Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
dr Marcin Kędzierski  27 listopada 2014

Uniwersytecki kit

dr Marcin Kędzierski  27 listopada 2014
przeczytanie zajmie 4 min
Uniwersytecki kit flickr.com

Przed 25 laty trudno było znaleźć absolwenta szkoły średniej, który szedł na studia. W dużych miastach pewnie było to nieco łatwiejsze, ale już na wsiach prawie niemożliwe. Choć i tak PRL przyniósł edukacyjny boom i zlikwidował plagę analfabetyzmu, to studia wyższe były marzeniem nieosiągalnym, a przez to przepustką do klasy wyższej. Pokolenia naszych dziadków i rodziców wzrastały w przekonaniu, że droga do awansu społecznego wiedzie przez drzwi uniwersytetu.

Jednym z obszarów, które najmocniej dotknęła transformacja ustrojowa, były właśnie uczelnie wyższe. Uniwersytety, obciążone podobnie jak cała sfera budżetowa sporymi cięciami, chcąc podreperować mizerną sytuację finansową, odwołały się do społecznego marzenia o awansie poprzez edukację, wspieranego przez globalne doświadczenia boomu edukacyjnego, który przypadkowo przypadł właśnie na przełom lat 80. i 90. XX wieku. Można zaryzykować tezę, że komunistyczne władze akademickie wykazały się (co ważne, nie tylko w Polsce) niezwykłymi zdolnościami marketingowymi – wykorzystały istniejące możliwości rynkowe, aby zwiększyć podaż i tym samym swoje przychody. Prawdziwą iskrą geniuszu było jednak coś innego. Najsprytniejsi przedstawiciele elity akademickiej, którzy uruchomili studia zaoczne, a potem pozakładali w całej Polsce sieć prywatnych szkół wyższych, przekonali opinię publiczną, że edukacja wyższa w Polsce jest bezpłatna. Miarą tego geniuszu jest fakt, że po upływie ćwierćwiecza nadal większość Polaków jest przekonana, że studia w Polsce są bezpłatne i takie powinny być, choć ponad połowa studentów sowicie płaci za edukację wyższą.

Oczywiście zwiększanie liczby studentów jest z perspektywy zarówno indywidualnej, jak i społecznej zjawiskiem pożądanym, ale tylko do pewnego momentu. Zbyt duża liczba studentów/absolwentów na rynku pracy skutkuje spadkiem ich płac, co obniża poziom korzyści indywidualnych.

Z perspektywy społecznej niekontrolowany przyrost liczby studentów musi skutkować spadkiem jakości kształcenia, a tym samym jakości „kapitału ludzkiego”. Uczelnie wyższe jako trzeci podmiot układanki, obok państwa i studentów, mogłyby się tym w zasadzie nie martwić. Jednak strategia maksymalizacji liczby studentów i jednoczesny lobbing za systemem finansowania opartym o regułę „pieniądze idą za studentem” zaczynają być ryzykowne w sytuacji, w której popyt na studia zaczyna maleć, i to z dwóch przyczyn. Po pierwsze, strumień publicznych subwencji zaczyna wysychać, a po drugie, uczelnie po tylu latach uzależnienia od „łatwych pieniędzy” zatraciły zdolność do ich pozyskiwania w inny sposób.

Dlaczego popyt na studia zaczyna maleć? Powody są co najmniej trzy. Po pierwsze, mamy do czynienia z niżem demograficznym. Po drugie, obserwując problemy absolwentów na rynku pracy, osoby kierujące się racjonalnym rachunkiem ekonomicznym niekoniecznie od razu po liceum rozpoczynają studia. Po trzecie wreszcie, ze względu na postępującą globalizację edukacji i spadek jakości kształcenia w Polsce, coraz większa liczba studentów wyjeżdża za granicę. Mam świadomość, że na razie najsilniejszy wpływ ma powód pierwszy, ale z upływem lat pozostałe dwa będą przybierać na znaczeniu.

Co na to uczelnie wyższe? Cóż, zaczęła się panika. Próbą łatania budżetów było wprowadzenie odpłatności za drugi kierunek (swoją drogą pomysł ten był jednym z bardziej racjonalnych i źle, że został zawieszony), ale w obliczu jego niekonstytucyjności uczelnie zaczęły dramatycznie rozglądać się za… nowymi studentami. Zgodnie ze starą, dobrze znaną strategią.

Stąd też na pierwszych rocznikach pojawiły się setki Ukraińców i Białorusinów nieznających w sporej części języka polskiego.

Znowu, podobnie jak odpłatność za drugi kierunek, otwarcie się na studentów zagranicznych może być racjonalnym rozwiązaniem, jeśli jego celem nie jest wyłącznie podreperowanie uczelnianych budżetów. Ale niestety do tego cała operacja się sprowadza.

Jaki wniosek płynie z powyższych rozważań? Wybór modelu finansowania studiów ma fundamentalny wpływ na kształt i jakość edukacji wyższej. Kosmetyczne zmiany nie wystarczą, czego dowodem jest historia ostatnich lat.

Niezbędna jest całościowa reforma finansowania, połączona z reformą szkolnictwa zawodowego i tzw. bolońskiego systemu studiów, która umożliwi urealnienie sytuacji w sektorze – zarówno po stronie uczelni (przetrwają najlepsze), studentów (zmniejszy się liczba osób, które są na uniwersytetach przez przypadek…), jak i gospodarki (wzrost efektywności, a dodatkowo spadek kosztów rekrutacji).

Ale żeby taką reformę przeprowadzić, trzeba zerwać z dwoma mitami. Po pierwsze z mitem bezpłatnej edukacji wyższej, np. poprzez wprowadzenie opłat za studia i systemu gwarantowanych, hybrydowych kredytów studenckich, których spłata ma w mniejszej części charakter tradycyjny, a w większej uzależniona jest od wysokości przyszłych dochodów (tzw. income-contingent loans). A po drugie z mitem, że studia wyższe (i to najlepiej na poziomie magisterskim) dają gwarancję lepszej płacy – im wyższe bariery wejścia, tym bardziej racjonalne i efektywne zachowania dzisiejszych licealistów.

Można i należy spierać się o detale (w tak krótkim tekście nie sposób dokonać pogłębionej analizy szczegółowej), ale generalnie odpowiedzi co do kosztów i korzyści poszczególnych rozwiązań są znane. Wiemy też, jak te zmiany wprowadzić – przykładów dobrych i złych praktyk na świecie jest co najmniej kilka (np. Australia i Nowa Zelandia). Pytanie jest proste: kto miałby te zmiany wprowadzić? Władze uczelni – nigdy. Nauczyciele akademiccy – bez szans. Studenci – też zapomnijcie. Politycy – też nie, dopóki nie zmienią się bardzo wyraźnie oczekiwania i preferencje wszystkich wyborców, czyli nas: studentów, kandydatów na studia i ich rodziców, jak również absolwentów (przyszłych rodziców), razem.

Jeśli zatem narzekacie na dziadostwo polskich uczelni wyższych, pamiętajcie, że ich zmiana w dużym stopniu zależy właśnie od Was.

Artykuł powstał w ramach projektu „Przyszłość Europy zależy od młodzieży” finansowanego ze środków programu Erasmus Plus.