Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Piotr Trudnowski  18 września 2018

Wspólnie torujecie drogę antyimigranckim radykałom. Wokół Chorążego i Bosaka

Piotr Trudnowski  18 września 2018
przeczytanie zajmie 9 min
Wspólnie torujecie drogę antyimigranckim radykałom. Wokół Chorążego i Bosaka Fot. shutterstock.com

Politycy Prawa i Sprawiedliwości zdają się myśleć, że czyniąc wizerunkowe koncesje na rzecz antyimigranckich radykałów zapewnią sobie „spokój na prawej flance”, a przejmując retorykę ugrupowań eskalujących ksenofobiczne emocje nie dopuszczą do wzrostu ich popularności. Z kolei wielu zwolenników imigracji uważa, że osoby o takich poglądach należy otoczyć „kordonem sanitarnym” i prewencyjnie wykluczyć z debaty publicznej. Paradoksalnie obie te strategie przynosić będą długofalowo efekty odwrotne od zamierzonych. Zarówno dymisja Pawła Chorążego, jak i fala krytyki za dyskusję z udziałem Krzysztofa Bosaka przybliża nas do wzrostu popularności antyimigranckiego populizmu.

W ubiegły piątek media obiegła informacja o tym, że premier Mateusz Morawiecki podjął decyzję o dymisji Pawła Chorążego, podsekretarza stanu w Ministerstwie Inwestycji i Rozwoju. Bezpośrednim powodem miały być wypowiedzi wiceministra na zorganizowanym przez nas spotkaniu otwartym. Chorąży przekonywał, że z powodów gospodarczych i ze względu na rosnącą lukę na rynku pracy Polska potrzebuje polityki migracyjnej. Relacja za spotkania trafiła do internetowej bańki sympatyków Ruchu Narodowego wywołując tam duże kontrowersje i falę krytyki wobec rządu. Szybko pojawiły się głosy odcinające się od Chorążego, choćby na twitterowych kontach ministrów Joachima Brudzińskiego i Macieja Wąsika.

W oczywisty sposób ujawniły się różnice między optyką gospodarczą a spojrzeniem rodem z resortów siłowych. O napięciach między tymi ośrodkami w sprawie polityki migracyjnej słyszymy od dawna. Są one tym istotniejsze, że przebiegają równolegle do podziałów w obozie władzy. Gdy myślimy kategoriami partyjnymi, to okaże się zrozumiałe, że ciągle budujący swoją pozycję w PiS-ie premier Morawiecki podjął decyzję zgodną z oczekiwaniami  „twardego jądra” formacji rządzącej.

Morawiecki zapomniał o „Planie Morawieckiego”?

Jednocześnie trzeba dostrzec, że taktyczne ustępstwo Morawieckiego jest jednocześnie strategiczną dezercją szefa rządu z tego wymiaru polityki, która polega na kształtowaniu i korygowaniu postaw i nastrojów społecznych.

Mając bowiem świadomość skali wyzwań demograficznych i gospodarczych od rządu oczekiwać należy bowiem m.in. przygotowania polityki imigracyjnej ukierunkowanej na potrzeby rynku pracy, tworzenia ścieżek integracji dla wykwalifikowanych cudzoziemców i ich bliskich, rozwoju instrumentów integracyjnych takich jak nauka polskiego czy narodowych zwyczajów, zwiększenia publicznych nakładów na obsługę procedur dostępu cudzoziemców do polskiego rynku pracy oraz państwowego wsparcia pozarządowych organizacji działających na tym odcinku, w tym organizacji stricte imigranckich. W dłuższej perspektywie musimy pamiętać o działaniach edukacyjnych dotyczących pozytywnej roli cudzoziemców. Celem takich państwowych akcji informacyjnych musi być przeciwdziałanie dyskryminacji, promocja postawy otwartości, przełamywanie stereotypów i uprzedzeń.

Dla wielu Czytelników pewnie powyższy akapit zabrzmi niczym „pakiet maksimum” postulatów jednoznacznie proimigranckiego środowiska. Błąd. To wyliczona niemal dosłownie część celów rządu Prawa i Sprawiedliwości. To wybrane działania w tym obszarze przewidziane do 2020 i 2030 roku w Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju (dla leniwych: strona 170). Przypomnijmy, tzw. „Plan Morawieckiego” jest oficjalnie przyjętą przez rząd – jeszcze za premierostwa Beaty Szydło – strategią naszego państwa. Premier Morawiecki zdymisjonował właśnie wiceministra za to, że ten przyznał, że rząd Morawieckiego realizuje „Plan Morawieckiego”. Logiczne, prawda?

Bez większej ekwilibrystyki da się zrozumieć, skąd wzięła się ta decyzja. Pierwszym powodem jest wspomniana potrzeba uwiarygodnienia się przez Morawieckiego w partii. Drugim – naturalny strach przed „ostrzałem” z prawej strony. Od ponad dekady jednym z najważniejszych celów formacji Jarosława Kaczyńskiego jest to, by „nie dać się obejść z prawej strony”. Zbliżające się wybory do Parlamentu Europejskiego – po tym, jak nie udało się zabetonować ordynacji wyborczej – tworzą przestrzeń dla sukcesu  Ruchu Narodowego lub innej, podobnej formacji. Trzecim istotnym kontekstem jest budowany wewnątrz obozu rządowego sojusz Morawieckiego z Joachimem Brudzińskim.

Zostawmy argumenty wewnątrzpartyjne i skoncentrujmy na najistotniejszym z punktu widzenia polskiej debaty publicznej argumencie, czyli potencjalnej marginalizacji postaw radykalnych. Tu problem leży w tym, że ulegając nastrojowi „prawej flanki” rząd traci okazję do tego, by w sposób przemyślany rozpocząć publiczną dyskusję o polityce migracyjnej, która obejmie wyliczone wyżej działania, ale też doprowadzi do wypracowania takiej polityki, która – o czym również mowa w SOR – będzie selektywna, precyzyjna, drugorzędna i uzupełniająca wobec celów pronatalistycznych, skorelowana z działaniami w obszarze bezpieczeństwa i wreszcie będzie wyciągała wnioski z błędów państw Europy Zachodniej.

Przekaz sączony przez „twarde jądro” PiS – dla którego reprezentatywny jest reportaż w Wiadomościach TVP – jest dokładnie odwrotny. Zamiast tworzyć wysokie standardy zarządzania procesem imigracyjnym, niuansować problem i szukać kierunków imigracji akceptowalnych dla Polaków, stawia się znak równości między imigracją legalną i nielegalną, bliską kulturową i kulturowo odległą, między imigracją zarobkową z Ukrainy i Dalekiego Wschodu a „wędrówką ludów” z Bliskiego Wschodu i Północnej Afryki. Taka retoryka partii i jej medialnych ekspozytur wiąże ręce własnemu rządowi w prowadzeniu polityki w jednym z kluczowych obszarów, które zdiagnozował jego szef.

W efekcie cel w postaci marginalizacji antyimigranckich radykałów nie zostanie osiągnięty. Bez przemyślanej polityki, odpowiedzialnej debaty i działań informacyjno-edukacyjnych – wszystkie je przewiduje SOR – grono Polaków podzielających w tej sprawie stanowisko Ruchu Narodowego będzie rosło. Już dziś wydaje się, że liczba wyborców o jednoznacznie antyimigranckich nastrojach wielokrotnie przekracza elektorat tej partii, tworząc bazę do jego potencjalnego powiększenia.

Jedna wizerunkowa dymisja nie zbuduje wiarygodności rządu w tej grupie, jeśli nie pójdą za nią inne decyzje. Czy prace nad Polityką Migracyjną Polski zostaną zarzucone? Czy uchwalona zostanie nowa wersja SOR wykluczająca działania w tym kierunku? Czy zablokowany zostanie obserwowany wzrost imigrantów? Dopóki się to nie stanie – lub dopóki rząd nie zacznie rozmawiać o tym w Polakami z podniesioną przyłbicą – narodowcy będą mieli wygodny argument, by się od rządu odróżniać i zarzucać PiS-owi hipokryzję. Chcąc więc przeciwdziałać „obejściu z prawej strony” PiS dziś de facto hoduje wyborców wyrazistszej „opcji antyimigranckiej”.

Fałszywi obrońcy demokratycznych standardów

Antyimigranccy radykałowie mają jeszcze bardziej paradoksalnych sojuszników, niż politycy PiS. Są to samozwańczy obrońcy standardów demokratycznej debaty i strażnicy granic pluralizmu.

Równolegle do spotkania z Pawłem Chorążym zaplanowaliśmy w warszawskim Klubie Jagiellońskim debatę dwóch wyrazistych postaci polskiej prawicy, które reprezentują dwa skrajne podejścia do tematu imigracji. Zaprosiliśmy szefa Związku Przedsiębiorców i Pracodawców Cezarego Kaźmierczaka – jednoznacznego zwolennika imigracji z powodów stricte gospodarczych – i wiceprezesa Ruchu Narodowego Krzysztofa Bosaka. Nasza intencja była oczywista. Widząc eskalację skrajnych emocji w tym temacie chcieliśmy zainicjować otwartą dyskusję, w której argumenty obu stron wybrzmią doniośle.

Okazało się, że wizja otwartego sporu nie przypadła do gustu samozwańczym obrońcom standardów debaty. Ze strony całkiem sporego grona naukowców i komentatorów usłyszeliśmy o naszej rzekomej „kompromitacji”, „koszmarnym pomyśle”, a nawet błyskotliwe porównania między sceptycyzmem co do otwierania granic dla imigrantów a wiarą w mordowanie przez Żydów chrześcijańskich dzieci i przerabiania ich na macę.

Znów, paradoksalnie, największymi wygranymi tej sytuacji są narodowcy. Mogą pokazywać, że polską nauką rządzi polityczna poprawność, a ich poglądy podzielane przez rzesze Polaków (poszerzanie elektoratu!) są rugowane z debaty publicznej. W ten sposób dajemy narodowcom  kolejną szansę, aby mogli mobilizować swoich sympatyków i potencjalnych wyborców wokół poczucia wykluczenia. Słuchając genialnych rad „antyradykałów” powinniśmy dla zachowania reputacji dać narodowcom jeszcze większy prezent – odwołać zaproszenie dla Bosaka. Ten zaś jako kuty na cztery łapy polityk z pewnością znakomicie wykorzystałby ów fakt do autopromocji. Oczywiście, pewnie Bosaka można złapać na manipulacjach i powielaniu fake-newsów. Zgoda, że powinno się za to piętnować każdego uczestnika życia publicznego. Tylko czy aby na pewno to powinno bezwzględnie eliminować z debaty? Czy fejki na temat imigrantów są bardziej stygmatyzujące niż fejki na temat, dajmy na to, „pisowców”, w których lubują się politycy twardej opozycji?

Powiedzmy sobie wyraźnie: możemy się z Ruchem Narodowym w sprawach migracyjnych, zagranicznych i wielu innych nie zgadzać w najmniejszym calu. Dopóki jednak ich formacja jest legalnie działającą w kraju partią, to powinniśmy z nią polemizować, a nie uznawać ją za non est w imię dobrego samopoczucia wąskiego wycinka wielkomiejskiej elity uniwersyteckiej.

Mówiąc wprost, tak też widzimy naszą rolę na polskiej prawicy. Staramy się wykazywać niedostatki w myśleniu jej skrajnych odłamów w otwartej polemice – jak to miało miejsce choćby wówczas, gdy z jednym z liderów Ruchu rozmawialiśmy o ich stosunku do imigrantów z Ukrainy – i jawnie krytykować, gdy przekracza granice akceptowalne w chrześcijańskiej tradycji, do której wspólnie się odwołujemy – jak to miało miejsce, gdy ostro wystąpiliśmy przeciwko zalewowi prymitywnego, odczłowieczającego hejtu antyuchodźczego.

Bez debaty nie ma wspólnoty

Sądzę, że w opisanych trendach widać zagrożenie dla demokratycznej wspólnoty dużo poważniejsze, niż było nie było fantomowy wciąż strach przed cudzoziemcami i dość płytka – bo niepoparta dotąd negatywnym osobistym doświadczeniem – ksenofobia. Wszystkie istotne społecznie strony sporu wokół imigracji na wszelki możliwy sposób starają się uniknąć rzetelnej debaty.

Narodowcy zaatakowali Chorążego za krytyczne zdanie o możliwości rozwiązania polskich problemów demograficznych przez repatriację Polaków ze Wschodu z gorliwością „Gazety Wyborczej” tępiącej odstępstwo od wyśrubowanych standardów poprawności politycznej. Rząd uległ najbardziej krzykliwej grupie elektoratu, poświęcił znakomitego fachowca w imię partyjnej kalkulacji i sam nagłośnił temat w sposób, którego konsekwencją będzie musiała być zmiana planowanej i uchwalonej strategii. Co najistotniejsze – przy okazji ekipa rządząca zrezygnowała z szansy na perswazyjną i otwartą komunikację z Polakami w tej sprawie. Zwolennicy imigracji (tudzież przeciwnicy przeciwników imigracji, bo to akurat zdaje się lepiej charakteryzować grupę krytyków zaproszenia Bosaka) powiedzieli jednoznacznie, że pluralizm ich zdaniem jest wartością tak długo, aż pluralistycznie prezentowane są ich poglądy. Wszyscy uznali, że rzetelna debata na temat ważnego dla każdej ze stron tematu jest niepożądana.

Tymczasem w prawdziwym świecie spotykamy coraz więcej imigrantów. Nasze miasta stają się coraz bardziej zróżnicowane narodowościowo i etnicznie. Polscy przedsiębiorcy coraz bardziej niepokoją się brakiem rąk do pracy. Polacy czują, że coś się zmienia. Elity z jednej i drugiej strony światopoglądowego podziału starają się to przed nimi ukryć i zakrzyczeć emocjonalnymi hasłami. Jako wspólnota polityczna – choć to określenie coraz bardziej na wyrost – zatraciliśmy zdolność debaty nad poważnymi problemami, a strony sporu coraz łatwiej przechodzą nad tym faktem do porządku dziennego i wpisują w ten stan rzeczy swoją partykularną agendę. W tej atmosferze wzrost poparcia dla narodowców czy innych sił antyimigranckich to scenariusz umiarkowanie optymistyczny. Obyśmy do niego nie tęsknili, gdy przemilczane w debacie publicznej napięcia doprowadzą do eskalacji przemocy.

A może jest jeszcze czas, by jednak zasiąść do tej otwartej debaty