Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Romain Su  12 grudnia 2014

Czerwono-czarny strach na wróble

Romain Su  12 grudnia 2014
przeczytanie zajmie 4 min
Czerwono-czarny strach na wróble wikipedia.pl

Czy ukraińskie odrodzenie narodowe musi iść w parze z antypolskością? Używanie symboliki odwołującej się do UPA niekoniecznie oznacza przyjęcie jej spadku, zwłaszcza że na Ukrainie świadomość historyczna jest o wiele mniejsza niż u Polaków.

Za umieszczenie w Internecie zdjęcia z barwami partii Prawego Sektora grupie ukraińskich studentów z Przemyśla zagraża relegacja z uczelni bądź postępowanie sądowe pod zarzutem publicznego propagowania faszyzmu. Po tym, gdy w październiku ub.r. o niefortunnym zdjęciu dowiedzieli się internauci, rektor uczelni dostał tysiące listów namawiających do zastosowania najsurowszych kar. Decyzję ma jeszcze podjąć rzecznik dyscyplinarny.

Młodzi Ukraińcy – wszyscy z polskimi korzeniami – chcieli po prostu „zrobić coś dla swojej ojczyzny”, nie będąc świadomi, iż niektóre symbole Majdanu mogą mieć w Polsce negatywny oddźwięk.

Nacjonalistyczna partia ma na swojej fladze te same kolory, co Ukraińska Powstańcza Armia (UPA), odpowiedzialna m.in. za rzeź Polaków na Wołyniu w latach 1943-44.

Nic dziwnego zatem, że – szczególnie w regionie Przemyśla, gdzie wielu mieszkańców jest rodzinnie powiązanych z ofiarami UPA – sprawa wywołała bardzo ostre reakcje.

Tysiąc kilometrów dalej na Wschód, w mieście Sumów (280 000 mieszkańców, niecałe 30 kilometrów od granicy z Rosją), obchodzono kilka tygodni później polskie Święto Niepodległości. W katolickim kościele  ksiądz z Lublina odprawiał mszę w towarzystwie prawosławnego duchownego.

Polak w czerwonym ornacie i Ukrainiec w czarnej sutannie opowiadali po kolei o wspólnym dążeniu do wolności i niepodległości, kiedy w 1920 r. zawarto tzw. sojusz Piłsudski-Petlura między odradzającą się Rzecząpospolitą Polską a Ukraińską Republiką Ludową.

Choć nie przetrwał roku, zapisał się jako próba połączenie sił przeciw wspólnemu wrogowi: rosyjskim bolszewikom. Po dwóch latach niepodległego istnienia Ukraina została znowu podporządkowana potężnemu wschodniemu sąsiadowi – aż do 1991 r. – natomiast II RP zaznała względnie dłuższego okresu wolności.

Dzisiejsze czasy są niewątpliwie inne. Rzadko w swojej historii Polska cieszyła się takimi jak dziś gwarancjami bezpieczeństwa, stabilnością demokratycznego państwa i szybkim tempem rozwoju. O takim bilansie Ukraina może tylko pomarzyć. Oprócz dużego ryzyka bankructwa, państwo jest od wiosny ubiegłego roku zaangażowane w niechcianą wojnę, której nikt nie śmie nazywać jej prawdziwym imieniem. „Kryzys” pochłania uwagę i zasoby, które powinny zostać wykorzystane do liberalizacji gospodarki i budowy efektywnego, sprawiedliwego państwa (walka z korupcją, reforma podatkowa, wzmocnienie samorządności i wymiaru sprawiedliwości). Przecież z tych powodów demonstranci wyszli na ulice rok temu: trudno nie przyznać im racji.

W tym kontekście kazanie po polsku i po ukraińsku, od księży katolickiego i prawosławnego, na temat wspólnego dążenia do wolności i niepodległości nie stanowi tylko chwytu retorycznego. Władze polskie uważają, że rodzimy model transformacji się sprawdził i może inspirować Ukrainę do własnego programu reform.

Nie jest to wyłącznie gest solidarności lub dobroczynności, gdyż Polska będzie tak bezpieczna, jak jej sąsiad stabilny.

A przy okazji mógłby stanowić dla polskich eksporterów duży rynek zbytu, zwłaszcza, że Polska cieszy się zarówno sympatią, jak i uznaniem.

Po mszy odbył się wieczór tematyczny, organizowany z inicjatywy Towarzystwa Kultury Polskiej w Sumach. Zbiera ono ludzi niekoniecznie mających polskie pochodzenie, ale dzielących zainteresowanie wobec naszej kultury. W tamtym dniu pokazano „Bitwę warszawską” Jerzego Hoffmana, podano sernik „według polskiej receptury”, śpiewano ze słyszalnym wschodnim akcentem piosenki Czerwonych Gitar lub Maryli Rodowicz.

Widziane z Warszawy, te odniesienia kulturowe mogą budzić uśmiech – czy nic nowego nie nagrywaliśmy od lat 70.? Ale błędnie byłoby wnioskować, że Polska jest popularna tylko wśród starszego pokolenia, które odziedziczyło to uczucie po bloku socjalistycznym. Przez młodych, zresztą również działających w Towarzystwie, Polska jest często wybierana jako miejsce studiów lub wakacji, dzięki bliskości geograficznej, podobieństwu językowemu oraz względnej przystępności cenowej i wizowej.

W związku z tym wielu licealistów i studentów uczy się języka polskiego, nawet jeśli nie ma rodzinnych więzi z naszym krajem. Polskie soft power w praktyce.

Stanowisko Warszawy w sprawie ukraińsko-rosyjskiej polepsza jeszcze ten wizerunek, a szkolenia organizowane przez Krajową Szkołę Administracji Publicznej dla ukraińskich urzędników lub rozszerzenie programów stypendialnych dla studentów przyczyniają się do tworzenia kadry rozumiejącej Polskę, jej język oraz interesy. Jest to inwestycja w przyszłość, a dbanie o przyszłość to cecha narodów, które już nie muszą walczyć o przetrwanie. To – między innymi – odróżnia Polskę od Ukrainy.

Afera czerwono-czarnej flagi była dla niektórych okazją, aby wyrazić zazdrość wobec ukraińskich studentów z Kartą Polaka. Ponoć mają za dobrze, dostając przyzwoite stypendia i pokoje w akademikach. W kontekście tego, że w wielu krajach Unii Europejskiej stosuje się tę samą zasadę wobec zagranicznych studentów – a więc Polacy z niej korzystają – małostkowość takiej reakcji nie jest godna przysłowiowej i w dużym stopniu nadal aktualnej polskiej gościnności.

Ignoruje się również to, że uczelnie zyskują na obecności tych studentów, z reguły selekcjonowanych i bardzo zdolnych, gdyż niż demograficzny zagraża setkom placówek.

W końcu niezależnie od tego, czy pozostaną w Polsce w pracy, czy wrócą na Ukrainę i będą utrzymywali kontakt z polską kulturą i znajomymi, i tak stanowią dla naszego kraju bodźce rozwojowe.

Warto zatem im pokazać, co Polska ma najlepszego, żeby stało się to wzorem.

W tym kryje się wielkoduszność. Choć studenci z przemyskiej uczelni niezaprzeczalnie wykazali duży brak wrażliwości w sprawie flagi, z analizy sytuacji wynika, że nie są faszystami ani nie chcieli oddawać hołdu mordercom. Dla młodych ludzi żyjących komfortowo, podczas gdy znajomi lub bracia walczą na froncie,  pozowanie z symbolami wojskowymi jest pewnie pewnego rodzaju zagłuszeniem wyrzutów sumienia. Ponadto, jak można się przekonać, rozmawiając z ukraińskimi siedemnastolatkami – a to wiek rozpoczęcia studiów na Ukrainie – nacisk na naukę historii nie jest w szkole duży i uczeń może po prostu nic nie wiedzieć o UPA.

Następnym razem, gdy zobaczymy czerwono-czarne kolory, zastanówmy się przez chwilę, czy one znaczą dla ich nosiciela to samo, co dla nas. Przecież trudno oskarżyć czytelników powieści Stendhala lub słuchaczy piosenki Jeanne Mas o apologię UPA.  Może znowu będzie chodziło o dwóch księży, którzy wbrew różnicom narodowości, języka i wyznania modlą się o to, co wspólne. I najcenniejsze.