Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Kacper Kempisty  14 września 2015

Armia musi walczyć

Kacper Kempisty  14 września 2015
przeczytanie zajmie 5 min
Armia musi walczyć film.com.pl

Polityka to jedno, kwestie militarne i doświadczenia żołnierzy to drugie. Możemy negatywnie oceniać decyzję o dołączeniu polskich wojsk do konfliktu w Iraku, ale nie zmienia to faktu, że to właśnie w latach 2003-2011, nasza armia „wkroczyła w XXI wiek” a misja iracka zainicjowała modernizację technologiczną polskich sił zbrojnych i pozwoliła naszym żołnierzom zdobyć bezcenne doświadczenie, którego nie dadzą nawet najlepsze szkolenia na najlepszych poligonach.

11 września to rocznica jednego z najtragiczniejszych wydarzeń we współczesnych dziejach. Tego dnia  miała również miejsce premiera polskiego filmu wojennego Karbala, opowiadającego o wydarzeniach z kwietnia 2004 w czasie okupacji Iraku. Data nie jest przypadkowa, a temat walki z muzułmańskimi fundamentalistami nadal aktualny. Przed premierą ukazała się książka o takim samym tytule autorstwa Piotra Głuchowskiego i Marcina Górki.  Jest to pierwsza dostępna relacja z wydarzeń ukazanych w filmie, a zarazem reportaż dotyczący całej polskiej misji w Iraku.

Akcja filmu opowiada o mało znanym, a bardzo ważnym dla naszej armii epizodzie z czasu drugiej zmiany Polskiego Kontyngentu Wojskowego w Iraku (PKW). Przyjęło się go nazywać bitwą o City Hall. Polska, będąca w koalicji państw interweniujących w Iraku, po oficjalnym zakończeniu drugiej wojny w Zatoce, dostała pod swoją kuratelę prowincję Karbala z głównym miastem o tej samej nazwie. „Województwo irackie”, jak wówczas nazywała je prasa, położone jest na południe od Bagdadu. Samo miasto rozmiarami przypomina Gdańsk. Jest jednym z centrów pielgrzymkowych muzułmanów o znaczeniu porównywalnym do Częstochowy w skali naszego kraju. To właśnie w momencie przebywania tam największej ilości pielgrzymów, w mieście rozegrała się trzydniowa obrona miejskiego ratusza, a dokładniej budynku o charakterze urzędu wojewódzkiego.

Polska armia wkroczyła do Iraku już po zakończeniu wojny i miała przeprowadzać operacje  o charakterze stabilizacyjnym – de facto okupacyjnym. Przekaz medialny skupiał się na rozdawaniu pomocy humanitarnej, ochronie legalnej władzy przed bojówkami, złożonymi z resztek partii Baas Husajna, i wszelkiego rodzaju muzułmańskimi ekstremistami. Z pozoru proste zadanie okazało się ogromnym wyzwaniem nie tylko dla Polaków. Nikt nie przewidywał, że wojska spędzą tam ponad pół dekady, że zginie tam aż 22 polskich żołnierzy, a jeszcze więcej powróci odniósłszy rany.

Dlaczego więc aż do teraz nie było wiadomo o trudnych warunkach, jakie tam panowały?  Donoszono co prawda o minach – pułapkach i chowano z honorami każdego poległego żołnierza, ale przez pierwsze dwa lata według mediów jedynym zmartwieniem było to, czy na czas dojadą do Iraku bożonarodzeniowe choinki.

Główny problem stanowił natomiast status bojowników, z którymi mierzyła się regularna armia, i – jakkolwiek by było – charakter misji. Jednak w kwietniu 2004 roku sytuacja tak się zaogniła, że walka była nieunikniona. W Karbali podczas święta Aszury, imam Mutada As-Sadr ogłosił się Mahdim –  islamskim mesjaszem. Zyskał gwałtowne i szerokie poparcie dzięki populistycznym hasłom oraz odniesieniu się do frustracji spowodowanej destabilizacją kraju po wojnie. Tworzył wokół siebie ogromne bojówki, złożone z byłych irackich żołnierzy i oficerów partii Baas (obie zostały rozwiązane i zdelegalizowane po wkroczeniu wojsk USA). Dzięki takiej sile i ukrytym powojennym arsenałom broni bez problemu przejął kontrolę nad miastem. W 2004 roku doszło też do zamachów w Hiszpanii. Nowo wybrany rząd pod wodzą Zapatero od razu zapowiedział wycofanie się wojsk z Iraku. Strefa kontrolowana przez Hiszpanów padła. Atmosfera robiła się coraz bardziej napięta.

PKW liczył w tym czasie 2,5 tys. żołnierzy, w tym logistyków i obsługę. Doszło do tego, że bojówki As-Sadra zajęły praktycznie całe miasto i prowincję oprócz miejscowego ratusza (ang. City Hall). Do jego obrony wysłano QRF (quick reaction force) – oddział szybkiego reagowania, złożony tylko z Polaków. To właśnie QRF bronił ratusza pierwszej nocy. Później został zmieniony przez naprędce zorganizowany oddział składający się głównie ze zwiadowców 17. Wielkopolskiej Brygady Zmechanizowanej, pod wodzą podpułkownika Grzegorza Kaliciaka, wtedy w stopniu kapitana, oraz wszystkich ochotników z bazy. Drugą część sił stanowili bułgarscy specjaliści, czyli żołnierze oddziałów specjalnych dowodzeni przez kapitana Getowa. Jak można przeczytać z relacji jednego z uczestników „mieli i uzbrojenie, i jaja”. Cała kolumna, która podjechała do City Hall to zaledwie około 80 ludzi: po połowie Polacy i Bułgarzy. Dodatkowo obie armie miały po dwa BRDMy, bojowe wozy piechoty konstrukcji jeszcze radzieckiej. Tak więc sprzęt był zbliżony, poradziecki, a porozumiewano się po rosyjsku. Nie można było w tym czasie liczyć na pomoc wojsk amerykańskich, bo również ich strefa na północy stała w ogniu. Za chwilę miała rozpocząć się pierwsza bitwa o Al Faludżę.

Kapitanowie Kaliciak i Getow zajęli budynek oraz część okolicznego placu. Przeciwko sobie mieli niewiadomej wielkości siły przeciwnika. Irakijczycy uzbrojeni głównie w broń maszynową i ręczne wyrzutnie rakiet – RPG – nękali ich, samobójczymi falami szturmując ratusz. Do tego na pobliskich budynkach co pewien czas pojawiali się snajperzy oraz trwał ostrzał moździerzowy. Na szczęście podczas samej akcji nikt nie zginął, tylko jeden
z Bułgarów został ranny.

Cała akcja była prawdziwym chrztem bojowym dla Polaków. Jak mówili później reporterom, więcej nauczyli się w czasie tego jednego starcia niż przez wszystkie lata na poligonie i szkolenia przed misją w kraju. Pierwszy raz spotkali się z żywym przeciwnikiem. Stanęli w sytuacji zagrożenia życia swojego i kolegów. Po bitwie okazało się, że cała misja nie będzie tak przyjemna jak przewidywano. Wcześniejsze w Bośni i Kosowie określali mianem WOW: Wojskowy Ośrodek Wypoczynkowy. Żołnierze dzielą się w książce tym, że nie spodziewali się takiego obrotu spraw, że tam naprawdę trwa wojna. Polska armia okazała się całkowicie nieprzygotowana do prowadzenia nowoczesnych działań wojskowych.

Pozwolę sobie przytoczyć słowa ze wstępu książki Głuchowskiego i Górki: „Mieliśmy poradziecki sprzęt, łaziki dobre do prac rolnych, nie na pole walki. Podkradaliśmy coca-colę ze stołówek. Byliśmy dzikusami, którzy pojechali na saksy, żeby dorobić. Do tego trudno się dziś przyznać. I dopiero tam zobaczyliśmy technikę XXI wieku, nauczyliśmy się maszynerii nowoczesnego wojska”.

Do udziału polskiego wojska w misji w Iraku i później w Afganistanie można mieć różny stosunek. Sytuacja nie jest czarno-biała i nigdy nie była, stąd długie milczenie w sprawie bitwy o City Hall czy cytowane w książce komentarze z Internetu. Nie można jednak zaprzeczyć, że właśnie wtedy polska armia została gruntownie zmodernizowana. Zamiast Honkerów (samochodów o konstrukcji tarpana, które chałupniczo owijano w siatkę maskującą) mamy teraz Humvee: prawdziwie opancerzone i wyposażone w zagłuszacze fal, które uniemożliwiają wysadzenie min pod konwojem, co w Iraku było bardzo popularną metodą walki. Zamiast poradzieckich BRDM-ów są Rosomaki i pojazdy MRAP, które wytrzymują wybuch miny, drony będące obecnie podstawą zwiadu oraz, co najważniejsze, przeszkolenie wojskowe jakiego nie można nabyć na poligonie. Wszyscy żołnierze, którzy byli na misjach, nawet siedząc w bazie, nauczyli się o wiele więcej niż w kraju. Biorąc udział w akcjach wspólnie z jednostkami amerykańskimi poznali nowoczesne metody walki.

Po obronie ratusza, do Karbali przybył batalion 1. Dywizji Pancernej US Army oraz Military Police – Żandarmeria Wojskowa. Sami żołnierze podkreślają, jak zadziwiające było zobaczyć całą tę machinę. Tuż obok bazy Lima całkowicie od zera powstała nowa baza, amerykańska. Sprzęt robił duże wrażenie – czołgi Abrams i wozy opancerzone Bradley to cuda ówczesnej techniki wojskowej. Autorzy książki tak przedstawiają amerykańskich wojskowych: „Wielu pochodzi z farmerskich rodzin osiadłych w tak zwanym amerykańskim pasie biblijnym – tam gdzie prawie każdy ma w szafie strzelbę. Są pobożni, nieskomplikowani, kochają swoje rodziny, amerykańską wolność, prezydenta Busha, wielkie samochody i prawo do noszenia broni”. Opis ten może jest stereotypowy, jednak dobrze charakteryzuje wojaków zza oceanu. To zawodowcy. Właśnie dzięki przebywaniu z nimi i wspólnym udziale w operacji „Iron Saber”, polegającej na powolnym odzyskiwaniu Karbali dom po domu, Polacy nauczyli się najwięcej.

Autorzy nie stają po żadnej ze stron konfliktu o słuszność udziału Polaków w walkach w Iraku. Ja również nie chcę tego robić. Z pewnością jednak żołnierze nauczyli się tam bardzo wiele, bo tylko tak armia może się rozwijać – działając i próbując swoich sił, sprawdzając rozwiązania i testując je na polu walki. Inaczej ugrzęźnie w stagnacji, zasiedzi się i będzie nieskuteczna. Irak i Afganistan dały nam doświadczonych żołnierzy, nowy sprzęt i nowe spojrzenie na współczesną wojnę.