Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Dlaczego katolicy przegrywają wojnę kulturową? [KATOLICKIE IMAGINARIUM]

Dlaczego katolicy przegrywają wojnę kulturową? [KATOLICKIE IMAGINARIUM] Kuszenie Chrystusa, John Ritto Penniman, źródło: Wikipedia

Manichejska wizja walki dobra ze złem nie pozwala na niuansowanie, rozmowę lub wątpliwości. Kościół przyjął takie postrzeganie rzeczywistości i w ten sposób wpędził się w logikę wojny kulturowej. W rezultacie utracił zdolność prowadzenia rozmowy ze światem, wychodzenia naprzeciw jego problemom i czerpania ze swojej tradycji celem znalezienia rozwiązań. Zamiast tego coraz częściej wplątuje się w doraźne sojusze polityczne i konflikty z nauką, głównie z psychologią. Właśnie to jest przyczyną rozpadu katolickiego imaginarium.

Rewolucja ’68, czyli skutek i przyczyna

Na łamach Klubu Jagiellońskiego Marcin Kędzierski napisał dojmujący tekst, de facto manifest pokoleniowy wielu konserwatystów, którzy mają poczucie, że przegrywają światową walkę o rząd dusz. Piszę „światową”, bo w przeciwieństwie do wielu rodzimych konserwatywnych działaczy, którzy są przekonani o tym, że Polska może być jeszcze przedmurzem chrześcijaństwa, Kędzierski wydaje się być pogodzony z losem – proces jest ogólnoświatowy i chrześcijaństwo go przegrało. Polska będzie tylko kolejnym poligonem straconym na rzecz lewicowej rewolucji. Tekst ten dla mnie jako dla katolika bardzo przywiązanego do szeroko pojętego katolickiego imaginarium jest jednocześnie smutny i przerażający. Smutny, bo bardziej niż analizą jest raczej idealną ilustracją wszystkich grzechów, które chrześcijańscy działacze przez lata popełniali w ramach wspomnianej wojny kulturowej, i bardzo elegancką demonstracją, dlaczego na Zachodzie ją przegrali i cały czas ją przegrywają. Postaram się pokazać, dlaczego ten obraz jest fałszywy, a nawet groźny.

Naczelne miejsce w rozważaniach o krachu kultury chrześcijańskiej zajmuje rok 1968 z jego fenomenem rewolucji seksualnej. W tekście Kędzierskiego również nie mogło zabraknąć tego tematu razem z demoniczną postacią marksistowskiego filozofa, Antonia Gramsciego, który, mimo że umarł w 1937 roku, jest uznawany często na konserwatywnej prawicy za ojca chrzestnego tejże rewolucji. Gramsci był bowiem tym filozofem, który zerwał w myśli marksistowskiej z twardym materializmem dialektycznym. Zamiast tego u Gramsciego pojawiła się myśl, że walka klas może odbywać się także na innych płaszczyznach niż materialna, a klasy mogą być prześladowane również z innych powodów. W krajach Zachodu ta koncepcja padła na podatny grunt, choć przyczyny tego są trochę bardziej złożone, niż przyjęło się zakładać w prostej, manichejskiej wizji demonicznej rewolucji komunistycznej. Przede wszystkim w USA, będących epicentrum rewolucji kulturalnej, nadal zmagano się z problemem dyskryminacji osób czarnoskórych. Słynne hasło radzieckiej propagandy: „a u was biją Murzynów” nie było pozbawione podstaw – w USA na lata 60. przypadał szczyt ruchów emancypacji czarnoskórych, zapoczątkowany protestami Rosy Parks, a kontynuowanymi m.in. przez Martina Luthera Kinga. Na to nałożyła się wojna w Wietnamie, której okrucieństwa skłoniły sporą część amerykańskiej młodzieży do kwestionowania wyższości moralnej obozu demokracji nad obozem komunistycznego zniewolenia. Dodajmy do tego świeże jeszcze wspomnienia po nadużyciach maccarthyzmu. Grunt pod rewolucję był w zasadzie gotowy.

Nie da się ukryć, że spora część aktywistów Nowej Lewicy była zafascynowana działalnością reżimów komunistycznych w Rosji i w Chinach (dla wielu kraje komunistyczne, o których wiedzieli tylko to, co przedstawiała oficjalna propaganda, były istnym emancypacyjnym rajem). Niestety, owa inspiracja – a raczej fakt jej zauważenia – była i nadal jest tym, co zaślepia konserwatystów bliskich Kościołowi i uniemożliwia dostrzeżenie całego ogromu zjawisk. Dla Kościoła Katolickiego, zwłaszcza ze Wschodniej Europy, ZSRR był diabłem dążącym do eksterminacji chrześcijaństwa tak fizycznie, jak i ideowo.

Niestety w oczach wielu katolickich intelektualistów (w tym dla późniejszego papieża – Karola Wojtyły) ten związek zyskał charakter manichejskiego, esencjalnego zanieczyszczenia. Nieprzypadkowo w swoim tekście Kędzierski przywołuje Lewisowską alegorię czasów apokaliptycznych z ostatniej księgi cyklu o Narni – figura Esencjalnego Zła, która dobrze funkcjonuje raczej tylko w świecie literackiej fikcji i przejaskrawienia, zatruła umysły całych pokoleń konserwatywnych myślicieli.

U podstaw mechanizmu, który doprowadził do powstania owego mitu o zatruciu całej cywilizacji Zachodu esencjalnym, komunistycznym złem, było specyficzne zetknięcie się filozofów z Zachodniej Europy i USA z myślicielami z krajów okupowanych przez ZSRR. Polscy myśliciele katoliccy nie mieli bezpośredniej styczności z żadnym zjawiskiem podobnym do rewolucji seksualnej ‘68 roku ani w ogóle niespecjalnie z marksizmem w innej odmianie niż wulgarna apologia stalinizmu czy realnego socjalizmu (wielu marksistowskich filozofów było zresztą w krajach Układu Warszawskiego na cenzurowanym, bo ewolucja ich poglądów niespecjalnie odpowiadała narracji władz). Dla odmiany myśliciele prawicowi z USA nie mieli styczności z realnymi zbrodniami komunizmu, potrzebowali za to obrony coraz bardziej zdegenerowanego purytańskiego porządku. Narracja o skażeniu esencjalnym złem komunizmu świetnie tę potrzebę zaspokajała.

Rozpatrując rewolucję seksualną ’68, należy pamiętać, że nie była ona wyłącznie (a nawet nie przede wszystkim) inspirowanym przez ZSRR zrywem zbuntowanej młodzieży, ale przede wszystkim buntem społeczeństwa przeciw narastającej hipokryzji. Kędzierski pisze o zniekształceniu pojęcia chrześcijańskiej miłości. Problem w tym, że dokonali tego przede wszystkim konserwatywni politycy w sojuszu z chrześcijańskim (nie tylko katolickim) klerem. Pokolenie rewolucjonistów dojrzewało w narastającym przekonaniu, że chrześcijańskie wartości są tylko narzędziem opresji, za pomocą którego konserwuje się istniejący porządek społeczny (doskonałą ilustracją stosunku tamtego pokolenia do religii są skecze Monty Pythona, grupy powstałej bezpośrednio po rewolucji seksualnej). W 1968 roku już nikt specjalnie w ową chrześcijańską miłość nie wierzył – ani młodzieżowi zbuntowani rewolucjoniści, ani cyniczni prawicowi politycy, którzy w imię chrześcijańskich wartości bronili rozmaitych skorumpowanych i opresyjnych prawicowych reżimów, a w kraju – polityki apartheidu, i walczyli z prawami kobiet.

Dlatego teorie Gramsciego padły na podatny grunt – po prostu trafnie opisywały rzeczywistość społeczną w oczach wielu uczestników tamtych zdarzeń. Kościół katolicki zaś nie potrafił przekonująco zdystansować się od wieloletnich grzechów tych polityków, którzy swoją działalność opierali deklaratywnie na jego nauczaniu. Zrobił coś znacznie gorszego – przyłączył się do nich. Uczynił ich agendę swoją własną.

Humanae vitae, Jan Paweł II i katolicka kontrrewolucja wartości

Punktem przełomowym w rozwoju katolickiego mariażu z politycznym antykomunizmem w jego wydaniu zachodnim (tzn. walki z rewolucją Gramsciego) była encyklika Humanae vitae. Mimo że przeważająca większość teologów zaproszonych przez papieża Pawła VI do komitetu doradczego opowiedziała się za dopuszczeniem stosowania antykoncepcji w ramach małżeństwa, papież ostatecznie podjął inną decyzję – kluczową rolę odegrał tutaj doradzający mu w tej kwestii polski kardynał, Karol Wojtyła. W samej treści encykliki mnóstwo jest zresztą nawiązań do istniejącej sytuacji polityczno-społecznej i uzasadnień w kontrze do ducha czasów. Warto tutaj przypomnieć, że encyklika została opublikowana 25 lipca 1968 roku, a więc de facto w szczycie zdarzeń rewolucji seksualnej.

Przyjęcie encykliki zapoczątkowało kilka niezwykle destruktywnych dla Kościoła procesów. Po pierwsze, zantagonizowało praktycznie w całości zachodnich teologów, dla których przyjęte uzasadnienia były nieakceptowalne. Po drugie, zapoczątkowało długoterminową fiksację na sferze seksualnej w nauczaniu Kościoła, która była bardzo wygodna dla zaprzyjaźnionych prawicowych polityków. Pozwalała im na swoisty immunitet moralny, głównie w sferze stosunków gospodarczych. Zarazem spowodowała niepowetowane szkody w wizerunku Kościoła, zwłaszcza wtedy, gdy na jaw wyszły przerażające szczegóły skandali seksualnych w samym Kościele. Po trzecie, wykreowała popyt na równoległą rzeczywistość katolickich naukowców interpretujących wyniki badań tak, by uzasadniały antropologię leżącą u podstaw tej encykliki. Ze wszystkimi trzema skutkami mierzymy się do dziś.

Humanae vitae nie była bowiem zwykłą encykliką. Zawierała uzasadnienia, które, jak wspomniano powyżej, dla wielu teologów były nieakceptowalne lub zwyczajnie błędne, a równocześnie stawiały Kościół w roli politycznego bufora mającego powstrzymywać destrukcyjne procesy społeczne. Owo polityczno-socjologiczne uzasadnienie, obecne bardzo mocno w samej treści encykliki, poskutkowało znaczącą zmianą polityki ewangelizacyjnej Kościoła. Być może sytuacja wyglądałaby inaczej, gdyby dłużej na tronie Piotra zasiadał Jan Paweł I, zagorzały antykomunista, ale też przeciwnik antropologii zaprezentowanej w Humanae vitae. Dla Jana Pawła II (prawdopodobnie ze względu na doświadczenia z kraju komunistycznego) komunizm i krytyka antropologii z tej encykliki stanowiły w zasadzie nierozerwalną całość (przecież pigułka antykoncepcyjna stała się symbolem rewolucji seksualnej ’68 roku, a owa rewolucja intelektualnie żyrowana była głównie przez ludzi, którzy sami siebie określali jako marksiści). Wskutek konfliktu z teologami zachodnimi, z których większość nadal nie akceptowała argumentacji Humanae vitae, doszło do tego, że osoby pełniące funkcje nauczycielskie w strukturach Kościoła selekcjonowano głównie pod kątem teologicznej zgodności z tą konkretną wizją antropologiczną, którą papież-Polak twórczo przecież rozwijał (drugim takim obszarem buforowym, w którym opór wobec konkretnej teologii sklejał się z szeroko pojętym antykomunizmem, było podejście do teologii wyzwolenia).

Niestety po latach trudno jest patrzeć bezkrytycznie na zachwyty nad katolicką odpowiedzią na lewicową wizję człowieka. Owa „katolicka odpowiedź” nie potrafiła sobie poradzić z ujawnionymi, strukturalnymi problemami tradycyjnego modelu rodziny i w wielu wypadkach nie podejmowała dialogu z myślą świecką, zwłaszcza tą marksistowską, która zgodnie z przyjętym, niepisanym, acz praktykowanym założeniem o manichejskim, esencjalnym skażeniu Złem była w ogóle wykluczona jako partner do dyskusji.

Kryzys intelektualny myśli katolickiej jest w związku z tym aż nadto widoczny – praktycznie nie ma w tym momencie znaczących, katolickich intelektualistów, którzy byliby uczestnikami światowej dyskusji filozoficznej i naukowej. Próba stworzenia alternatywnego obiegu na wzór średniowiecza w sytuacji, w której przeważająca większość dyskusji naukowej odbywa się poza Kościołem, była w tej sytuacji z góry skazana na niepowodzenie.

Aborcja, eutanazja, antykoncepcja, homoseksualizm

Efektem przekonania, że dominującym obszarem manichejskiej inwazji demonicznego komunizmu jest szeroko pojęta sfera bioetyczna, było ograniczenie publicznej aktywności Kościoła praktycznie w czterech sferach: aborcji, eutanazji, antykoncepcji i homoseksualizmu.

W ramach próby stworzenia kontrrewolucyjnej narracji wszystkie te cztery sfery połączono w jedną wielką cywilizację śmierci. Ze względu na brak realnego rozeznania intelektualistów kościelnych w tematyce w każdej z tych sfer dopuszczano się licznych nadużyć intelektualnych, z których niektóre pokutują do dziś. W wypadku eutanazji powszechne stało się de facto podczepianie pod nią również zaprzestania uporczywej terapii, co poskutkowało licznymi sytuacjami, gdzie na Bogu ducha winien personel medyczny wylewała się fala hejtu i porównań z doktorem Mengelem. W wypadku antykoncepcji Kościół do dziś walczy z nią często poprzez różnego rodzaju dezinformacje, począwszy od sławnych mikrootworów w prezerwatywach, poprzez wyolbrzymianie negatywnych skutków antykoncepcji hormonalnej, aż po sztuczne pompowanie skuteczności naturalnych metod kontroli urodzin. Dla mnie niezwykle szokujące było odkrycie, że syndrom poaborcyjny, o którym mówi się w polskiej przestrzeni publicznej jako o czymś zupełnie oczywistym, nie istnieje. Choć nie ma go w żadnej klasyfikacji medycznej lub psychiatrycznej, został przejęty do polskiego dyskursu z dyskursu amerykańskich organizacji katolickich na podstawie wyrywkowych i metodologicznie wątpliwych przesłanek. Natomiast w kręgach świeckiej medycyny pojęcia tego zwyczajnie się nie używa, a samo zjawisko opisywane jako statystycznie istotne występowanie doświadczeń traumatycznych po aborcji po prostu nie występuje. Oczywiście nie ma to żadnego wpływu na moralną ocenę aborcji, natomiast pokazuje problem myśli katolickiej, która tak bardzo nie wierzy w siłę przekonywania własnego systemu moralnego, że musi odwoływać się do straszenia fałszywymi konsekwencjami psychologicznymi.

Najgorzej jest w kwestii homoseksualizmu, ponieważ uporczywie broni się antropologii, zgodnie z którą tendencje homoseksualne są „naturalnie nieuporządkowane”. Skrajnie biologistyczny język Humanae vitae i niedostrzeganie różnicy między naturą w znaczeniu biologicznym a naturą w znaczeniu celowościowej interpretacji zjawisk nie tylko pokazują miałkość katolickiej refleksji nawet na gruncie własnego aparatu pojęciowego. Skutkuje to przede wszystkim negowaniem wyników dotyczących wrodzonego (albo bardzo wcześnie i nieświadomie nabytego) charakteru orientacji seksualnej, a także promowaniem nieskutecznych i etycznie nieakceptowalnych tzw. terapii reparatywnych, lansowanych często przez rozmaitych hochsztaplerów działających na dalekich obrzeżach nauki.

Wszystko to powoduje nie tylko coraz większy podział nauki świeckiej i tzw. katolickiej, ale także rosnący sceptycyzm coraz większej grupy obywateli, dla których widoczny jest rozdźwięk między głoszonym przez Kościół moralnym perfekcjonizmem a metodami stojącymi w sprzeczności z jego nauczaniem, które mają katolicką doktrynę uzasadniać.

Efektem ubocznym jest też to, że całe gigantyczne bogactwo nauczania Kościoła, zwłaszcza w obszarach, w których przekaz ten mógłby obecnie wybrzmieć (np. w zakresie nauki społecznej i stosunków własności, ale także kłamstw i manipulacji w mediach), jest efektywnie tracone. Kiedy papież Franciszek podejmuje próby nawet nie zmiany nauczania, ale zmiany akcentów, jest momentalnie atakowany przez rozlicznych zarówno wewnątrzkościelnych, jak i okołokościelnych samozwańczych obrońców tradycji, którym takie, a nie inne ukierunkowanie moralnego nauczania pozwala wygodnie grać rolę moralistów.

Gdzie się podziały tamte wartości?

Jeśli zależy nam na uratowaniu chrześcijańskiego imaginarium, a zwłaszcza na skontrowaniu coraz bardziej egoistyczno-indywidualistycznej kultury Zachodu, sposób na to nie leży w próbie romantycznego idealizowania konserwatywnego raju sprzed stu lat (bo takowego nie było) ani na coraz bardziej sprzecznej z wartościami chrześcijańskimi brudnej wojnie z lewicą. Zamiast tego Kościół powinien wrócić do korzeni – odciąć się od powiązań z szemranymi konserwatywnymi politykami i biznesmenami, którzy wykorzystują Kościół do tego samego, do czego wielkie korporacje wykorzystują mniejszość LGBT – tzw. sygnalizowania cnoty, czyli załatwiania sobie za pomocą postawy w jednej kwestii swoistego moralnego immunitetu na amoralne zachowanie w innych sferach.  Inaczej nie tylko konserwatyści przegrają globalny pojedynek polityczny, co samo w sobie nie powinno mieć, zwłaszcza dla chrześcijan, specjalnego znaczenia, ale mogą także utracić zdolność utrzymywania w ryzach niekontrolowanych postępowych pomysłów lewicy. A to najpewniej nie skończy się dobrze dla nikogo.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.