Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Piotr Wójcik  6 lipca 2015

Biedny płaci więcej. Odwrócona redystrybucja w Polsce

Piotr Wójcik  6 lipca 2015
przeczytanie zajmie 8 min
Biedny płaci więcej. Odwrócona redystrybucja w Polsce Ken Teegardin/Flickr.com

W większości krajów Europy Zachodniej funkcjonuje progresywny system podatkowy. W sumie nic dziwnego – argumentów za takim rozwiązaniem, ekonomicznych, socjologicznych czy wreszcie moralnych, jest całkiem sporo. W krajach, w których idea sprawiedliwości społecznej jest traktowana z dystansem lub podejrzliwie, obowiązuje z reguły system liniowy, w którym wszystkie grupy społeczne płacą podatki mniej więcej podobne. W Polsce tymczasem sprawiliśmy sobie regresywny system podatkowy, w którym zamożniejsi obywatele mogą płacić proporcjonalnie dużo niższe podatki od swoich uboższych rodaków.   

Regresywny system podatkowy sprawia oczywiście, że ciężar utrzymania państwa spoczywa na grupach, którym jest to czynić najtrudniej. Muszą one więc włożyć dużo więcej wysiłku, niż musiałyby to zrobić warstwy zamożniejsze, gdyby to na nich oparto ten obowiązek.

Prowadzi to do sytuacji, w której szeroko rozumiane opodatkowanie (podatki, składki i wszelkie inne daniny) osób dobrze sytuowanych jest w Polsce tak niskie, że przypomina raj podatkowy. Tymczasem obywatele niezamożni czują na sobie taki ciężar danin, że na teorie nazywające Polskę rajem podatkowym reagują pukaniem się w czoło. Inaczej mówiąc, również u nas funkcjonuje dobrze znana w cywilizowanym świecie redystrybucja, tylko że nasza jest odwrócona – od biednych do bogatych.

Żeby ulżyć większości słabo zarabiających Polaków należałoby więc przenieść ciężar odpowiedzialności za utrzymanie państwa na zamożnych mieszkańców naszego kraju. Taki argument wynika nie tylko ze zwykłej ludzkiej przyzwoitości, ale też ma uzasadnienie ekonomiczne – jak wyliczył Międzynarodowy Fundusz Walutowy (badanie w 150 krajach), zwiększenie udziału płac najniższej grupy zarobkowej (dolne 20% społeczeństwa) o zaledwie 1 pkt procentowy przeciętnie przekłada się na przyspieszenie wzrostu PKB niemal o 0,4 punktu procentowego, tymczasem podniesienie udziału płac najwyższej grupy zarobkowej (górne 20%) przynosi średnio… zmniejszenie wzrostu PKB o ok. 0,1 punktu procentowego. Tak więc dzięki skierowaniu strumienia redystrybucji na normalne tory (od bogatych do biednych) wszyscy będziemy szybciej się bogacić. W długim terminie skorzystaliby więc na tym wszyscy, również ci zamożni. Żeby tak się stało, musimy zmienić charakter naszego systemu podatkowe z regresywnego na progresywny.

Przegląd naszego systemu rozpocznijmy od podatku dochodowego. Odpowiedzialni za stworzenie jego zrębów w Polsce wykazali się niemałym kunsztem – stworzyli podatek PIT formalnie progresywny, tak by wyglądał ładnie po europejsku, a zarazem liniowy, czyli zgodnie z interesem zamożnych grup interesu. Nie dość, że wprowadzono niską i zaledwie 2-stopniową łagodną progresję (18% i 32%), to jeszcze zadbano o to, żeby do tej wyższej stawki kwalifikowała się bardzo wąska grupa osób (głównie pracownicy sektora publicznego lub niepoprawni idealiści, którzy nie chcą korzystać kosztem pobratymców). Górna stawka 32% sama w sobie jest niska w porównaniu z krajami Europy (Włochy 45%, Niemcy 45%, Hiszpania 42%, Szwecja… 56%), ale i tak płaci ją… 2% podatników PIT. Jako że próg dochodowy wynosi dla niej trochę ponad 7 tys. zł miesięcznie (85 tys. zł rocznie), to można się chyba domyślać, że coś tu nie gra. A nie gra głównie dlatego, stworzono jeszcze jedną stawkę – nazwaną 19-procentowym podatkiem liniowym dla przedsiębiorców. Sęk w tym, że masowo korzystają z niego osoby, które żadnymi przedsiębiorcami nie są.

Rzesze specjalistów czy menedżerów przechodzi na samozatrudnienie tylko po to, by ominąć szerokim łukiem górną stawkę podatkową, choć charakter ich relacji ze zleceniodawcą nie różni się w żaden sposób od pracujących na etacie.

W ten sposób Polska stała się niemal europejskim zagłębiem samozatrudnienia. Wg OECD ich odsetek w ogólnej liczbie zatrudnionych w Polsce wynosi 22% i  pod tym względem w UE wyprzedzają nas  jedynie Grecja (37%) oraz Włochy (25%), czyli kraje, które przechodzą ostatnio ciężkie chwile. W prężnych gospodarkach ten odsetek jest zdecydowanie niższy.

Reasumując, mamy w Polsce tak naprawdę trzy stawki PIT – 18% dla większości Polaków, 19% dla zarabiających powyżej 85 tys. zł rocznie oraz 32% dla tej wąskiej grupki dobrze wynagradzanych osób, którym na liniową 19-procentowa stawkę nie pozwala przejść wyjątkowa sytuacja (np. praca w sektorze publicznym) albo sumienie.

Reforma PIT wymagałaby więc wprowadzenie realnej progresji – np. czterostopniowej 15%, 25%, 35% i 45% (drugi próg rozpoczynałby się od około 50 tysięcy złotych rocznego dochodu), lub przynajmniej trzystopniowej 15%, 30%, 45%, w której drugi próg zaczynałby się na poziomie ok. 65 tysięcy zł.

Przede wszystkim jednak, te progresywne stawki musiałyby obowiązywać wszystkie grupy podatników, a więc także osoby fizyczne prowadzące działalność gospodarczą, co oznaczałoby likwidację liniowej stawki PIT dla przedsiębiorców i objęcie ich skalą podatkową. Dzięki temu dużo trudniej byłoby uciekać przed wyższą stawką podatkową, a przy okazji ograniczylibyśmy zjawisko fikcji samozatrudnienia w Polsce. Natomiast obniżenie dolnej stawki PIT do 15% ulżyłoby nieco najmniej zarabiającym.

Mieliśmy dowód na liniowy charakter naszego PIT, teraz wprowadźmy pierwszy element regresji. Najbardziej dobitnie objawia się ona przy składkach do ZUS. Podczas gdy szeregowy pracownik płaci składki na poziomie ok. 20% swojego wynagrodzenia (a licząc z kosztem pracodawcy wychodzi jeszcze więcej), osoba rozliczająca się jak przedsiębiorca płaci stałą składkę wynosząca niecałe 1100 zł. Inaczej mówiąc, samozatrudniony specjalista albo przedsiębiorca osiągający miesięczny dochód rzędu 50 tysięcy złotych płaci składki na poziomie… 2% dochodu. Czyli proporcjonalnie jakieś 10 razy mniejsze niż osoba zarabiająca na etacie 3 tysiące zł brutto. Wydaje się to tak absurdalne, że aż niemożliwe, a to przecież tylko nasza polska dobrze znana rzeczywistość. A to i tak nie wszystko. Ustawodawca zadbał o to, żeby najbogatsze osoby rozliczające się z ZUS na zwykłych zasadach za bardzo się nie przemęczyły i ustanowił roczną granicę składkowania – osoby zarabiające rocznie więcej niż 119 tys. zł są zwolnione ze składek od dochodu powyżej tej kwoty. Działania w obrębie składek ZUS wydają się oczywiste – należy jak najszybciej wprowadzić oskładkowanie przedsiębiorców proporcjonalne do osiąganych przez nich dochodów. Dzięki temu przedsiębiorcy (ci prawdziwi oraz ci fikcyjni) dokładaliby się do systemu ubezpieczeń społecznych w sposób realnie odpowiadający ich dochodom. Opłaciłoby się to też tym niewiele zarabiającym drobnym przedsiębiorcom, dla których 1100 zł składki ZUS jest sporym obciążeniem, gdyż muszą ją płacić nawet w okresach, w których nie osiągnęli dochodu, lub był on niewielki. Gdyby ich składki były proporcjonalne do dochodu, to w okresach słabszych, w których odnotowali wyjątkowo niski zysk, ich składki byłyby również odpowiednio mniejsze (proporcjonalne do dochodu jak u osób na etacie).

A zwiększenie wpływów do ZUS dzięki wyższemu oskładkowaniu dobrze zarabiających przedsiębiorców mogłoby umożliwić zmniejszenie składek płaconych przez pracodawcę za swojego pracownika, np. likwidację składki rentowej po stronie pracodawcy oraz składek na Fundusz Pracy i FGŚP (przy pensji 3000 zł brutto zmniejszyłoby to obciążenie o 271,50 zł).

Idąc dalej, ci samozatrudnieni oraz przedsiębiorcy przynajmniej coś na FUS płacą. Tymczasem najbogatsi Polacy często nie dokładają do systemu ubezpieczeń społecznych ani złotówki. Czerpią oni swoje dochody z zysków kapitałowych (dywidendy, odsetki z lokat, zysk ze sprzedaży akcji), które nie są oskładkowane, a obciążone są tylko niewielkim oczywiście liniowym podatkiem od dochodów kapitałowych wynoszącym 19%. W Niemczech i Irlandii wynosi on 25%, a w Skandynawii nawet powyżej 30%. Dodatkowo, dochody te nie są wliczane do dochodu ogólnego, więc ktoś kto zarabia na rynku kapitałowym spore pieniądze, a oprócz tego pracuje, nie wpada w wyższą stawkę podatkową. Mamy więc w Polsce sytuację, że milioner czerpiący zyski ze swoich aktywów kapitałowych płaci podatek dochodowy o 1 punkt procentowy wyższy niż osoba zarabiająca płacę minimalną. Tylko że ona jeszcze musi odprowadzić ok. 20-procentowe składki do ZUS, a milioner nie musi. Tak więc gdyby to zebrać do kupy, ów milioner jest proporcjonalnie wyraźnie niżej obciążony niż etatowiec na minimalnej.

Tutaj najprostszym rozwiązaniem byłoby po prostu doliczanie dochodów kapitałowych do ogólnego dochodu, tak by były one opodatkowane na ogólnych zasadach PIT (bo też dlaczego w ogóle ma być inaczej?). Dzięki temu osoby zarabiające na rynku kapitałowym sporo, wpadałaby w wyższe stawki podatkowe.

Kolejny element regresji to oparcie naszego systemu przede wszystkim o podatki pośrednie (czyli głównie VAT), które siłą rzeczy obciążają w większym stopniu osoby najuboższe, gdyż na bieżącą konsumpcję przeznaczają one zdecydowanie większą część swoich środków – na nic więcej najczęściej ich już nie stać. Wystarczy tylko wspomnieć, że najuboższe 20% społeczeństwa wydaje przeciętnie… 127% swoich dochodów (a więc taki odsetek ich dochodów jest obciążony VAT), a najbogatsze 20% tylko 71% swych dochodów, resztę np. lokując na rynku kapitałowym lub też wydając za granicą. Regresywny charakter podatków pośrednich jest powszechnie znany, więc państwa, którym sytuacja mniej zamożnych obywateli leży na sercu, opierają swe systemy o podatki dochodowe, które są przy okazji najlepszym instrumentem zmniejszania nierówności. Nasz system podatkowy, który został stworzony w interesie silnych grup interesu, oczywiście poszedł drogą odwrotną. W budżecie roku 2014 podatek PIT stanowił ledwie 18% planowanych wpływów podatkowych, tymczasem VAT 47%. Wszystkie podatki pośrednie (łącznie z akcyzą) stanowiły aż 72% dochodów podatkowych, a więc zdecydowanie dominowały nad pozostałymi, co walnie przyczyniło się do regresywności polskiego systemu.

By odwrócić regresję polskich podatków, wraz za zwiększaniem opodatkowania dochodów zamożnych Polaków powinno iść też stopniowe zmniejszanie podstawowej stawki podatku VAT w kierunku granicy 20%, a jeśli zwiększenie dochodów z PIT okazałoby się wystarczające, to nawet niżej (minimalna podstawowa stawka VAT dopuszczalna w UE to 15%).

Podatek od nieruchomości to najprostszy sposób opodatkowania majątku, gdyż nieruchomości zagranicę wyprowadzić się nie da. Niestety w Polsce wymierza się go nie od wartości nieruchomości, ale od jej powierzchni. Prowadzi to do takich „kwiatków”, że ktoś kto ma stary 300-metrowy rozpadający się dom w Katowicach na Janowie zapłaci podatku 204 złotych, za to posiadacz pięknej, nowiutkiej 200-metrowej willi na katowickim Podlesiu będzie musiał przelać na konto katowickiego magistratu o 68 złotych mniej. Z drugiej strony budowle (różnią się od budynków między innymi tym, że nie są stale przywiązane do ziemi lub ich budowa nie składa się z czterech ścian i dachu) opodatkowane są już według ich wartości, a więc nie ma żadnych przeszkód, by także budynki opodatkować według wartości.

Oczywiście o tym, czy jakieś rozwiązanie zostanie wprowadzone w Polsce, nie decyduje to, czy jest to rozwiązanie dobre, ale czy jest to rozwiązanie dobre dla silnych grup wpływu. Przyjmując jednak, że byłoby inaczej, należałoby zamiast obecnego podatku od nieruchomości, wprowadzić podatek katastralny, czyli wymierzany od jej wartości zawartej w urzędowym rejestrze.   

W polskim systemie duże znaczenie ma mnogość przeróżnych ulg podatkowych. Wydawałoby się, że to dobrze – w końcu ulgi pozwalają państwu skierować pomoc tam, gdzie jest to potrzebne. Problem w tym, że z wielu ulg mogą skorzystać tylko ci, których na to stać. A dodatkowo ci, którzy mogą sobie pozwolić na nieco większy wydatek, w wielu przypadkach dostaną większą ulgę. Przyjrzyjmy się np. odliczaniu od podstawy opodatkowania wpłat Indywidualne Konta Zabezpieczenia Emerytalnego. Oczywiście na taką ekstrawagancje mogą w Polsce pozwolić sobie tylko bardziej zamożni. A im więcej wpłacą, o tyle więcej zmniejszą swój dochód przed opodatkowaniem (granica jest na poziomie 4750 zł rocznej wpłaty). Ulga budowlana także jest zarezerwowana raczej dla zamożnych – biedni się nie budują. Na jej podstawie można otrzymać zwrot 65% VAT z przedstawionych faktur. Czyli im większa suma będzie na tych fakturach, tym większy będzie zwrot – tutaj granica odliczenia wynosi 33 tys. zł zwrotu w ciągu 5 lat. W istocie ulgi podatkowe nie tylko nie zmniejszają regresywności naszego systemu, ale jeszcze ją pogłębiają.

Ostatnim przykładem niesprawiedliwych polskich rozwiązań jest zupełny brak opodatkowania spadków w ramach I grupy podatkowej, czyli w obrębie najbliższej rodziny. Podatek od spadków ma na celu to, by osoby szczęśliwie urodzone w bogatych rodzinach i przez to już na starcie mocno uprzywilejowane podzieliły się niewielkim ułamkiem swego spadku ze swą wspólnotą, w obrębie której żyją także ci, którzy takiego szczęścia nie mieli.

Oczywiście nie chodzi o to, żeby obciążać wnuczka, który dostał 50-metrowe mieszkania po babci – by uchronić się od takich przypadków wystarczy ustanowić kwotę wolną od podatku na w miarę wysokim poziomie np. 350 tysięcy złotych.

Tymczasem w Polsce mamy sytuację bez mała patologiczną, w której wielomilionowe majątki mogą być dziedziczone bez zapłaty nawet złotówki podatku. W kraju, w którym funkcjonuje sobie spokojnie uwłaszczona na publicznym majątku nomenklatura byłego reżimu, takie rozwiązanie jest tym bardziej skandaliczne. Najciekawsze jest jednak to, że rozwiązanie to wprowadziło Prawo i Sprawiedliwość, a więc partia, która dekomunizację trzyma na sztandarach. Higiena relacji społecznych wymagałaby więc przywrócenia podatku od spadków w obrębie najbliższej rodziny, oczywiście w umiarkowanym wymiarze oraz z kwotą wolną na poziomie ok. 350 tys. zł, tak by nie rozbijać majątków z trudem gromadzonych przez przeciętnych Polaków.

Zjawisko, które roboczo nazwałem „odwróconą redystrybucją”, najprościej można opisać krótkim zdaniem: jest to sytuacja, w której rozwarstwienie dochodowe po opodatkowaniu jest wyższe niż przed opodatkowaniem.

Jak widać polski system podatkowy idealnie wpasowuje się w ten opis. Tymczasem z punktu widzenia społeczeństwa jako całości nie ma żadnego argumentu za tym, by ten stan rzeczy trwał (oczywiście z punktu widzenia silnych grup interesu takie argumenty już by się pewnie znalazły). Widać również, że możliwe działania, by ten stan zmienić, są rozpoznane i niespecjalnie skomplikowane. Brak jedynie siły politycznej, która przeciwstawiłaby się zamożnym grupom wpływu, dla których ta sytuacja jest korzystna. I właśnie z likwidacji zjawiska odwróconej redystrybucji powinniśmy rozliczać przyszłą ekipę rządzącą, jakakolwiek ona będzie, w pierwszej kolejności.