Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Michał Kłosowski  19 października 2014

Rekonstruując polskość

Michał Kłosowski  19 października 2014
przeczytanie zajmie 4 min
Rekonstruując polskość michalstopka.pl

Chcecie dekonstruować. Co wy, nieszczęśni, chcecie dekonstruować? Wszyskoście już zniszczyli.  Jest nicość. Nic nam nie zostało, oprócz miałkości i nudy, oprócz chłopców do bicia (…). Polski już nie ma, trzeba ją odtworzyć.

Długo zbierałem się do napisania tej recenzji. Z jednej strony wynikało to z tego, że zawsze znajdowało się „coś jeszcze”, co trzeba było zrobić, a z drugiej z tego, że książka ta mnie w pewien sposób onieśmielała. Czułem po prostu, że jest o mnie. Ale po kolei.

Nie tak dawno trafiłem na początki literackie dwóch innych pisarzy, tak jak Urbanowska określających się rówieśnikami III RP, młodym pokoleniem: „Boidudę” Jakuba Lubelskiego i „Zrób mi jakąś krzywdę… czyli wszystkie gry video są o miłości” Jakuba Żulczyka. O ile w stosunku do pierwszej z nich od początku byłem sceptyczny, co wymaga odrębnego uzasadnienia, o tyle dużo obiecywałem sobie po drugiej pozycji.

Żulczyk bowiem uwiódł mnie wcześniej przerażającą wizją zawartą w „Instytucie”, po którym nie mogłem spać przez kilka dobrych nocy. Po lekturze „Zrób mi…” przekonałem się jednak, że styl wyrabia się z czasem, a debiuty literackie w niektórych przypadkach można sobie odpuścić.

Zastanawiałem się, czy tak samo będzie z książką Urbanowskiej. Nosząc ją w torbie, próbując czytać w tramwaju czy pociagu, raz po raz spoglądałem na okładkę. Jasne, nie ocenia się w ten sposób. Ale w  tym wypadku trzeba oddać sprawiedliwość, że szata graficzna jest całkiem nieźle opracowana, przynajmniej przyciaga uwagę. Poroże jelenia wiszące na ścianie,  oprawione w złotą, barokową ramę, z różańcem zwisającym z ucha? Jak nic szykuje się beka  z dusznej Polski – albo to jakiś niewypał.

Gaja Grudzień, zblazowana postnastolatka z Krakowa (jest  to bowiem wybitnie powieść krakowska), obraca się w artystycznym półświatku miasta. Bohaterka na początku naszej znajomości charakteryzuje się przesadnym artyzmem, miłością do alternatywy i wrogością do „polskiej cebuli” kulturowej. Ponadto wciąż poszukuje własnej drogi. Miota się między ludźmi stylizującymi się na artystów a problemami rodziny i próbami zdefiniowania siebie. Czasem jej przeintelektualizowane monologi wewnętrzne wprawiają człowieka w świetny humor, czasem zwyczajnie irytują. Zna niszowe amerykańskie kino, studiuje kilka kierunków, na żadnym z nich nie mogąc wysiedzieć dłużej niż parę semestrów. O tym typie mówi się czasem: inteligentna dziewczyna z dobrego domu. Wciąż jednak boi się jednoznacznie samookreślić. Tak jak robią to jej rówieśnicy, wpisujący się w jeden bądź drugi nurt debaty publicznej, neguący lub afirmujący wiele kwestii politycznych, kulturowych i społecznych. Z niektórymi z nich Gaja się zgadza, z niektórymi nie. Nie potrafi jednoznacznie określić swojego położenia na wojennej mapie polskich ideologii. Znajduje się w najgorszym miejscu – w centrum – starając się pojąć, o co tak naprawdę toczy się walka.

Nie jest to postać odmalowana z taką wprawą, z jaką kobiece charaktery tworzy chociażby Ignacy Karpowicz. Ale jednocześnie to nie znaczy, że Gaja opisana została niezgrabnie. Wręcz przeciwnie. Jest właściwie lustrzanym odbiciem dziewczyn, które spotykamy na uczelniach. Gai pozornie nie brakuje niczego, jest dokładnie taka, jak powinna; jak wiele spośród mijanych codziennie studentek. O co więc chodzi? Mam intuicję, że może to nie z książkowym odwzorowaniem, a z ludzkimi inspiracjami, dociętymi na jedną miarę, z których korzystała autorka, jest coś nie tak. Postać bohaterki została świetnie dopasowana do koncepcji książki, która jest nieco zbyt linearna i przewidywalna: miłość do dwóch zupełnie odmiennych chłopców, punkt kulminacyjny, w którym okazuje się, że to ten, którego już nie ma, był rycerzem na białym koniu i powolna przemiana bohaterki, wcale nie dopełniająca się wraz z końcem historii.

Trudno nie zgodzić się z Adamem Leszkiewiczem, który w ostatnich „Pressjach” pisał, że słabość głównego wątku wynika z jego nadmiernej prostoty i przewidywalności.

Wpisuje się jednak książka Urbanowskiej w szerszą dyskusję nie tylko na temat Smoleńska, który jest w powieści punktem przełomowym; na temat podziałów, mitów i emocji, które powoduje katastrofa, o czym pisał chociażby Krzysztof Mazur. Autorka dotyka też problemu obecnej tożsamości Polaków. Niechęci do kultury historycznej oraz popularności kultury mediów, będących, przynajmniej na pierwszy rzut oka, w stanie permanentnego konfliktu. Jak wypada polska kultura na tle europejskiej? Gdzie jest jej miejsce? Czy, po okresie PRL, trzeba ją rekonstruować, dekonstruować, czy może budować od nowa? Jeśli tak, to z jakich elementów? Gdzie je znaleźć? I w końcu: jak brać polskość na trzeźwo? Czy jest to w ogóle możliwe? Urbanowska zadaje dobre pytania, udzielając gorszych odpowiedzi.

Nie chcę zdradzać wszystkich wątków książki, warto bowiem, pomimo kilku mankamentów, poznać ją samemu. Zwłaszcza, że autorka sporo pracy włożyła w to, żeby po prostu się ją dobrze czytało. Językowo jest bez zarzutu.

Raz po raz znaleźć można perełki w rodzaju rymkiewiczowskiego snu Gai, pełnego symboli i znaczeń:  od Szczęsnego Potockiego, przez Bolesława Chrobrego, po wbite na pal płody.

Ciekawym zagraniem są umieszczone na początku każdego rozdzału odnośniki do artykułów, piosenek na YouTube czy obrazów. Książka jest trochę jak współczesność: z jednej strony prosta i nieskomplikowana, z drugiej – pełna informacji, tez i wątków. Można powiedzieć, że – jeżeli w ogóle istnieje coś takiego – choć trochę cienka, jest pokoleniową powieścią internetową.  

Są pisarze, który mogą wstydzić się swoich debiutów. Niektórzy robią wszystko, by świat zapomniał o ich pierwszych próbach literackich i często mają rację. Nie dotyczy to jednak wszystkich. „Paląc trawę na rykowisku” zdecydowanie zalicza się do drugiej kategorii  – autorka absolutnie nie musi wstydzić się debiutu. Jest bowiem powieść Urbanowskiej pracą rzetelną, dobrze wykonaną. Momentami porywającą, choć nie genialną.

Mam jednak przeczucie, że nie ostatni raz czytam książkę podpisaną jej nazwiskiem.

 

PS Jeśli podoba mi się jakaś książka,  podrzucam ją swojej mamie. Jest najlepszą krytyczką literacką, jaką znam. Urbanowską przeczytała w jeden wieczór. I niech to służy za ostateczne podsumowanie.