Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Andrzej Kohut  24 kwietnia 2018

Kolejny bombowy kwiecień. O amerykańskim ataku na Syrię

Andrzej Kohut  24 kwietnia 2018
przeczytanie zajmie 6 min
Kolejny bombowy kwiecień. O amerykańskim ataku na Syrię www.flickr.com/photos/141159174@N07/40780897024/

Nad ostatnią akcją administracji Trumpa w Syrii unosił się duch polityki Reagana. Trzy wybrane cele, nieco ponad sto pocisków, bombardowanie trwające kilka minut przeprowadzone bez wypowiedzenia wojny. Ameryka znów staje wobec niemożliwości rozpoczęcia kolejnego konfliktu – brak na to zarówno środków, jak i społecznej akceptacji. Afganistan i Irak na wiele lat zachwiały wiarą Amerykanów w skuteczność tego rodzaju rozwiązań. Jednocześnie USA wciąż chcą uchodzić za supermocarstwo, które stoi na straży światowego porządku. Można więc traktować bombardowanie Syrii jako mały pokaz siły. Co prawda nielegalny z punktu prawa międzynarodowego, ale bardzo dobrze umotywowany i dokonany wraz z sojusznikami, dzięki czemu odpowiedzialność nieco się rozmywa.

„Dziś zrobiliśmy co trzeba było. Jeśli to będzie konieczne, zrobimy to jeszcze raz” zapowiedział prezydent Stanów Zjednoczonych w przemówieniu do narodu wygłoszonym 14 kwietnia. Odniósł się w ten sposób do przeprowadzonych chwilę wcześniej nalotów bombowych na kilka wybranych celów dokonanych bez wcześniejszego wypowiedzenia wojny. Tłumaczył, że Ameryka niechętnie sięga po siłowe rozwiązania, ale gdy inne sposoby zawodzą, nie może się wahać. „Będziemy działać z innymi jeśli to możliwe, samotnie, jeśli to będzie konieczne” powiedział prezydent… Reagan. Ronald Reagan. Był rok 1986 i amerykańskie bomby właśnie spadły na Libię.

Podobieństw jest więcej

Nieco ponad tydzień wcześniej, 5 kwietnia, w mieszczącej się w zachodnim Berlinie dyskotece „La Belle” wybuchła bomba. Wśród ofiar znaleźli się żołnierze amerykańscy stacjonujący w RFN, którzy często odwiedzali to miejsce. O organizację zamachu oskarżono libijski reżim pułkownika Kadafiego,co potwierdziło amerykańskie dochodzenie sądowe w 2001 roku. Administracja prezydenta Reagana postanowiła działać zdecydowanie i kilka dni później około 300 bomb spadło na Libię, część z nich zaś na prywatną rezydencję Kadafiego. Rodzina dyktatora ucierpiała w tym ataku. Przez jakiś czas strona libijska twierdziła nawet, że zabito adoptowaną córkę dyktatora Hanę Kadafi.

W cytowanym przemówieniu Reagan twierdził, że atak został przeprowadzony zgodnie z Kartą Narodów Zjednoczonych. ONZ jednak stanowczo odcięło się od tej interpretacji, a do potępienia Amerykanów oprócz Chin czy ZSRR przyłączyły się zachodnioeuropejskie kraje, między innymi Francja i Niemcy. Pojawiły się jednak i głosy poparcia: ze strony Wielkiej Brytanii, Kanady czy Izraela. W samych Stanach reakcja społeczeństwa była niemal entuzjastyczna. Na początku XXI wieku, w obliczu wojny z terrorem, chętnie przypominano o tym zdarzeniu porównując ograniczone i precyzyjne działania Reagana z dwoma niekończącymi się wojnami w Afganistanie i Iraku.

W latach 80. mieliśmy prostą operację, trwającą kilkanaście minut, która przeraziła przeciwnika – Kadafi zbiegł na pustynię i poprosił o mediację. Na początku naszego wieku – trwające ponad dekadę konflikty kosztujące życie wielu żołnierzy oraz miliardy dolarów. Zestawienie, które daje do myślenia.

Przyglądając się wydarzeniom z 1986 roku trudno nie odnieść wrażenia, że duch polityki Reagana unosił się również nad ostatnią akcją administracji Trumpa w Syrii. Trzy wybrane cele, nieco ponad sto pocisków, bombardowanie trwające kilka minut, przeprowadzone bez wypowiedzenia wojny. Uzasadnieniem również jest odwet i ostrzeżenie po użyciu przez reżim Asada broni chemicznej w mieście Duma. Nawet miesiąc się zgadza – znowu kwiecień. Warto dodać – drugi taki kwiecień Donalda Trumpa. Dokładnie rok temu odbył się bliźniaczy atak na Syrię, a uzasadnieniem również była odpowiedź na użycie broni chemicznej przez siły rządowe.

Podobieństw jest jeszcze więcej. W latach 80. Ameryka, wciąż mierząca się z traumą Wietnamu, nie była gotowa na nowy konflikt (ten moment nadszedł dopiero kilka lat później, wraz z pierwszą wojną w Zatoce). Jednocześnie USA musiały w jakiś sposób potwierdzić swój mocarstwowy status i pokazać swoją zdolność do zdecydowanej reakcji. Dzisiejsza Ameryka znów staje wobec niemożliwości rozpoczęcia kolejnego konfliktu – brak na to zarówno środków, jak i społecznej akceptacji. Afganistan i Irak na wiele lat zachwiał wiarą Amerykanów w skuteczność tego rodzaju rozwiązań. Jednocześnie USA wciąż chcą uchodzić za supermocarstwo, które stoi na straży światowego porządku. Można więc traktować bombardowanie Syrii jako mały pokaz siły. Co prawda nielegalny z punktu prawa międzynarodowego, ale bardzo dobrze umotywowany (użycie broni chemicznej to przekroczenie czerwonej linii wyznaczonej po I wojnie światowej) i dokonany wraz z sojusznikami, dzięki czemu odpowiedzialność nieco się rozmywa.

Syria jako proxy-war

Można nawet spekulować, że ataki zarządzone przez administrację Trumpa były w jeszcze większym stopniu demonstracyjne. Bomby Reagana uderzyły precyzyjnie w cel i śmiertelnie przestraszyły Kadafiego, tymczasem Trump dwukrotnie chybił. Z lotniska, które wziął na cel rok temu, niewiele później znowu startowały samoloty. Przyczyny doszukiwano się w ostrzeżeniu o ataku, które Amerykanie odpowiednio wcześniej przekazali Rosji. Syryjczycy zdawali się być na ten atak przygotowani. Tegoroczny nalot najprawdopodobniej okazał się równie nieskuteczny – tak przynajmniej wynika z informacji izraelskiego wywiadu. Syryjczycy znowu mieli czas, żeby się przygotować. Przez kilka dni poprzedzających bombardowanie prezydent Trump sugerował taką możliwość na Twitterze: „Rosja obiecuje zestrzelić każdą rakietę wystrzeloną przeciw Syrii. No to przygotujcie się, Rosjanie, bo one nadlecą, śliczne, nowe i »inteligentne«!”.

Oprócz malowniczego języka, do którego amerykański prezydent zdążył nas już przyzwyczaić, a także dość niezwykłego ostrzegania przed akcją militarną na portalu społecznościowym, warto zwrócić uwagę na fakt, że adresatem tej wypowiedzi była właśnie Rosja. W przemówieniu do narodu, w którym poinformował o ataku na Syrię, Trump także wspomniał o Rosji, przypominając, że w 2013 r. Putin gwarantował eliminację syryjskiej broni chemicznej i tej obietnicy nie dotrzymał. Zarzucił też Rosjanom przyjaźń z mordercą niewinnych – Asadem. „Rosja musi zdecydować czy pójdzie dalej tą mroczną ścieżką czy dołączy do cywilizowanych narodów w walce o stabilność i pokój” – mówił amerykański prezydent.

Przypomina to okres zimnej wojny, kiedy dwa rywalizujące mocarstwa nie mogły zaatakować się wzajemnie ze względu na ryzyko konfliktu nuklearnego i zamiast tego toczyły wojny zastępcze (ang. proxy wars) popierając przeciwne strony konfliktów w różnych rejonach świata. W dzisiejszej wojnie syryjskiej Amerykanie i Rosjanie toczą podobną rywalizację.

Putin zdecydowanie popiera Asada, Ameryka go zwalcza. Również w tym kontekście warto spojrzeć na ostatnie wydarzenia: amerykańskie wojska uderzyły na rosyjskiego sojusznika pokazując przy okazji, że Rosja nie jest zdolna do żadnej gwałtownej reakcji. Podobnie jak w 1986 roku zmęczony afgańską wojną Związek Radziecki nie był w stanie stawić czoła USA w kwestii Libii. Ten dodatkowy punkt w rywalizacji z Rosją również mógł się przyczynić do decyzji administracji Trumpa.

Misja wykonana?

„Mission accomplished” – napisał Trump na Twitterze niedługo po ataku. Komentatorzy szybko wytknęli prezydentowi, że podobną deklarację złożył George W. Bush odnośnie wojny w Iraku. Problem w tym, że zrobił to… w maju 2003 roku. Skuteczność takich działań zawsze weryfikuje czas. Na razie wiemy, że opinia międzynarodowa, podobnie jak w 1986 roku, jest podzielona. Entuzjazm w Ameryce jest zdecydowanie mniejszy, niż w czasach Reagana. Nawet wśród wyborców Trumpa słychać silne głosy niezadowolenia, że prezydent, który w kampanii wyborczej obiecywał redukcję zobowiązań międzynarodowych, angażuje się militarnie w kolejny konflikt. „F***k Trump” – krzyczał bezpośrednio po ataku kontrowersyjny publicysta Alex Jones.

Nie wiadomo też, czy na prezydenta nie czekają konsekwencje prawne. W Stanach Zjednoczonych toczy się dyskusja, czy atak był w ogóle legalny. Według amerykańskiego prawa działania militarne musi aprobować Kongres. W teorii. W praktyce prezydenci często i w rozmaity sposób starali się ten wymóg ominąć.

Barack Obama atakując pozycje ISIS powoływał się na autoryzację działań zbrojnych, której kongres udzielił George’owi W. Bushowi do walki przeciw Al-Kaidzie. Obama dowodził, że ISIS jest bezpośrednim następcą Al-Kaidy, więc autoryzacja obejmuje także ich. Obama zresztą również rozważał użycie bomb przeciw Asadowi, ale ostatecznie się na to nie zdecydował.

Trumpowi nie udało się też w pełni zadowolić bardziej bojowo nastawionych członków własnej administracji. Amerykańska prasa donosi, że Pentagon domaga się interwencji w Syrii na większą skalę, by zakończyć toczącą się tam wojnę i zapobiec możliwości powstania „nowego ISIS”. Nie do końca zadowoleni będą też sojusznicy z Arabii Saudyjskiej, którzy również naciskają na amerykańską interwencję. Trump miał im odpowiedzieć, że jeśli chcą interwencji, to sami muszą pomóc ją sfinansować. Trudno wreszcie przewidzieć, czy atak skutecznie zniechęcił Asada do korzystania z broni chemicznej. W 2017 roku się nie udało.

***

Ameryka sięgnęła po rozwiązanie, które 32 lata temu zaproponował Ronald Reagan – prosta militarna akcja polegająca na zniszczeniu wybranych celów ma być karą, a jednocześnie ostrzeżeniem dla niehumanitarnych reżimów. Oprócz tego taki atak ma przypomnieć o roli Amerykanów w świecie i podtrzymać ich status „globalnego policjanta”, który w razie potrzeby może uderzyć pałką nie pytając o zdanie międzynarodowych instytucji. Adresatem tego przypomnienia są przede wszystkim państwa, które starają się kwestionować ten ład – w pierwszym rzędzie obecna w Syrii Rosja. Czas pokaże, czy takie działanie było skuteczne.