Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Piotr Kaszczyszyn  18 października 2014

Państwo ze słomy i patyków

Piotr Kaszczyszyn  18 października 2014
przeczytanie zajmie 5 min
Państwo ze słomy i patyków Flickr.com / Radek Czajka

W refleksji nad kondycją polskiego państwa pouczająca może okazać się słynna bajka o trzech małych świnkach i złym wilku. Wniosek, jaki z niej wypływa, jest bardzo prosty: szukając źródeł słabości, należy sięgnąć do materiałów, a przede wszystkim fundamentów, na których został wzniesiony gmach III RP. Taką drogą podąża Zbigniew Stawrowski w książce „Budowanie na piasku. Szkice o III Rzeczypospolitej”.

Wydany przez Ośrodek Myśli Politycznej zbiór artykułów oraz esejów składa się z dwóch zasadniczych części. Pierwsza z nich poświęcona jest relacjom Kościoła i państwa. Druga, szczególnie nas interesująca, dotyczy refleksji nad przyczynami słabości polskiego państwa. Składające się na nią artykuły tworzą zwartą diagnozę źródeł ustrojowej oraz instytucjonalnej nieudolności III RP, której przykładem w ostatnim czasie była afera taśmowa i anegdotyczne już słowa Bartłomieja Sienkiewicza o państwie na niby i kupie kamieni.

Zbigniew Stawrowski przyczyny dysfunkcjonalności polskiego państwa dostrzega w pierwszej kolejności w filozofii politycznej, jaka legła u fundamentów III RP.

Głównym winowajcą jest obezwładniający duch kompromisu, unoszący się nad naszym państwem od 1989 r. Na przestrzeni kolejnych lat od porozumień okrągłostołowych, jak w najważniejszym i najbardziej inspirującym eseju „Aksjologia i duch konstytucji III Rzeczypospolitej” pisze Stawrowski, elity solidarnościowe coraz wyraźniej przedkładały wierność procedurom demokratycznym nad potrzebę budowy sprawiedliwego państwa prawa. Bojąc się przeprowadzenia rozliczeń z komunistyczną przeszłością, partie postsolidarnościowe doprowadziły do zwycięstwa SLD w wyborach w 1993 r. Ten niespodziewany fart postkomuniści wykorzystali na swoją korzyść. Jak pisze Zbigniew Stawrowski: Przywódca postkomunistów Aleksander Kwaśniewski podjął to ryzyko, ponieważ doskonale rozumiał, że otwiera się przed nim niepowtarzalna szansa ostatecznego utrwalenia i zalegalizowania porządku zaprojektowanego przy Okrągłym Stole, to znaczy, przede wszystkim, ostatecznego zamknięcia kwestii komunistycznej przeszłości i związanych z tym rozliczeń. Tą szansą było uchwalenie konstytucji III RP. Oczywiście wraz z partiami postsolidarnościowymi. W ten sposób Kwaśniewski, którego hasłem w wyborach prezydenckich w 1995 r. były słowa „Wybierzmy przyszłość”, mógł ostatecznie zerwać z komunistycznym dziedzictwem swojego ugrupowania, dokonując pełnej społecznej, etycznej oraz symbolicznej legitymizacji środowisk postkomunistycznych.

W przekonaniu Stawrowskiego proces ten zakończył się sukcesem, czego przykładem mogą być choćby pierwszy i drugi rozdział konstytucji – eklektyczne, niespójne, nadające się tylko do wyrzucenia, jak szef Instytutu Myśli Józefa Tischnera przekonywał w tekście „Między posttotalitarną demokracją a państwem prawa”.  Jako potwierdzenie hipotezy o przenikającej ducha III RP filozofii kompromisu oraz niechęci do motywowanego etycznie rozliczenia z komunistyczną przeszłością i stworzenia w ten sposób nowego aksjologicznego fundamentu dla polskiego państwa, Stawrowski podaje również, w artykule „Postkonstytucyjne post scriptum”, werdykt Trybunału Konstytucyjnego z 2007 r. na temat ustawy w sprawie lustracji, a przede wszystkim treść zdania odrębnego sędziego Bohdana Zdziennickiego. Sędzia Zdziennicki stwierdził między innymi, że przeprowadzenie lustracji doprowadziłoby do penalnej stygmatyzacji osób, które służyły w organach bezpieczeństwa państwa, a karanie ex post osób pracujących w czasie PRL w służbach bezpieczeństwa jest niedopuszczalne. Dzisiaj echem tego typu wypowiedzi wydaje się, gasnąca powoli, wrzawa wokół powołania komisji ws. rozwiązania WSI.

Przyjęta filozofia kompromisu oraz niechęć do rozliczenia komunistycznej przeszłości wydała zgniłe owoce nie tylko na kartach konstytucji, lecz również w obszarze ekonomicznym oraz instytucjonalnym.

W pierwszym przypadku chodzi oczywiście o osławione „uwłaszczenie nomenklatury” oraz wszelkie patologie gospodarcze i społeczne z nią związane. Zdecydowanie mniejszą uwagę przykłada się natomiast do sfery instytucjonalnej, kluczowej przecież do sprawnego zarządzania państwem i jego zasobami oraz efektywnej realizacji zaplanowanych reform.

Tymczasem, jak w doskonałej pracy pt. „Słabe państwo” przekonywał profesor Artur Wołek, w wyniku tzw. „zjawiska zależności ścieżki” decyzje i wybory podjęte na wczesnym etapie budowania nowego ustroju mają dla jego późniejszego funkcjonowania zasadnicze znaczenie, wyznaczając swoiste widełki, poza które reforma przyjętych pierwotnie rozwiązań i instytucji nie wykracza. W ten sposób, siłą inercji i przyzwyczajenia, prawdziwe odejście od nawet szkodliwych porządków instytucjonalnych zajmuje wiele lat.

W przypadku Polski, wynikająca z ducha kompromisu doraźność przyjętych rozwiązań na płaszczyźnie instytucjonalnej zaowocowała choćby stworzeniem dysfunkcjonalnego modelu prezydentury, łączącego silną legitymizację wynikającą z wyboru prezydenta w wyborach powszechnych ze słabymi kompetencjami. W ten sposób, konkurując z urzędem premiera, tak stworzony model prezydentury utrudnia efektywne rządzenie państwem.

Nierozliczenie byłych komunistów otworzyło również drogę do stworzenia w latach 90. sieci nieformalnych powiązań aktorów państwowych i niepaństwowych.

Konsekwencje były różne: działania lobbystyczne, korupcja, żerowanie na państwowych zasobach, wpływ na przyjmowane rozwiązania prawne. W ten sposób mogło dochodzić (i z pewnością wciąż dochodzi) do przypadków, kiedy proreformatorskie działania rządu „pacyfikowane” były na poziomie ministerialnym (jak przekonuje prof. Wołek, polski rząd to wciąż raczej federacja ministerstw niż spójny organizm z premierem na czele).

Gdzie więc szukać rozwiązania tych zasadniczych słabości i patologii polskiego państwa? Zbigniew Stawrowski w stawianej diagnozie jest radykalny. W jego przekonaniu konieczne jest uchwalenie nowej konstytucji oraz jednoznaczne i ostateczne przeprowadzenie procesu dekomunizacji. W tym miejscu pojawia się pytanie, czy w Polsce istnieją siły polityczne gotowe zrealizować tak nakreślony program?

Naturalnym kandydatem jest oczywiście największa partia opozycyjna, Prawo i Sprawiedliwość, które jednak na przestrzeni lat „opozycyjnego Szeolu” wyraźnie straciło proreformatorski zapał. Platforma Obywatelska, słowami swojego byłego ministra Bartłomieja Sienkiewicza, wyraźnie odcięła się od budowania tego rodzaju „wielkich narracji”. W niedawnym wywiadzie dla portalu 300polityka Sienkiewicz jasno wskazał, że PO dobrze czuje się w ramach dzisiejszego eklektycznego systemu, mocno osadzonego w postkomunistycznej przeszłości lat 90. Metoda małych kroczków, wielokrotnie piętnowana „polityka ciepłej wody w kranie” – w przekonaniu byłego ministra spraw wewnętrznych to właśnie powszechnie wyśmiewane orliki czy budowane za pieniądze UE autostrady i drogi ekspresowe są prawdziwym przełomem modernizacyjnym, który docenimy dopiero za kilkadziesiąt lat.

Czy w tej sytuacji gwałtowne „szarpnięcie za cugle” jest tylko mrzonką politycznych utopistów? Przykład Węgier – państwa bliskiego nam regionalnie, a przede wszystkim o podobnej postkomunistycznej przeszłości, pokazuje, że kompleksowy i pełen rozmachu program politycznych reform jest możliwy do przeprowadzenia. Na czym prócz zmiany konstytucji miałby on polegać, piszą eksperci Instytutu Sobieskiego w raporcie pt. „Węgry Orbàna – wzór czy przestroga?”. 

Oczywiście w tych okolicznościach rodzi się fundamentalne pytanie, co musiałoby się stać, aby w Polsce taki Orbàn mógł się pojawić.

Dobrej intuicji dostarcza Zbigniew Stawrowski, który w tekście poświęconym dziedzictwie Solidarności, otwierającym cały zbiór, i w artykule dotyczącym katastrofy smoleńskiej, który całą książkę zamyka, jasno wskazuje na zasadnicze źródło politycznej zmiany, jaką jest przestrzeń wartości. Ładunek aksjologiczny, który w ostatnich kilku latach został w Polsce dwukrotnie zmarnowany. Najpierw przy projekcie IV RP, później po katastrofie smoleńskiej. W tej sytuacji pozostaje mieć nadzieję, że przy następnej okazji znajdzie się na polskiej scenie politycznej środowisko gotowe podołać historycznemu wyzwaniu. Ale wcześniej czeka je wiele lat ciężkiej pracy. Bo jak pisał w książce „Napastnik” poświęconej Victorowi Orbànowi Igor Janke, na swój polityczny sukces zaczął on pracować tak naprawdę już w akademiku w Budapeszcie. Tylko czy w Polsce akademik służy jeszcze do takich rzeczy?