Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Jesteśmy słabi

przeczytanie zajmie 6 min
Jesteśmy słabi timesofisrael.com

Lubimy upraszczać, będąc w tym nieznośnie jednostronni. Obecna debata publiczna wokół zamachów w Belgii sprowadza się najczęściej do wzajemnego „strzelania do siebie z armatek” i wygłaszania monologów przez dwie skonfliktowane ze sobą strony „dyskusji”. Jedni i drudzy nie mają racji. To jest naprawdę bardziej skomplikowane.

Pierwsi są ci, których, upraszczając, możemy zbiorczo zakwalifikować do kategorii „prawicy antyimigranckiej”. Kluczowe dla nich są dwa zasadnicze założenia. Po pierwsze, traktowanie islamu jako monolitycznej całości i utożsamianie takiego konstruktu myślowego z terroryzmem; jednoznaczne postrzeganie religii mahometańskiej jako zbrodniczej ideologii, a jej wyznawców jako już-prawie-terrorystów. Po drugie, interpretowanie zamachów jako kolejnych etapów/ogniw rozgrywającego się na naszych oczach „zderzenia cywilizacji”, gdzie siły chrześcijaństwa/katolicyzmu ścierają się z islamem w kulturowej walce na śmierć i życie. Takie założenia są oczywiście prostackie, intelektualnie infantylne, pozbawione osadzenia w faktach i powinny eliminować wygłaszających je komentatorów z poważnej debaty publicznej.

Wychodząc od realnego wyzwania, jakie stanowi islamistyczny terroryzm, „prawica antyimigrancka” tworzy fantomowy obraz zastępczego wroga.

Po drugiej stronie tej pseudodyskusji znajduje się „lewica proimigrancka”, pełna pięknoduchostwa, nieodpowiedzialnego moralizatorstwa, nadużywania perspektywy indywidualnej i jednostkowej wobec masowej skali zjawiska migracji i niechęci do krótko ściętych młodych mężczyzn. Lewica, która stanowi lustrzane odbicie „antyimigranckiej prawicy”. Po pierwsze, umieszczając obecną falę terroryzmu islamskiego w szerszej historii terroryzmu w Europie, słusznie zwraca uwagę, że aktualnej skali zamachów daleko jeszcze do epoki lat 60. i 70. naznaczonych działalnością ETA, IRA czy Czerwonych Brygad, lecz jednocześnie ze względu na wyznawaną przez jej przedstawicieli poprawność polityczną nie chce przyjąć do wiadomości, że ostatnie dekady na naszym kontynencie (z wyjątkiem Andersa Breivika) to era terroryzmu islamskiego, a nie ataków z pobudek narodowowyzwoleńczych czy separatystycznych. Po drugie, uciekając w budzące zażenowanie eufemizmy („młodzi mężczyźni o ciemnej karnacji i arabskich rysach twarzy”) i karkołomne analogie, próbuje budować groteskową symetrię pomiędzy „skrajną prawicą” a działaniem terrorystów islamskich.

Twierdzenia mówiące, że Front Narodowy, czy Ruch Narodowy stanowią takie samo niebezpieczeństwo dla Europy, jak zamachowcy z Daesh są po prostu kompromitujące, intelektualnie infantylne i tak samo wykluczające z poważnej debaty publicznej jak twierdzenia „prawicy antyimigrackiej”, że „każdy islamista to terrorysta”.

Tak jak dla prawicy fantomowym wrogiem był „zbrodniczy islam”, tak dla lewicy jest nim „skrajna prawica”.

Spróbujmy więc podejść do tematu na poważnie i naszkicować uwarunkowania kryjące się za belgijskimi zamachami i islamskim terroryzmem w Europie. Wydaje się, że u fundamentów tego zjawiska leży skomplikowana wypadkowa czynników o charakterze religijnym, ekonomicznym i społecznym.

W tych okolicznościach pierwszy postulat, jaki należy postawić brzmi: potraktujmy islam poważnie, jako religię wewnętrznie zróżnicowaną, pozbawioną jednego zwierzchnika jak choćby świat katolicki.

Takie podejście pozwoli nam z jednej strony odrzucić prostackie twierdzenia o islamie jako synonimie terroryzmu, dostrzegając, że radykalne nurty, stanowiące zagrożenie dla bezpieczeństwa publicznego, to ledwie promile procenta z milionów muzułmanów żyjących na naszym kontynencie; z drugiej umożliwi odrzucenie naiwnego pięknoduchostwa oraz szkodliwej politycznej poprawności, a tym samym identyfikację tych skrajnych i niebezpiecznych odłamów, jak salafici w Niemczech, czy radykalni imamowie finansowani przez wahabickie pieniądze pochodzące z Arabii Saudyjskiej.

Czynniki o charakterze ekonomicznym i społecznym zbiegają się w istnieniu tzw. „no go zones”, czyli słynnych przedmieść francuskich miast, pełnych przemocy i przestępczości, zamieszkanych praktycznie wyłącznie przez muzułmanów. To właśnie te dzielnice, rządzone przez gangi i radykalnych imamów, narzucających nieraz restrykcyjny porządek oparty na prawie szariatu, prawdziwe „wyspy” tak naprawdę w Europie znajdujące się tylko w perspektywie geograficznej, stanowią z jednej strony społeczno-ekonomiczną wylęgarnię potencjalnych terrorystów i rekrutów ISIS, z drugiej ułatwiają działanie zamachowcom przybywającym do Europy z zewnątrz. Społeczno-ekonomiczną, bo owe dzielnice-getta, stanowią przestrzeń wykluczenia dla drugiego czy trzeciego pokolenia muzułmanów, a narrację o „socjalu”, z którego mają rzekomo żyć, można włożyć między bajki.

Z tak naszkicowanych uwarunkowań terroryzmu islamskiego wyłaniają się trzy zasadnicze słabości współczesnej Europy.

Po pierwsze, słabość ideowa. Współczesna Europa nie wartościuje.

Z powodu ideologicznie rozumianego „egalitaryzmu kultur” nie mamy odwagi powiedzieć, że jeden odłam religijny może być bardziej wartościowy od drugiego, jedne zasady życia społecznego mogą być lepsze od drugich.

Najbardziej absurdalnym przykładem takiej „ucieczki od wartości” jest przypadek z Belgii, gdzie tamtejsze służby nie mogły monitorować radykalnych społeczności pod kątem ich etnicznego pochodzenia. To nie jest żaden przejaw światłej walki z rasizmem, to zwykła głupota, narażająca obywateli belgijskich na zagrożenie zdrowia i życia. Nadszedł czas na „intelektualny restart” i powrót do aksjologicznego hierarchizowania. Musimy być gotowi na stwierdzenie, że dla takich wspólnot jak salafici nie ma miejsca w Europie.

Jednocześnie owa słabość ideowa przejawia się na jeszcze głębszym i bardziej elementarnym poziomie – współczesna, postchrześcijańska Europa nie dostarcza części swoich mieszkańców poczucia Celu i Sensu. Islamscy terroryści z drugiego i trzeciego pokolenia muzułmańskich imigrantów oraz islamscy konwertyci- rekruci ISIS nabywają swoje nowe radykalne tożsamości nie tylko z powodu społeczno-ekonomicznego wykluczenia. Wielu zamachowców z Paryża należało przecież do klasy średniej.

Nowa religia w swojej bezkompromisowości i prostocie jest substytutem Sensu, odpowiedzią na potrzebę celowości ludzkiego życia, której nie dostarcza im „ideowo bezpłodna” Europa.

Według badań przeprowadzonych na Oxfordzie zdecydowana większość zagranicznych rekrutów ISIS trafia do nich za pośrednictwem sieci przyjaciół i przy użyciu narzędzi social media. Daesh ze swoimi filmikami propagandowo-rekrutacyjnym celowo stylizowanymi na trailery hollywoodzkich filmów i gier komputerowych, starannie inscenizowanymi egzekucjami jeńców, profesjonalnie redagowanym magazynem „Dabiq”, rozbudowaną „infrastrukturą propagandy” w sieci, to prawdziwe dziecko naszych czasów, swoisty popterroryzm epoki Twittera, Instagrama i najnowszej części „Assasin’s Creed”.

Po drugie, słabość siły. Tchórzostwo, polityczna poprawność, odkładanie problemów na wieczne „później” skutkowało rozrastaniem się „no go zones”.

Dzisiaj nadszedł czas na stanowcze działania. Zamykanie wahabickich meczetów we Francji, aresztowania imamów nawołujących do narzucenia prawa szariatu przemocą, infiltrację wspólnot salafickich w Niemczech, likwidację i aresztowania imamów z meczetu Grimhoj w Danii, otwarcie popierających działania Państwa Islamskiego.

Ktoś rozdaje ulotki zachęcające do przyłączenia się do Daesh lub prowadzi działalność propagandową w Internecie? 10 lat więzienia. Ktoś jest członkiem „muzułmańskich patroli” na ulicach europejskich miast? 5 lat więzienia. To są działania reaktywne, defensywne. „Ofensywa” może polegać na stworzeniu warunków dla rozwoju muzułmańskiej teologii na terenie Europy, zamiast wysyłania imamów na szkolenia do Maroka, poszukiwaniu wsparcia muzułmańskiej inteligencji w celu walki z radykalnymi odłamami ich religii.

Po trzecie, słabość społeczna. Europejskie rządy muszą zrobić wszystko, aby walczyć z dalszą gettoizacją, wykluczeniem społecznym i wysokim bezrobociem wśród najbiedniejszych społeczności muzułmańskich. Bieda naprawdę jest „skutecznym” podglebiem dla radykalizacji przekonań, otwierając drogę przemocy. Nie mamy wiedzy, aby rozstrzygnąć co było pierwsze: radykalni imamowie czy społeczno-ekonomiczne wykluczenie, ale nie mamy wątpliwości, że dzisiaj należy zwalczać oba te negatywne zjawiska jednocześnie.

Czy zaproponowane przez nas działania przyniosą efekty? Walka z gettoizacją, społeczno-ekonomicznym wykluczeniem i żerującym na nim fundamentalizmem, wzmacnianie „umiarkowanego” islamu to procesy rozpisane na lata. Procesy, które będą przerywane kolejnymi zamachami. Żadna „antyimigrancka” ani „proimigrancka” „magiczna różdżka” nie rozwiąże tego problemu od ręki. Bo to jest naprawdę skomplikowane.