Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Piotr Kaszczyszyn  21 lutego 2016

Czy Houellebecq jest katolickim pisarzem?

Piotr Kaszczyszyn  21 lutego 2016
przeczytanie zajmie 5 min
Czy Houellebecq jest katolickim pisarzem? homoliteratus.com

Jest dużo seksu, z opisami pełnymi detali. Najczęściej przedstawiany mechanicznie, beznamiętnie, z perspektywy narratora, któremu nawet nie chce się już kpić z bezcelowych fizycznych wysiłków bohaterów. Czasami, niczym krótki przebłysk, pojawi się trochę wstydliwa, nieporadna czułość i nadzieja na coś więcej, szybko przecinana przez dalszy tok akcji. I jest to normalne i naturalne, że tak właśnie jest. Czy literatura na wskroś hedonistyczna może być w swej istocie literaturą katolicką? Jak najbardziej. Houellebecq pisząc tak naprawdę cały czas jedną i tę samą książkę, z chirurgiczną precyzją opisuje świat poza Jezusem, gdzie prawdziwa ludzka relacja, na pierwszym planie relacja miłosna między mężczyzną i kobietą, nie może zaistnieć.

Houellebecq – moralista czy Houellebecq – ironista? Ani jeden ani drugi. Celem francuskiego pisarza nie jest grożenie palcem zdegenerowanemu Zachodowi z „literackiej ambony”. Jednocześnie w swoich diagnozach jest jak najbardziej poważny, nie chodzi tutaj o żadną ironiczną, niezobowiązującą zabawę słowem.

Kim więc jest Michel Houellebecq? Apatycznym, pesymistycznym (anty-)apokaliptykiem.

Dlaczego użyłem przymiotnika pesymistyczny? Bo sięgając do źródłosłowu apokalipsy znajdziemy tam nie tyle katastroficzne wizje rodem z Hollywood, co odwołania do zerwania zasłony, procesu przejścia do nowej, pełnej rzeczywistości w zjednoczeniu z Bogiem Trójjedynym. I Houellebecq w swoich kolejnych książkach owszem zrywa kolejne zasłony, które są de facto wariacjami jednej i tej samej zasłony, tak jak kolejne jego książki to wciąż jedna i ta sama książką pisana pod kolejnymi tytułami.

Tylko co kryje się za tą zasłoną? Nie ma mowy o nowej, lepszej rzeczywistości. Zamiast tego jesteśmy utrzymywani w stanie swoistego, apatycznego zawieszenia, niczym we śnie, kiedy próbujemy uciekać przed napastnikiem, a nasze ciało nie umie biec szybciej i kręci się w miejscu. Ów stan przypomina zamknięcie w przestrzeni lype acedii ­– smutku i duchowego lenistwa, dwóch „demonów pustyni”, jak przedstawiał je wczesnochrześcijański mistyk Ewagriusz z Pontu. Tacy właśnie pozostają bohaterowie wszystkich powieści francuskiego pisarza. Z jednej strony pełni wewnętrznego smutku i poczucia rezygnacji, świadomi daremności prób wyjścia poza ich dotychczasowe życie, z drugiej duchowo leniwi, jakoś fundamentalnie niezdolni do podjęcia próby religijnego nawrócenia, a priori zamknięci w przestrzeni nie tyle antymetafizycznej, co amatefizycznej.

Jest to przestrzeń radykalnie „płaska”, gdzie każda czynność rozgrywa się na tym samym poziomie: sen, jedzenie, praca, seks. Nie ma tutaj mowy ani o czasie świątecznym, odsyłającym nas do wyższego porządku symbolicznego, ani o przestrzeni sacrum, ani o czynnościach w jakikolwiek sposób uświęconych. Wszystko jest tak samo (nie)ważne.

Świat jest radykalnie zsekularyzowany oraz zmaterializowany i nie ma w nim miejsca na Bożą łaskę, bohaterowie są całkowicie niezdolni do choćby częściowego otwarcia się na jej działanie, ba, nie są w stanie przynajmniej podjąć próby rozpoczęcia jej poszukiwania. Kiedy mamy wreszcie w Uległości wątek z Huysmansem i próbę „walki o wiarę”, to jest zmaganie rozgrywające się tak naprawdę na poziomie estetycznej i intelektualnej fascynacji katolicką drogą, jaką wybrał Huysmans. Wiary i łaski w tych poszukiwaniach głównego bohatera Uległości de facto nie ma. Płaska przestrzeń uniemożliwia zerwanie i nawrócenie.

Jednocześnie owa specyficzna (anty-)apokalipsa rozgrywa się w absolutnym zamknięciu. Bohaterowie Houellebecqa są radykalnymi indywidualistami, monadami, jednostkami wykorzenionymi z jakichkolwiek wspólnot: rodzinnych, lokalnych, narodowych, zawodowych czy religijnych. Apokalipsa bohaterów książek francuskiego pisarza to prywatna apokalipsa, rozciągnięta w czasie, rozgrywającą się niezauważenie w kolejnych drobnych gestach, prozaicznych wydarzeniach, codziennych obowiązkach, które nie dają im żadnego poczucia Sensu. Koniec świata Houellebecqa i wszystkich tych, którzy z pozycji skrajnie indywidualnych jednostek podzielą jego spojrzenie antropologiczne i socjologiczne.

W tym kontekście nie jest to klasyczna opowieść o końcu cywilizacji, pełna katastroficznych fajerwerków, czy zderzenia światów rodem z profili Marszu Niepodległości i Ruchu Narodowego na Facebooku. Jest tylko jednostka i jej hermetyczny świat, z nieustannym końcem świata.

Houellebecq nie pozwala wybrzmieć apokalipsie do końca, nie ma mowy o finalnym Nowym Jeruzalem. Zamiast tego zostajemy zamknięci na zawszę w tym dziwnym stanie bezczasowej asensowności. I to jest właśnie w tej wizji naprawdę przerażające.

Każda kolejna książka Houellebcqa to kolejna próba testowania różnego rodzaju rozwiązań czy też sublimacji jednego fundamentalnego problemu – niezdolności wejścia w trwałą, głęboką i dojrzałą relację, która swoje źródło ma w chrześcijaństwie.

I w pierwszej kolejności chodzi tutaj o relację rozumianą jako małżeństwo mężczyzny i kobiety, powodowane miłością łączącą przyszłych małżonków.

Wariant pierwszy: Cząstki elementarne. Tutaj mamy do czynienia ze swoistą „ucieczką do przodu”. Odpowiedzią na fundamentalną niezdolność budowania trwałych relacji damsko-męskich, obejmujących także naszą seksualność jest po prostu likwidacja tego wymiaru ludzkiej egzystencji i realizacja projektu posthumanistycznego.

Wariant drugi: Platforma. W jej przypadku chodzi o powrót do „naturalnej seksualności”, niezakłóconej przez porządek moralny, ograniczenia wynikające z wpływu cywilizacji zachodniej (ruch od opresyjnej kultury do inkluzyjnej natury). Wracamy więc na łono natury, próbujemy sztucznie przywrócić model „dobrych dzikusów” rodem z prac Jeana Jacquesa Rousseau. Tylko ta próba musiała się zakończyć katastrofą z dwóch powodów. Po pierwsze, „dobry dzikus” nigdy nie istniał i był tylko fantazją francuskiego filozofa. Po drugie, cały ten powrót odbywał się w ramach porządku kapitalistycznego, który ostatecznie wkroczył i zniszczył „ utopię wolnej miłości”, inspirowaną ideałami rewolucji ’68. 

Wariant trzeci: Mapa i terytorium. W tej powieści Houellebecq podejmuje najpierw próbę „skontrowania” seksualności poprzez sztukę. A gdy kończy się to porażką, Houellebecq całość akcji zamyka w pełnym rezygnacji obrazie powolnej, pełzającej apokalipsy świata ludzkiej aktywności, którą ostatecznie i tak pożera świat roślinny. Natura nie jest już „oazą”, „azylem” i szansą na stworzenie nowej utopii, jak w przypadku Platformy, lecz obojętnym obserwatorem nieco groteskowych ludzkich wysiłków. Z tej perspektywy nasze seksualne zmagania wydają się czymś zasadniczo bez znaczenia, bo i tak ostatecznie „figurki pogrążają się, przez chwilę zdają się walczyć, zanim zostaną zduszone kolejnymi warstwami roślin. Po czym wszystko uspokaja się, zostają tylko poruszane wiatrem trawy. Następuje totalny triumf świata roślinnego.”

I wreszcie wariant ostatni realizowany w Uległości, która ma podważyć w ogóle sensowność  poszukiwań prawdziwie wartościowej relacji. Houellebecq, inspirując się wahabicką wersją islamu, podbija stawkę i mówi „nigdy nie było takiego czegoś jak miłość”. Tak więc wszelkie próby jej sublimacji podejmowane w poprzednich książkach to tylko ułuda i okłamywanie samego siebie.

Co otrzymujemy w zamian? Małżeństwo rozumiane jako konstrukcję społeczno-ekonomiczną, swoisty kontrakt między mężem a jego żonami. Konstrukcję, która stanowi fundament życia społecznego, a z drugiej strony pozwala zaspokoić potrzeby mężczyzny – kulinarne, prestiżowe (kobieta jako zdobycz), wreszcie seksualne. Potrzeby o które nie trzeba już zaciekle walczyć na „wolnym rynku miłości” (czy raczej seksu) jak miało to miejsce w poprzednich powieściach francuskiego pisarza.

W tych okolicznościach Houellebecq jest „naszym”, katolickim pisarzem. Ale nie w sensie prostej krytyki degeneracji i rozpasania Zachodu. Nie chodzi też o żadną prostacką narrację zderzenia cywilizacji i muzułmańskiej inwazji. Francuski pisarz idzie dalej i w tym drążeniu wykonuje kawał dobrej roboty, której często brakuje u topornych autorów nominalnie chrześcijańskich/katolickich/prawicowych, uciekających w swojej twórczości w siermiężną dydaktykę czy czarno-białą publicystykę. Prawdziwą siłę twórczości francuskiego pisarza stanowi fakt, że jego głos wybrzmiewa „z wewnątrz” zachodniego, hedonistycznego świata.

Houellebecq nie tyle krytykuje czy moralizuje, co beznamiętnie opisuje to uniwersum, nie korzystając w ogóle z narzędzi chrześcijańskich czy chrześcijańskich kategorii. Co nie zmienia faktu, że ostateczne rezultaty jego twórczości i tak są zbieżne z katolickimi diagnozami cywilizacyjnych problemów Zachodu.

Lektura książek Houellebecqa odsyła nas do Wprowadzenia w chrześcijaństwo Benedykta XVI, które może stanowić zaczątek odpowiedzi na drodze poszukiwania prawdziwej relacyjności w świecie ludzi. I za takie inspiracje francuskiemu pisarzowi chwała.

Za inspiracje do napisania tego artykułu dziękuję Jackowi Lendzioszkowi, Adamowi Leszkiewiczowi i Janowi Maciejewskiemu.