Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Tomasz Krawczyk  9 października 2015

No i co dalej?

Tomasz Krawczyk  9 października 2015
przeczytanie zajmie 3 min

W 1989 r. Francois Mitterand i Helmut Kohl, w 2015 r. Angela Merkel i Francois Hollande. W środę 7 października w Parlamencie Europejskim po raz pierwszy od 26 lat doszło do wspólnego wystąpienia prezydenta Francji oraz kanclerza Niemiec. Wnioski z tego historycznego wydarzenia? Kilka ładnych fotek i poczucie bezsilności. Unię Europejską czekają trudne miesiące.

Jesienią 1989 r. ówczesny prezydent Francji Francois Mitterand oraz kanclerz Niemiec Helmut Kohl zdecydowali się na ten bezprecedensowy krok, aby odnieść się wspólnie przed europejską opinią publiczną do wydarzeń, które miały miejsce na wschodzie Europy, począwszy od utworzenia pierwszego niekomunistycznego rządu w Polsce. Przyczynkiem do środowego wystąpienia Angeli Merkel i Francois Hollande jest co prawda kryzys o ogromnej skali, ale nie o takiej wadze geopolitycznej i historycznej, jak skok ku wolności Europejczyków w krajach tzw. Układu Warszawskiego. Niemniej jednak oczekiwania polityków i ekspertów przed środowymi wystąpieniami były bardzo duże. Przemówienia Mitteranda i Kohla stały u początku wieloletniej i najgłębszej dotychczas reformy Wspólnot Europejskich, której aktem końcowym było utworzenie Unii Europejskiej wraz z Unią Gospodarczą i Walutową oraz wprowadzenie euro jako wspólnej waluty. Czy Merkel i Hollande spełnili pokładane w nich nadzieje na nową, wielką propozycję dla Europy?

Nie, niestety – zarówno wystąpienie prezydenta Francji, jak i przemówienie niemieckiej kanclerz, ograniczało się do frazesów o budowaniu silniejszej i bardziej zintegrowanej Europy, która nie może się zamykać ani cofnąć do idei państw narodowych.

Z drugiej strony, mowy dotyczyły niemalże wyłącznie bieżącego kryzysu uchodźczego. I w tej części, poza propozycjami przeznaczenia większych środków na wspólną politykę zagraniczną i bezpieczeństwa oraz pomysłem powołania europejskiej straży wybrzeża, ograniczono się do nawoływania do solidarności europejskiej i stwierdzeń, że tylko wspólnie rozwiążemy problem kryzysu uchodźców. Warto jednak zadać sobie pytanie, czy Merkel i Hollande byli w ogóle w stanie spełnić pokładane w nich nadzieję?

W tym przypadku odpowiedź również brzmi nie. Dzisiaj Europa zmaga się z kompletnie innymi problemami niż w latach 1989-1990 i jest przede wszystkim, wbrew pozorom, dużo mniej zjednoczona, niż była wówczas. Mowa tu nie tylko o bieżących sporach dotyczących recepty na kryzys uchodźczy na szczeblu europejskim. W ciągu ostatnich 6 lat kryzysu finansowo-gospodarczego miały miejsce zmiany instytucjonalno-prawne, które doprowadziły do ogromnych wewnętrznych podziałów pomiędzy strefą euro a pozostałymi krajami członkowskimi Unii Europejskiej. Na tyle głębokie, że można spokojnie powiedzieć, że mamy do czynienia z dwoma wspólnotami, które łączy cienka nić instytucjonalno-prawna oraz bieżące kwestie finansowo-gospodarcze.

W 1989 r. Wspólnoty Europejskie posiadały jeszcze jedną narrację, która była żyzną glebą dla tak głębokich reform (projekt wspólnego obszaru walutowego i oddania ogromnych połaci suwerenności), o których dzisiaj wiemy, że część z nich przyczyniła się do kryzysu finansowo-gospodarczego, jaki trwa od 2009 r. w strefie euro. Kilka spraw pokazuje, jak mglisto rysuje się dzisiaj przyszłość projektu europejskiego.

Po pierwsze, właściwie większość ważnych polityków strefy euro zdaje sobie sprawę, że należy na nowo uporządkować relacje pomiędzy strefą euro a Unią Europejską. Pomysłów, szczególnie takich, które służą spójności, na razie nie widać.

Po drugie, wielkimi krokami zbliżają się negocjacje o oczekiwanych ze strony Wielkiej Brytanii reformach traktatowych Unii Europejskiej, które są warunkiem koniecznym dla pozytywnej rekomendacji do pozostania w niej.

Po trzecie, mamy do czynienia z niespotykaną dotychczas dominacją Niemiec, które nie są ani mentalnie, ani politycznie przygotowane do tej roli. Francja w tym tandemie pełni już tylko rolę asekuranta. Nazwanie prezydenta Hollande przez Marię Le Pen wicekanclerzem, choć niegrzeczne, oddaje poglądy wielu centrowych polityków i ekspertów.

Warto dodać, że o ile jeszcze w 1989 r. nawołania do oddania większej suwerenności na poziom europejski były zrozumiałe, to dzisiaj spór pomiędzy europejskimi federalistami a suwerenistami jest kompletnie bezowocny.

A niestety bez nowej narracji dla Europy, wszystkie, nawet największe reformy, będą miały tylko charakter doraźny. Dlatego też musimy się wyrwać z dychotomii – więcej lub mniej Europy.

Po wystąpieniu prezydenta Francji i kanclerz Niemiec, i jej wieczornym długim wywiadzie telewizyjnym, wiemy , że Niemcy na pewno będą próbowały kryzys uchodźczy zeuropeizować, aby móc nad nim zapanować. I niestety rację ma prof. Ryszard Legutko, mówiąc że Niemcy będą w tym zakresie wymuszały działania na innych państwach członkowskich. Francja z kolei będzie się skupiać na działaniach w obszarze polityki bezpieczeństwa (działania militarne na Bliskim Wschodzie, ewentualne powołanie europejskiej straży wybrzeża). Co jednak z przyszłością Unii Europejskiej? Wiemy tyle, że czeka nas wiele miesięcy sporów i trudnych negocjacji, których konsekwencją może być dalsze rozluźnienie Unii Europejskiej. Byłaby to dla Polski i jej bezpiecznego rozwoju fatalna wiadomość.

Tekst został pierwotnie opublikowany na stronie Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego.