Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Piotr Wójcik  19 stycznia 2015

Nie tylko węgiel wymaga protekcjonizmu

Piotr Wójcik  19 stycznia 2015
przeczytanie zajmie 7 min
Nie tylko węgiel wymaga protekcjonizmu HonestReporting/flickr.com

Chyba tylko nad Wisłą mogła się na poważnie odbyć dyskusja, czy warto wesprzeć publicznymi pieniędzmi sektor wydobywczy jedynego surowca energetycznego, którego mamy pod dostatkiem. Rosjanie, którzy z polityki energetycznej zrobili podstawowy oręż dyplomacji, musieli pękać ze śmiechu.

Ciekawe, czy miano wolnorynkowego prymusa wynagrodziłoby Polakom przykry fakt utrwalenia peryferyjnej pozycji kraju, który się łatwo doi. Klepiącym biedę obywatelom wielu krajów Ameryki Łacińskiej nie wynagrodziło.

Gdy rozpoczął się kryzys finansowy, wszystkie kraje, których dotknął, rzuciły się do ratowania swoich banków, drżąc na samą myśl, że po ich upadku przyszłyby na ich miejsce instytucje finansowe z zagranicznym kapitałem, łatwo i przyjemnie przejmując opuszczony rynek kredytowo-depozytowy.

Hiszpanie woleli się zadłużyć na ogromną skalę niż do tego dopuścić, bo wiedzieli, że wysokie zadłużenie publiczne jest problemem nieporównanie mniej istotnym niż oddanie w zagraniczne ręce sektora finansowego. Tymczasem w Polsce sektor bankowy dawno temu został przejęty przez kapitał zagraniczny i nikt się tym specjalnie nie przejmuje. Nawet po wykupie przez PKO BP skandynawskiej Nordei udział polskiego kapitału w krajowym rynku bankowym wynosi ledwie ok. 40%, tymczasem w każdym cywilizowanym kraju już odwrotne proporcje byłyby sygnałem do bicia na alarm.

Nad Wisłą wielkiej sprawy się z tego nie robi: chcieli kupić, to kupili, skoro dali odpowiednia cenę, to nieracjonalnie byłoby nie sprzedać, nieprawdaż? W ten sposób Bank Handlowy, Bank Śląski i Bank Zachodni błyskawicznie trafiły w ręce zagranicznych inwestorów, którzy chyba sami nie wierzyli, że tak łatwo pójdzie. Teraz często są perłami w koronach (nieraz zwanymi tak wprost, jak BZ WBK, gdy był jeszcze częścią irlandzkiego AIB) swoich grup kapitałowych – niestety już nie polskich.

Gdy kryzys dotknął również realnej gospodarki, rządy krajów prawdziwie suwerennych rzuciły się do wspierania rodzimych firm.

Przykładowo Niemcy modelowo wsparli przemysł motoryzacyjny. Zorganizowali nawet dopłaty do zakupu nowych aut, pokrywane z publicznych środków. W Polsce sam taki pomysł zostałby już okrzyknięty herezją, a różne udawane think-tanki (w istocie zwykłe narzędzia lobbingu zagranicznego kapitału) w rodzaju Centrum im. Adama Smitha, Instytutu Globalizacji czy Instytutu von Misesa (skompromitowane m.in. tym, że nie tak dawno gremialnie namawiały do brania kredytów we frankach) głosiłyby tezy, że to nieodpowiedzialne zaburzanie równowagi rynku i tak dalej. Następnie Niemcy bez mrugnięcia okiem zablokowali unijne plany ograniczenia emisji CO2 w nowych samochodach, zupełnie nie zważając na wymogi ekologii, o których w innych sytuacjach prawią niemal bez przerwy. Polska własnego sektora samochodów osobowych rozwiniętego wprawdzie nie ma, ale ma za to świetnie funkcjonujący sektor pojazdów szynowych. Wydawałoby się więc oczywiste, że każda inwestycja publiczna w tabor kolejowy odbywałaby się w ścisłej kooperacji z firmami takimi jak PESA czy NEWAG. Oczywiste wszędzie, tylko nie nad Wisłą – nasi rządzący woleli zakupić Pendolino, czyli gadżet z francuskiego Alstomu, choć wystarczyło chwilę poczekać na nowy pociąg PESA Dart, który będzie mógł się rozpędzić do 250 km/h. Sytuacja niepojęta i poza skolonizowanymi gospodarczo republikami Afryki czy Ameryki Łacińskiej niemożliwa nigdzie indziej.

Jakiś czas temu Francuzi, czując groźny oddech konkurencji z Korei Południowej, wsparli swój sektor stoczniowy – zupełnie bez oglądania się na Komisję Europejską. Wszystko zresztą miało miejsce trochę przed tym, gdy KE wydawała wyrok na… polskie stocznie, czym tak ustawiła polskie władze, że pierwsze, co chciała zrobić premier Kopacz w obliczu obecnych problemów górnictwa, to biec do Brukseli z zapytaniem, czy nie moglibyśmy troszkę je wesprzeć. Coś takiego na Zachodzie nikomu by się nie przyśniło. Tam się po prostu robi swoje, a jeśli KE zaczyna drążyć, to się mówi, że „owszem, wysupłaliśmy trochę euro, ale tak w zasadzie co w tym złego?”. Żeby jednak prowadzić taką politykę, trzeba najpierw mieć suwerenną i nastawioną na dobro wspólne klasę polityczną. I oczywiście nie być uzależnionym od funduszy europejskich – czyli znów, jak by nie patrzeć, strumieni zagranicznego kapitału.

Początkowe plany dotyczące tego, w jaki sposób chciano rozwiązać problemy Kompanii Węglowej, idealnie wpisywały się w zarysowany powyżej obraz antypaństwowej polityki gospodarczej III RP.

Pomysł „wygaszenia” lub sprzedaży kopalń, w większości których jeszcze przez wiele lat można spokojnie wydobywać węgiel, tylko dlatego, że akurat teraz cała branża przechodzi ciężkie chwile, jest tak lekkomyślny, że się w głowie nie mieści. Skalę tej lekkomyślności wzmaga fakt, że w niektórych z nich niedawno dokonano dużych inwestycji (np. w KWK Brzeszcze), a wiadome jest, że w tej branży wymierne rezultaty inwestycji widoczne są dopiero po kilku latach. Podejmowanie długoterminowych decyzji dotyczących tak strategicznej dla Polski branży jak górnictwo na podstawie bieżących uwarunkowań rynkowych jest najgorszym, co można robić. Ponowne uruchomienie jednej wygaszonej kopalni to koszt rzędu 2 miliardów złotych, gdy tymczasem cały pakiet ratunkowy dla Kompanii Węglowej ma kosztować 2,3 miliarda. A to i tak przecież sporo mniej od tego, co regularnie wydają na górnictwo Niemcy. Podczas gdy cena rynkowa tony węgla wynosi 60 euro, jej wydobycie w Niemczech kosztuje… 165 euro. W związku z tym Niemcy co roku wkładają w branżę 2,5 miliarda euro, choć jest ona wyraźnie mniejsza niż w Polsce – ogółem w górnictwie pracuje tam ok. 35 tys. osób, tymczasem u nas zatrudnienie ma w nim ponad 100 tys. pracowników. Trzeba też dodać, że niemieckie roczne wydobycie jest ponad czterokrotnie mniejsze – 18 mln ton wobec 76 mln ton w Polsce – przy zatrudnieniu mniejszym jedynie trzykrotnie. Jak widać, na tle niemieckich kolegów polscy górnicy wydajności nie muszą się wstydzić. Szkoda tylko, że w oczach części społeczeństwa uchodzą za rozpasanych nierobów, których trzeba utrzymywać – chociaż górnictwo po pomoc zgłasza się okresowo, gdy przechodzi kłopoty, natomiast regularnie zasila budżet państwa dużo większymi kwotami.

Opowieści o tym, jak to niby regularnie dotujemy nasze górnictwo, jest jednym z bardziej niesprawiedliwych mitów, jakie funkcjonują w debacie publicznej.

W latach 2000-2013 górnictwo przyniosło finansom publicznym olbrzymią sumę ok. 91 mld zł w postaci przeróżnych danin publiczno-prawnych. W tym okresie dotacji ze środków publicznych otrzymało ok. 11 mld zł. Bilans jest oczywisty: w latach 2000-2013 górnictwo dało finansom publicznym ok. 80 mld zł. Część z tej kwoty stanowiły dywidendy z zysku, jakie osiągały jeszcze niedawno spółki węglowe – w roku 2011 z tego tytułu budżet państwa otrzymał od spółek węglowych 335 mln zł, w tym 80 mln od Kompanii Węglowej. Tylko w poprzednim roku górnictwo odprowadziło ponad 7 mld zł różnych danin publiczno-prawnych, a więc grubo ponad dwukrotnie więcej niż będzie kosztować obecny pakiet pomocowy.

Przeciwnicy wspierania górnictwa uważają, że nie warto ładować środków w archaiczną branżę, która nie ma przed sobą perspektyw i na pewno będzie w niedalekiej przyszłości się zwijać. Prawda może być zupełnie inna. Spora część ekspertów twierdzi, że w ciągu następnych 25 lat wyraźnie wzrośnie popyt na węgiel, który będzie jednym z najważniejszych surowców na świecie. Mówi o tym chociażby niedawny raport Międzynarodowej Agencji Energetycznej. Będzie miało to związek m.in. ze wzrostem zapotrzebowania na energię połączonym ze spadkiem wydobycia ropy i gazu oraz planowanym odchodzeniem niektórych państw od energii atomowej. Pozytywnie na popyt na węgiel będą również wpływać nowe technologie węglowe, takie jak upłynnianie węgla (tworzenie z niego syntetycznego paliwa) czy gazyfikacja węgla (zamiana w gaz). Rozwijane są niskoemisyjne technologie spalania węgla, dzięki czemu polityka ograniczania emisji CO2 może przestać być problemem. Zresztą, co ciekawe, sprawę z tego zdają sobie sami Polacy – trwa przecież budowa wartych ponad 30 mld zł nowych bloków energetycznych mających być opalanych węglem, miejmy nadzieję, że polskim. Jak się miały do tego rządowe plany wygaszania dysponujących surowcem kopalń?

W Niemczech wciąż ok. połowy energii elektrycznej pochodzi z elektrowni węglowych. W perspektywie globalnej ponad 30% energii pierwotnej pochodzi z węgla, a więc jest on jednym z najważniejszych surowców energetycznych świata – i przez lata to się nie zmieni. W Polsce węgiel to ponad 60% całego miksu energetycznego. W sytuacji, gdy nasza gospodarka oparta jest na węglu, a nasze zasoby niemałe, powinniśmy traktować go raczej jak strategiczne dobro narodowe, a nie obrażać się, zabierać zabawki z piaskownicy i zamykać kopalnie, gdy tylko zaczynają przynosić straty. Lepszy realny węgiel w garści niż mityczne bajania o gazie łupkowym, którego nawet nie wiadomo, ile mamy. Zbyt łatwo uznajemy cechy naszego kraju za słabości i decydujemy się walczyć z nimi, by dostosować się do „wymogów UE” czy innych „zachodnich trendów”, zamiast dostrzec ich potencjał i przekuć je w mocne strony. Rozwój nowych technologii węglowych (w wyniku których międzynarodowy popyt mógłby się zwiększać, a ograniczenia emisji CO2 nie stanowiłyby przeszkody), ochrona krajowego wydobycia węgla (np. poprzez embargo na import węgla z Rosji) oraz oczywiście dążenie do lepszego publicznego zarządzania spółkami węglowymi (jak i zresztą wszystkimi spółkami Skarbu Państwa) – to powinny być polskie priorytety. Kupowanie węgla z zagranicy po ewidentnie dumpingowych cenach, co jest wynikiem dotowania, jest regularnym strzelaniem samobója – gdy zagraniczny węgiel zdominuje nasz rynek, to tak łatwo już go nie odda. Tym bardziej, jeśli my, zamiast temu przeciwdziałać, „wygasimy” własne kopalnie lub sprzedamy je spółkom zagranicznym. Wtedy ceny zagranicznego węgla przestaną już być takie niskie, a zagraniczne podmioty spokojnie przejdą do realizacji zysków, by odkuć sobie wcześniejsze dopłacanie.

We współczesnej zglobalizowanej gospodarce normalne jest, że w poszczególnych krajach funkcjonują firmy zagraniczne. Ważne jednak, by najbardziej dochodowe sektory pozostały w rodzimych rękach. Są nimi sektor bankowy, telekomunikacyjny, energetyczny oraz handlu wielkopowierzchniowego. Gdy znajdą się one u obcych właścicieli, ogromna część zysków będzie wyprowadzana za granicę. Rodzimym przedsiębiorstwom pozostaną tylko sektory mniej dochodowe, co z góry ustawi kraj na upośledzonym miejscu w globalnym wyścigu gospodarczym. W wyniku lekkomyślnej polityki, prowadzonej przez niedouczone elity postsolidarnościowe oraz wprowadzanej przez pożytecznych idiotów przekonanych o swej misji dziejowej, a w istocie suflowanej przez międzynarodowy kapitał (reprezentowany przez Sorosa czy MFW), Polska lekką ręką pozbawiła się wpływu na większość z tych sektorów. Sektory bankowy oraz handlu wielkopowierzchniowego są zdominowane przez spółki zagraniczne. W sektorze telekomunikacyjnym pokazaliśmy wręcz Himalaje głupoty, „prywatyzując” państwowych operatorów, czyli sprzedając ich… państwowym operatorom z innych krajów – Telekomunikację Polską francuskiemu Orange, a Polską Telefonię Cyfrową niemieckiemu Deutsche Telekom.

W tej sytuacji zachowanie pod kontrolą szeroko rozumianego sektora energetycznego (wraz ze spółkami wydobywczymi, które zaopatrują spółki energetyczne w niezbędny surowiec) jest dla polskiej gospodarki sprawą priorytetową.

A w związku ze słabością kapitałową i nie tylko polskiego sektora prywatnego, najlepiej będzie, jeśli jak największa część pozostanie państwowa. W razie decyzji o prywatyzacji istnieje zbyt duże ryzyko, że kopalnie znajdą się w rękach zagranicznych. Wystarczy, że jest już w tych rękach zdecydowana większość hipermarketów czy banków. Osiągnąć ten cel powinniśmy nawet za cenę okresowego poświęcania sporej ilości środków publicznych – nie robimy tego po to, żeby dobrze mieli górnicy, tylko my wszyscy. Jest mnóstwo dowodów na to, że z tych oczywistości zdają sobie sprawę wszystkie społeczeństwa Zachodu. Oprócz Polaków.

 

Spodobał Ci się ten artykuł? Przekaż nam choćby symboliczną darowiznę w wysokości 4 złotych. To mniej, niż kosztuje najtańszy z tygodników opinii, a nasze teksty możesz czytać bez żadnych limitów i ograniczeń.

Klub Jagielloński
Nr konta: 16 2130 0004 2001 0404 9144 0001
W tytule: „darowizna na cele statutowe: jagiellonski24”
Dziękujemy!