Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Piotr Trudnowski  22 kwietnia 2018

Więcej demokracji zamiast „rządów starców”. O co naprawdę chodzi w głosowaniu rodzinnym?

Piotr Trudnowski  22 kwietnia 2018
przeczytanie zajmie 14 min
Więcej demokracji zamiast „rządów starców”. O co naprawdę chodzi w głosowaniu rodzinnym? U.S. Army/flickr.com

Kilka dni temu Jarosław Gowin przypomniał o ogłoszonym blisko pięć lat temu postulacie swojej partii, czyli tzw. głosowaniu rodzinnym. Pomysł ostro skrytykowano sugerując, że chodzi w nim o próbę „podkupienia” wyborców wielodzietnych i wzmocnienie bazy elektoratu prawicy. Tymczasem ten pomysł może mieć sens, gdy spojrzymy na niego jako innowację w systemie politycznym, które pomoże zniwelować negatywne społeczne i gospodarcze skutki starzenia się zachodnich demokracji. Krytycy tej koncepcji zdają się zapominać, że zgodnie z prognozami demograficznymi w perspektywie trzech dekad emeryci staną się najsilniejszą liczbowo grupą decydującą o losach naszego państwa. Tylko z pozoru głosowanie rodzinne narusza tzw. fundamenty demokracji. Można go bronić zarówno z pozycji zwolenników demokracji liberalnej, jak i orędowników jej republikańskiej korekty.

Rada Europy szuka pomysłów na przyszłość demokracji

„Ta propozycja ma zagwarantować pełne prawo uczestnictwa we wspólnocie politycznej od momentu urodzenia wszystkim urodzonym na danym terytorium, jak również wszystkim jego obywatelom mieszkającym za granicą oraz tym dzieciom, które zostały naturalizowane. Zdając sobie sprawę z oczywistej niezdolności dzieci do wykonywania ich formalnych praw bezpośrednio i niezależnie, reforma proponuje, by rodzice byli upoważnieni do wykonywania prawa do głosowania swoich dzieci do momentu, gdy osiągną wiek dorosłości określony prawem krajowym. (…) Taka reforma powinna uczynić lokalną, regionalną i narodową demokrację bardziej zorientowaną na przyszłość. Nie byłoby to jedynie symboliczne przyznanie, że wspólnota ponosi odpowiedzialność za przyszłe pokolenia, ale też powinno być zachętą dla młodzieży do wczesnego zainteresowania się polityką (…).Co za tym idzie, powinno to zwiększyć różne formy międzypokoleniowej debaty na temat problemów politycznych i preferencji partyjnych wzmacniając kanały politycznej socjalizacji oraz podwyższyć poziom obywatelskiego wychowania w rodzinach, które w ostatnich dekadach zostały osłabione. t (…).

Nadanie prawa wyborczego dzieciom i nastolatkom powinno przyczynić się do zwiększenia równowagi procesu politycznego. Wraz z wydłużeniem się długości życia i stabilnym wiekiem przejścia na emeryturę, osoby starsze stają się coraz większą grupą wszystkich obywateli, a także mają zarówno czas, jak i środki finansowe, żeby uczestniczyć w nieproporcjonalny sposób w procesach wyborczych i politycznych. W efekcie coraz większa część funduszy publicznych jest wydawana na opiekę zdrowotną i dobrobyt starszych, a coraz mniejsza – na edukację i kształcenie młodzieży. W dłuższej perspektywie zjawisko to musi być szkodliwe, gdyż coraz mniejsze grono aktywnych pracowników musi płacić na coraz większe grono emerytów”.

To nie fragment programu partii Jarosława Gowina ani żaden manifest konserwatywnych ideologów. To pierwsza z propozycji odnowienia demokracji zawarta w Zielonej Księdze Rady Europy pt. „Przyszłość demokracji w Europie” napisanej w 2004 roku przez grupę roboczą ekspertów wysokiego szczebla w ramach projektu Rady Europy „Making democratic institutions work”. Redaktorem i koordynatorem Zielonej Księgi był Phillipe C. Schmitter, profesor European University Institute we Florencji, prestiżowej uczelni ufundowanej przez kraje członkowskie Wspólnot Europejskich i postrzeganej jako kuźnia eurokratycznych kadr, a przez dekadę również profesor Uniwersytetu Stanforda (zgodnie z tzw. Listą Szanghajską drugiego po Harvardzie najlepszego uniwersytetu na świecie). Wśród 28 rekomendacji ze stworzonej na zamówienie Rady Europy „listy życzeń” znalazło się kilka pomysłów, które do dziś mogą budzić zdziwienie wizjonerskim rozmachem. Szereg z nich jednak po czternastu latach od publikacji stało się albo niekontrowersyjnym tematem mainstreamowej debaty (jak np. głosowanie elektroniczne) albo wręcz jest chlebem powszednim demokratycznej praktyki (jak choćby budżety obywatelskie). 

Ta debata trwa już od 30 lat

W dokumencie Rady Europy reforma nazywana jest „powszechnym obywatelstwem” (universal citizenship). Jednak koncepcja rozszerzenia praw wyborczych na wszystkich obywateli – również niepełnoletnich, w imieniu których sprawują je rodzice – jest dużo starsza. W Polsce nazywana jest zwykle „głosowaniem rodzinnym”, ale w literaturze przedmiotu nosi nazwę „Demeny voting”. Sformułowana została w połowie lat 80. przez demografa prof. Paula Demeny, urodzonego na Węgrzech absolwenta i wieloletniego wykładowcy Uniwersytetu w Princeton, a następnie profesora uniwersytetów w Michigan i Berkeley.

Od trzydziestu lat pomysł jest zatem rozważany w uniwersyteckiej debacie wśród socjologów, politologów, ekonomistów i demografów. Co więcej, w kilku państwach toczyła się już na jego temat poważna debata polityczna. W Niemczech już w XXI wieku pomysł pojawiał się kilkukrotnie w czasie zaawansowanej debaty na temat praw wyborczych dzieci (w tej sprawie wypowiadał się nawet Federalny Trybunał Konstytucyjny, który potwierdził, że dzisiejszy stan prawny wykluczający niepełnoletnich ze wspólnoty głosujących jest zgodny z niemiecką ustawą zasadniczą). Co może zaskoczyć wielu polskich krytyków pomysłu, u naszych zachodnich sąsiadów pomysł cieszył się ponadpartyjnym poparciem, a inicjatorami prac w tym kierunku byli politycy formacji lewicowych, socjaldemokraci i zieloni.

Najbardziej pogłębiona debata na temat głosowania rodzinnego miała jednak miejsce w Japonii. To nie przypadek: żadne z wysokorozwiniętych państw nie cierpi tak bardzo z powodu starzenia się społeczeństwa, jak właśnie Kraj Kwitnącej Wiśni. W 1980 roku liczba Japończyków, którzy ukończyli 90 lat (sic!) wynosiła 120 tys., żeby w roku 2004 osiągnąć poziom miliona, a w 2017 roku poskoczyć już do dwóch milionów obywateli! Tylko po części wynika to z faktu, że średnia wieku jest tam najwyższa na świecie. Współczynnik dzietności nie gwarantuje zastępowalności pokoleń w społeczeństwie japońskim już od początku lat 60. W połowie 2017 r. osoby powyżej 64. roku życia stanowiły 27,7% populacji Japonii, podczas gdy osoby poniżej 15. roku życia zaledwie 12,3%. Liczba dzieci jest ponad dwukrotnie mniejsza, niż liczba seniorów. Nie bez powodu eksperci proponujący „Demeny voting” w Japonii w 2009 r. szacowali, że dzięki wprowadzeniu reformy uda się „zrównoważyć” japońską demokrację. Dzięki niej zagregowana „siła głosu” rodziców stanowić miała 37% (czyli wzrosnąć z ówczesnych 24%) wszystkich głosów, zaś siła głosów osób po 55. roku życia – 35% (spaść z ówczesnych 43%).

Co demograficzne statystyki mówią o Polsce AD 2050?

 Jak to wszystko ma się do Polski? Choć do skali problemu, który obserwujemy w Japonii ciągle nam daleko, to problem starzenia się społeczeństwa dotyczy również nas. Zgodnie z danymi Głównego Urzędu Statystycznego (GUS) w 2016 roku  w Polsce żyło ponad 23,7 mln osób w wieku produkcyjnym, czyli dorosłych w wieku niższym niż emerytalny (18-59/64). Około 15 mln osób to osoby w tzw. wieku produkcyjnym mobilnym, czyli w przedziale wiekowym 18-44. Populacja osób w wieku emerytalnym (60/65+) wyniosła ponad 7,7 mln. Cały czas zatem na każdego emeryta (przyjmując zaniżające uproszczenie, że formalny wiek emerytalny jest wiekiem realnym, kiedy w praktyce jest on niższy) przypadają mniej więcej trzy osoby w wieku produkcyjnym, w tym dwie osoby w tzw. wieku produkcyjnym mobilnym (18-44). Patrząc na ten zbiór całościowo warto również wskazać, że dziś połowa dorosłych to ludzie do 44 roku życia, a połowa – osoby 45+.

Jak zgodnie z prognozami GUS będzie wyglądała ta sytuacja w roku 2050? Przewiduje się, że w połowie stulecia mediana wieku wzrośnie o 10,9 lat (do poziomu 48,8 lat) dla mężczyzn i o 12,3 lata (do 53,7 lat) dla kobiet. Będzie nas ogółem (w jednym z bardziej optymistycznych wariantów prognoz GUS) ok. 35 milionów. Dorosłych w wieku niższym niż emerytalny będzie ok. 20 mln, emerytów zaś – blisko 10 mln.

To zresztą również dość optymistycznie brzmiące wyliczenie, ponieważ GUS szacował w cytowanej analizie „wiek poprodukcyjny” zgodnie z cofniętą reformą wieku emerytalnego, według której wszyscy mężczyźni mieli przechodzić na emeryturę w wieku 67 lat już w roku 2020, a wszystkie kobiety – w roku 2040. Gdy założymy, że w 2050 roku wiek emerytalny nadal będzie wynosił 60 lat dla kobiet i 65 lat dla mężczyzn, to w wieku poprodukcyjnym będziemy mieli wówczas 4,8 mln mężczyzn i 7,5 mln kobiet, czyli łącznie ok. 12,3 mln osób wobec 17,7 mln osób w wieku produkcyjnym. Osób w wieku produkcyjnym mobilnym (18-44) będzie zaś niespełna 10 milionów.

Na każdego emeryta przypadnie zatem 1,5 osoby w wieku produkcyjnym (przypomnijmy: dziś przypadają trzy!) i 0,8 osoby przed 45 rokiem życia (dziś przypadają dwie!). Osób przed 45. rokiem życia (których dziś jest dwa razy więcej niż emerytów) będzie o ponad 2 mln mniej niż emerytów i stanowić będą zaledwie ok. 1/3 wszystkich dorosłych (z dzisiejszego poziomu 50%).

Realna groźba „rządów starców”

Banałem jest stwierdzenie, że własna sytuacja życiowa to główna motywacja dla wyborów politycznych. Siłą rzeczy rodzice są bardziej zainteresowani np. poziomem edukacji czy socjalnymi programami pronatalistycznymi, a emeryci – wyższym poziomem emerytur czy ochroną zdrowia skoncentrowaną na osobach starszych.

Dziś, gdy każdemu obywatelowi przysługuje jeden głos po ukończeniu 18. roku życia, struktura głosów jest wprost proporcjonalna do struktury demograficznej osób dorosłych. W uproszczeniu zatem: zagregowana siła głosu emerytów to 25%, a siła głosu osób w wieku produkcyjnym: 75%, z czego 2/3 (czyli 50% wszystkich głosów) przypada na wyborców przed 45. rokiem życia.

Zgodnie z prognozami proporcje te ulegną istotnemu zaburzeniu. Na 29,5 mln uprawnionych do głosowania głosy emerytów stanowić będą blisko 42% puli (z dzisiejszych 25%), a siła głosu osób w wieku produkcyjnym spadnie poniżej 60%. Głosy osób przed 45. rokiem stanowić będą w efekcie zaledwie 33% całej „wyborczej puli”!

Tu przychodzi moment, w którym warto dokonać eksperymentu, który wskaże, jakie znaczenie dla rozkładu głosów w grupach wiekowych miałoby przyznanie rodzicom prawa głosowania za dzieci. Dla uproszczenia przyjmiemy, że głosy dzieci – zgodnie z prognozą na rok 2050, czyli 5,3 mln osób w wieku od 0 do 18 lat – dodamy do puli osób w wieku 18-44. Liczba „głosów w puli” wzrośnie wówczas do 34,8 mln. W takiej kalkulacji głosy emerytów stanowić będą 35% wszystkich głosów, a więc ciągle istotnie więcej niż dziś! Siła głosu osób przed 45. rokiem życia wraz z dziećmi stanowić będzie 43% całej puli, a więc mniej, niż dzisiejsze głosy osób w wieku produktywnym-mobilnym bez premii za głosy ich dzieci.

Podsumowując: demograficzne tsunami kompletnie wywróci proporcje wpływu konkretnych grup wiekowych na polską demokrację. W 2050 roku emeryci dziś rozporządzający zaledwie co czwartym głosem będą już najsilniejszą grupą wyborców. Najmocniejsza dziś grupa głosujących w przedziale wiekowym 18-44 nie utrzyma swojego wpływu w procesie wyborczym nawet wówczas, gdy pozwolimy im rozporządzać głosami dzieci! Trudno o lepszy argument dla pewnej korekty systemu wyborczego, jeżeli nie chcemy żyć w gerontokracji.

Czy głosowanie rodzinne podważa fundamenty demokracji?

Jest rzeczą oczywistą i nie podlegającą dyskusji, że wprowadzenie tzw. głosowania rodzinnego wymaga zmiany Konstytucji RP, o czym zresztą wprost mówią politycy opowiadający się za tym rozwiązaniem. Jednocześnie należy zwrócić uwagę, że fakt niezgodności z dzisiejszą ustawą zasadniczą nie oznacza, że przyznanie na drodze zmiany Konstytucji prawa wyborczego dzieciom oznacza jakiś gwałt na demokratycznych zasadach. W praktyce bowiem można postrzegać je jako naprawdę pełną uniwersalizację prawa wyborczego i rozszerzenia go na wszystkich obywateli. Do kwestii tego, jak rozwiązać potencjalnie budzący wątpliwości problem „rozporządzania głosem” przez rodziców i związanych z tym konfliktów jeszcze wrócimy.

Jeżeli do kogoś nie przemawiają argumenty demograficzne i groźba „urządzenia państwa” przez emerytów, to pochylić się powinien nad argumentami podatkowymi. Często w debacie politycznej zapominamy, że to nie podatki dochodowe i majątkowe, ale podatki pośrednie, czyli głównie VAT, w największym stopniu odpowiadają za wpływy do budżetu państwa, ale też całkowity poziom fiskalizacji obywateli. W praktyce podatki pośrednie mają charakter regresywny: dużo większy odsetek swoich dochodów płacą w postaci VAT osoby uboższe, niż osoby zamożne. Analogicznie zaś – więcej na konsumpcję wydają rodziny, niż osoby samotne. Jak w opracowaniu dla Biura Analiz Sejmowych wskazywał dr Piotr Russel ze Szkoły Głównej Handlowej „wysokość podatków pośrednich płaconych w cenach towarów i usług w przeliczeniu na jedną osobę w czteroosobowym gospodarstwie domowym jest wyższa niż kwota ulgi podatkowej na jedno dziecko”. Choć w oczywisty sposób sytuację finansową i fiskalną rodzin poprawiło wprowadzenie programu „Rodzina 500 Plus”, to należy pamiętać, że pewna „nadreprezentacja” podatków „od rodzin” w strukturze wpływów do budżetu państwa z tytułu podatku VAT pozostaje aktualna.    

Rozważania te sprowadzają się do prostego przykładu. Dziewięcioosobowa rodzina (dwoje rodziców i siedmioro dzieci przed 18. rokiem życia) proporcjonalnie do swoich dochodów zostawia w budżecie o wiele więcej, niż bezdzietna para, choć jedni i drudzy w procesie demokratycznym dysponują zaledwie dwoma głosami. W praktyce jednak w pierwszym przypadku mamy do czynienia w dziewięcioma osobami, których konsumpcja jest opodatkowana. Można zatem uznać, że przyznanie dodatkowych głosów za dzieci oznacza specyficzną próbę adaptacji zasady, zgodnie z którą warunkiem opodatkowania jest reprezentacja polityczna (no taxation without representation).

Jak mogłoby to wyglądać w praktyce?

Wśród powielanych zarzutów wobec głosowania rodzinnego najczęściej powtarzają się dwa. Po pierwsze – kto w praktyce miałby realizować  prawa wyborcze dzieci? Mama czy tata? Po drugie zaś – co w sytuacji, kiedy dzieci są już politycznie świadome, a rodzice nie chcą uwzględnić ich preferencji w rozporządzaniu głosem?

Pierwszy z dylematów rozwiązać można bardzo prosto. By uniknąć konfliktów każdemu z rodziców przysługuje „pół głosu” za każde dziecko. W praktyce oznaczać mogłoby to dodatkową, np. kolorową kartę do głosowania o mniejszej wadze, wręczaną wyborcy w lokalu. Wówczas zarówno mama, jak i tata rozporządzali by w sposób proporcjonalny głosami swoich dzieci. Większych problemów nastręcza potencjalnie sytuacja, w której dzieci pozbawione są rodziców lub rodzice pozbawieni zostali praw rodzicielskich. Jak słusznie zauważa prof. Piotr Uziębło, konstytucjonalista z Uniwersytetu Gdańskiego, niemożność realizacji prawa głosu oznaczałoby jakąś formę dyskryminacji. Rozwiązaniem wydaje się jednak przekazanie prawa do realizowania głosu opiekunom prawnym – choć mogłoby to rodzić zjawisko budzące wątpliwości „kumulacji” głosów w przypadku niektórych opiekunów, to trudno uznać, by skala takich przypadków mogła doprowadzić do jakichś istotnych konsekwencji dla wyników wyborów.

Również druga z wątpliwości jest potencjalnie prosta do rozwikłania. Warto rozważyć, by dla osób przed osiągnięciem pełnoletniości wprowadzić formę państwowego „egzaminu konstytucyjnego”, którego zdanie pozwalałoby na samodzielne rozporządzanie głosem. Jednocześnie warto też zwrócić uwagę na pojawiające się często w dyskusji o głosowaniu rodzinnym argumenty, że sam fakt przypisania „prawa głosu” do każdego dziecka powinien podnieść ich świadomość obywatelską, a także pozytywnie wpłynąć na zainteresowanie dyskusją o życiu publicznym wewnątrz rodzin. Idealnym rozwiązaniem byłby przecież model, w którym rodzice przed pójściem na wybory rozmawiają ze swoimi dziećmi o ich preferencjach i oddają głosy zgodnie z ich oczekiwaniami. W połączeniu z opcją „egzaminu” dla niepełnoletnich można postawić tezę, że głosowanie rodzinne pozytywnie wpłynęłoby na poziom świadomości politycznej młodych ludzi, co jest problemem wielu przeżywających turbulencje zachodnich demokracji.

Wreszcie – pobocznym, ale intrygującym efektem wprowadzenia głosowania rodzinnego mogłoby być pewne rozhermetyzowanie sceny politycznej. Wśród młodzieży zwykle większą popularnością niż w ogóle populacji cieszą się mniejsze ugrupowania spoza politycznego mainstreamu. Już sam ten fakt mógłby stworzyć sytuacje, w których (znów posłużmy się pewnym uproszczeniem, w którym ogólne preferencje światopoglądowe są dziedziczone) w konserwatywnych rodzinach „rodzice głosują swoimi głosami na PiS, a głosami dzieci – na partię Wolność”, a w rodzinach bardziej lewicowo-liberalnych – „rodzice głosują swoimi głosami na Nowoczesną, a głosami dzieci – na partię Razem”.

Nawet gdyby jednak takie głosowanie zgodnie z preferencjami dzieci nie byłoby normą, to sam fakt dysponowania więcej niż jedną kartą wyborczą byłby impulsem do zwiększenia zróżnicowania na scenie politycznej. Podobnie jak choćby w ordynacji STV, możliwość oddania głosów na więcej niż jednego kandydata mogłaby wzmocnić mniejsze formacje, gdyż ryzyko „całkowitego zmarnowania głosu” zostałoby istotnie zniwelowane.

Wspólnotowa korekta indywidualistycznej demokracji 

Większość przedstawionych wyżej argumentów to wyjaśnienia, które – mam nadzieję – uspokoją chociaż część zwolenników demokracji liberalnej w jej dzisiejszym wydaniu. Choćby prof. Mikołaj Cześnik w rozmowie z „Gazeta Wyborczą” niepokoi się o to, że 17-latkowie mają inne poglądy polityczne od rodziców i nie wiadomo, czy głos w ich imieniu miałby realizować tata czy mama. Przy okazji zresztą powiela absurdalny – wobec jasnej wypowiedzi Gowina, że rozmawiamy o propozycji zmiany ustawy zasadniczej  – zarzut niekonstytucyjności i przyznaje się do mało chlubnego faktu, że nigdy o takim mechanizmie nie słyszał.

Jednocześnie nie powinniśmy zapominać, że za głosowaniem rodzinnym można opowiadać się również z pozycji bardziej sceptycznych wobec dzisiejszej, zindywidualizowanej formy demokracji liberalnej. Postulat głosowania rodzinnego uznać można bowiem za swoiste docenienie rodziny jako realnie podstawowej komórki życia – nie tylko społecznego, ale też ekonomicznego i politycznego.

Dyskusja o tym, czy to rodzina może być podmiotem praw, może budzić niechęć wielu ideologów praw człowieka rozumianych w sposób skrajnie indywidualistyczny. Z pewnością wchodzimy w tym momencie na grunt grząski i kontrowersyjny – ale wobec zarówno wyzwań demograficznych, jak i kulturowych- być może warto również taką debatę zacząć prowadzić.

„Republikańska korekta” demokracji liberalnej zawarta w pomyśle głosowania rodzinnego ma jeszcze jeden wymiar. Z powodów wyżej już wymienionych w naturalny sposób postulat głosowania rodzinnego podnosi rangę kwestii odpowiedzialności wyborców za losy przyszłych pokoleń. Rzadko pamiętamy, że to zobowiązanie i w dzisiejszym systemie prawnym ma charakter konstytucyjny i zostało wyrażone wprost – zarówno w Preambule do ustawy zasadniczej, jak i choćby art. 74 (gdzie zresztą mamy dość oryginalne sformułowanie, które sprawia, że w praktyce podmiotem prawa do „bezpieczeństwa ekologicznego” są właśnie przyszłe, nieistniejące dziś pokolenia). Ma to jednak wymiar bardzo praktyczny – próbując „wzmocnić” głos młodszych pokoleń względem rosnącej rzeszy osób w wieku emerytalnym, siłą rzeczy nie tylko podniesiemy w debacie znaczenie wyzwań ekonomicznych związanych ze starzeniem się społeczeństwa, ale też choćby więcej uwagi zaczniemy poświęcać kwestiom związanym z ochroną środowiska naturalnego.

To nie kupowanie głosów wielodzietnych

Uczciwość względem Czytelników każe raz jeszcze przypomnieć, że przed kilkoma laty byłem osobiście zaangażowany we wprowadzenie głosowania rodzinnego do programu politycznego partii Jarosława Gowina. Wówczas – gdy dzisiejszy wicepremier opuszczał Platformę Obywatelską i tworzył własną formację – uważałem, że wprowadzenie głosowania rodzinnego do polskiej debaty politycznej może być nie tylko impulsem do poważniejszego potraktowania wyzwań demograficznych, ale też potrzebnym przykładem innowacyjnego spojrzenia na nasz system polityczny. Gdyby dziś przyszło mi doradzać Gowinowi, zalecałbym mu pewnie większą powściągliwość. Na więcej można sobie pozwolić, gdy tworzy się formację liczącą raczej na jednocyfrowy wynik wyborczy. Nieco bardziej ostrożnym w formułowaniu odważnych postulatów politycznych na partyjnych wiecach należy zaś być, kiedy jest się wicepremierem polskiego rządu. Pewnie postulat wybrzmiałby poważniej, gdyby zamiast konwencyjnej „wrzutki” miał charakter szerszego i poważnie uargumentowanego opracowania, o które z pewnością dziś partii Gowina łatwiej, niż w chwili jej powstawania w 2013 roku. Nie zmienia to faktu, że pojawienie się tego postulatu w głównym nurcie polskiej debat publicznej uznać należy nie tylko za w pełni uprawnione, ale też pożyteczne.

W żaden sposób nie można za to usprawiedliwić zarzutów, że postulat głosowania rodzinnego sprowadza się do chęci „poszerzenia elektoratu partii rządzącej”. Część komentatorów słusznie przypomniała, że według badań poparcie dla Prawa i Sprawiedliwości wyższe jest wśród rodziców wielodzietnych (choć zalecałbym pewną ostrożność przy przywiązywaniu się do tych danych biorąc pod uwagę niewielką liczbę takich osób w standardowej próbie sondażowej). Warto jednak pamiętać, że Gowin swoje poparcie dla postulatu wyraził nie będąc sojusznikiem, a konkurentem PiS-u. Od siebie dodać mogę, że formułując go nie mieliśmy żadnych badań ani analiz dotyczących tego, czy tworzona wówczas formacja „między PO a PiS-em” może faktycznie liczyć na jakąkolwiek premię od wielodzietnych. Zwyczajnie – uznawaliśmy, że to wartościowy i godny poważnej dyskusji postulat. Zarzuty partykularnego podejścia do tego pomysłu świadczą, jeśli nie o złej woli czy nierzetelności, to z pewnością o miernej pamięci komentatorów życia publicznego.

Albo będziemy innowacyjni, albo urządzą nas emeryci

Na koniec oddajmy raz jeszcze głos autorom Zielonej Księgi Rady Europy. „Naszą przewodnią hipotezą jest, że przyszłość demokracji w mniejszym stopniu leży we wzmacnianiu i utrwalaniu istniejących już formalnych instytucji, a raczej na zmienianiu ich. Jak zauważył Robert Dahl »Niezależnie od tego jaką formę przyjmie demokracja naszych następców, to nie będzie i nie może być demokracją naszych poprzedników«. Innymi słowy – chcąc pozostać tym samym i utrzymać swoją legitymizację demokracja będzie musiała się zmieniać i to zmieniać istotnie (…). To zresztą nic nowego. W przeszłości demokracja przeszła kilka wielkich przemian, aby umocnić swoje główne zasady: suwerenność równych obywateli i odpowiedzialność nierównych władców. Wzrastała w skali od miasta do państwa narodowego; rozszerzyła swoje obywatelstwo z wąskiej oligarchii męskiej na masową publiczność mężczyzn i kobiet; rozszerzyła swój zakres z obrony przed agresorami i wymiarem sprawiedliwości na cały pakiet polityk związanych z państwem opiekuńczym”.

Taki sposób myślenia powinien być bliski każdemu, kto w demokracji widzi bezprecedensową wartość, ale nie zatyka uszu na trzeszczenie w szwach jej dzisiejszego wydania. Nie dalej zresztą jak dwa tygodnie temu na naszych łamach – akurat w nieco innym kontekście, ale o odwagę myślenia tu chodzi – zwracał na to uwagę Rafał Matyja przekonując: „Demokracja przedstawicielska w takim kształcie traci częściowo rację swojego istnienia. Trzeba szukać bardziej adekwatnych rozwiązań”.   

Mówienie o innowacjach jest proste, gdy w praktyce polega na kopiowaniu sprawdzonych w innych państwach wzorców. Niesie o wiele więcej ryzyka, ale i wiele więcej szans, gdy stajemy się gotowi nie tylko do rzetelnego debatowania, ale też testowania jakichś rozwiązań jako pierwsi na świecie.

Choćby pobieżne prześledzenie debaty naukowej i politycznej wskazuje, że w nieodległej przyszłości któreś z państw szeroko rozumianego Zachodu zdecyduje się na głosowanie rodzinne. Można zakładać, że to właśnie ono uzyska swoistą „premię pierwszeństwa” w walce z negatywnymi skutkami starzenia się społeczeństw, a być może właśnie dzięki temu istotnie podniesie swoją międzynarodową pozycję.

Jeżeli nie nauczymy się rzetelnie i z należytą powagą choćby debatować o takich politycznych innowacjach, to możemy być pewni, że na żadną premię pierwszeństwa Polska nie zasłuży.    

W związku z publicystycznym charakterem tekstu wyliczenia dotyczące udziału konkretnych grup wiekowych w populacji oraz ich udział w puli wszystkich głosujących zostały przeprowadzone w pewnym uproszczeniu. Klub Jagielloński zamierza przygotować dalsze, bardziej zaawansowane i bardziej precyzyjne wyliczenia o charakterze stricte eksperckim.