcie i niezadowolenie społeczne będzie rosło. W takiej sytuacji albo Erdoğan zdecyduje się na realną reformę systemu gospodarczego, co jednak utrzyma go w sferze gospodarek zachodnich, albo niezadowolenie obywateli będzie większe niż w lipcu 2016 roku i dojdzie do przemian na politycznej scenie Turcji. Na razie jednak nic nie zapowiada zmian systemu wprowadzonego w Turcji po uchwaleniu nowej konstytucji i ostatnich wyborach.