Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Spór liberałów i progresywistów. Recenzja książki „Wolność, równość, przemoc” Agaty Sikory

przeczytanie zajmie 12 min
Spór liberałów i progresywistów. Recenzja książki „Wolność, równość, przemoc” Agaty Sikory Ilustracja: Magdalena Karpińska

Lepsze zrozumienie światopoglądu poprzez przemyślenie jego podstaw jest zawsze godne pochwały. Można w ten sposób nie tylko zrozumieć, w co się wierzy, lecz także dostrzec, że część dotychczasowych sporów była bezzasadna i niepotrzebna. Taka intencja stała za książką Wolność, równość, przemoc Agaty Sikory i ambitnym programem lewicowej równości z liberalną wolnością. Niestety krytyka liberalnego podmiotu dokonana przez autorkę prowadzi do kolejnych aporii. Polityka zawsze zakłada istnienie czegoś wspólnego. Indywidualne opowieści spojone troską to zdecydowanie zbyt mało, żeby zadośćuczynić temu wymogowi.

Książka Wolność, równość, przemoc Agaty Sikory nie powinna w zasadzie wzbudzić mojego zainteresowania. Chociaż nie znoszę nadmiernego posługiwania się etykietkami (konserwatysta, liberał, progresywista itd.), ponieważ zbyt łatwo zwalniają nas one z trudów myślenia, to jednak zdecydowanie bliżej mi do zupełnie innej formacji światopoglądowej niż tej, do której przyznaje się autorka wyżej wspomnianej pracy. W dodatku podejmowana w niej problematyka przybiera formę specyficznej walki środowiskowej. Ścierają się tutaj liberałowie i progresywiści, zderzają ze sobą pojęcia wolności i równości, a ideał liberalnej demokracji zostaje poddany gruntownej analizie i korekcie. Jednakże zapowiedź na okładce obiecuje, że pojawią się bardziej uniwersalne tematy dotyczące np. paradoksów kształtujących nasze codzienne myślenie, nie zostaną przy tym pominięte spory wokół poprawności politycznej lub akcji #metoo. Czy zatem znajdę tutaj coś dla siebie lub przynajmniej zrozumiem mechanizmy rządzące liberalno-lewicową wrażliwością, jak obiecuje okładkowy wstępniak?

Odważne deklaracje – jak słowa mogą mierzyć się z frustracją i egoizmem

Wolność, równość, przemoc podzielono na dwie części – w pierwszej z nich został omówiony problem liberalnej represji związanej z organizacją społeczną, natomiast w drugiej wyrażono głównie wątpliwości związane z polityką tożsamości, którą można szeroko zdefiniować jako różnorodną działalność polityczną (wraz z analizą teoretyczną) mającą na celu uzyskanie praw i większej samoświadomości politycznej przez dotychczas pomijane mniejszości. Warto zaznaczyć, że terminy liberalizm i progresywizm są tutaj definiowane w szczególny sposób. Nie poznamy żadnych wewnętrznych podziałów charakteryzujących obie te grupy, tak jakby od dawien dawna stanowiły statyczny monolit. Ich rys historyczny również jest szczątkowy, a rozróżnienie między nimi opiera się na przypisaniu im dwóch ogólnych pojęć.

Liberalizm na swoje sztandary bierze wolność, a progresywizm równość. Liberałowie pragną patrzeć na świat przez pryzmat uniwersalnych, jednakowych dla wszystkich wartości, podczas gdy progresywiści starają się pokazać, że takie ujęcie jest kolejną postacią opresji systemu, który nie bierze pod uwagę praw grup nieuprzywilejowanych.

Jedni mówią o uniwersalnych prawach i autonomii podmiotu, drudzy opowiadają się za realizacją ideału równego traktowania, nawet kosztem rezygnacji z osobistych przywilejów i porzucenia mitu o całkowitej nieszkodliwości, z którą miałaby się wiązać nieskrępowana, indywidualna ekspresja. Czy można w jakiś sposób połączyć te nieprzystające do siebie perspektywy?

Początek Wolności, równości i przemocy jest nad wyraz obiecujący. Agata Sikora przyznaje, że pomysł na książkę zrodził się w niej z frustracji i egoizmu, które wzięły swój początek z narastających sprzeczności wokół najbardziej palących problemów społecznych. Niektóre z nich przybierały nawet formę wojen kulturowych. Autorka, jak sama deklaruje, pozornie rozumiała argumenty i racje obu stron (liberalnej i progresywnej), ale nie potrafiła sformułować własnego stanowiska. Dlatego też postanowiła odwrócić zwyczajowy kierunek krytycznego oka i spojrzeć na własne poglądy, żeby podważyć swój sposób rozumienia świata.

To niezwykle odważny i godny naśladownictwa krok. Współczesna polska debata publiczna nierzadko przypomina spotkanie stron osadzonych wygodnie w utartych, przyjmowanych bezrefleksyjnie pojęciowych kalkach, gdzie wojny na argumenty zastąpiono nieustannym powtarzaniem tych samych frazesów. Nie ma przecież niczego gorszego od takiej intelektualnej indolencji, której skutków doświadczamy na własnej skórze.

Bez żadnych wątpliwości zgadzam się z tak przedstawionym tematem przewodnim, zwłaszcza że zobowiązano się prześwietlić tak podstawowe pojęcia, jak wolność i równość. Myśli bez ruchu stają się jedynie słowami pozbawionymi znaczenia. Owszem, mogą poprawić nam humor, a także dać poczucie przynależności do grupy, która „na pewno ma rację”. Jednakże bez ich praktycznego sprawdzenia w ogniu burzliwych sporów nie tylko tracą możliwość oddziaływania, lecz także my sami przestajemy traktować je z należytą powagą.

Deklarację ze wstępu Wolności, równości, przemocy powinien wziąć sobie do serca każdy, komu zależy na podniesieniu poziomu sporów dotyczących istotnych problemów społecznych. Podważanie podstaw, na których opieramy nasze myślenie, analizowanie używanych pól pojęciowych, przyglądanie się krytycznie stawianym tezom – jedynie takie podejście gwarantuje prawdziwe otwarcie się na drugiego człowieka. Ponadto taka postawa umożliwia również wypracowanie wolnego od przesądów stanowiska. Sprawia, że jest ono żywotne i dostatecznie przemyślane. I przede wszystkim nie boi się zmian, gdy nie ma racji.

Taktyczny odwrót – jak nikogo nie urazić i pozostać sobą

Niemniej Wolność, równość, przemoc (wbrew początkowym deklaracjom) wcale nie uderza w liberalno-lewicowe wątpliwości z pełną mocą. Autorka jest niezwykle ostrożna. Najbardziej kontrowersyjne tezy przemykają w tle głównego wywodu, a całość ma niekiedy iście terapeutyczny charakter. Mimo problemów i ewentualnych sprzeczności fundamenty liberalno-lewicowej wizji świata bez żadnych głębszych rozważań okazują się niezaprzeczalnie słuszne.

I chociaż refleksja nad przemocą warunkuje znaczenie dwóch pierwszych członów tytułu, to w ostateczności równość okazuje się trochę ważniejsza od wolności. Projektowany przez Agatę Sikorę inteligentny czytelnik dostrzeże, że należy tylko trochę zmienić optykę, przesunąć pewne akcenty. Wtedy wszystko będzie już w odpowiednim porządku.

Jak wspomniałam wcześniej, Wolność, równość, przemoc jest skierowana do konkretnego odbiorcy – już przekonanego do pewnych racji, ale jeszcze się wahającego. Przekonanego o słuszności niektórych postulatów, lecz kapitulującego w starciu z bardziej skomplikowanymi zagadnieniami. Jednocześnie autorka ma świadomość, że najgorzej rozmawia się ze swoimi. Każdy aspirujący do miana liberała lub progresywisty posiada własne wyobrażenie tego, jakie poglądy powinny charakteryzować sztandarowych przedstawicieli tych nurtów – co mogą powiedzieć, a czego nie powinni robić.

Dlatego też ten, kto stara się przemycić do świadomości swoich popleczników coś bardziej kontrowersyjnego, musi zachować szczególną ostrożność. Zastosowane przez niego formy przekazu powinny być na tyle subtelne, że nie będą wzbudzać większych oporów. Agata Sikora do perfekcji opanowała taki sposób wyrazu. Wie, co może powiedzieć, a co lepiej przemilczeć. O czym warto wspomnieć, jakich technik użyć, czego nie analizować. Ma świadomość, że jej potencjalny czytelnik lubi samodzielnie dochodzić do pewnych wniosków (nawet jeśli jest to jedynie iluzja). Potrafi taktownie i z szacunkiem przeciągnąć go na swoją stronę. Oczywiście w takiej sytuacji krytyczne ukąszenie nie może być zbyt bolesne.

Przyjęcie perspektywy sceptycznej, która w rzeczywistości służy interesom danej formacji światopoglądowej, nie wzbudza moich obiekcji. Podważanie swojego stanowiska nie musi służyć destrukcji, ale np. ulepszeniu. Można przymknąć oko na to, że do rozmowy zostali zaproszeni reprezentanci konkretnych środowisk – w końcu nie zawsze trzeba brać pod uwagę oponenta, skoro celem jest praca nad sobą. Nie muszą nas razić wszystkie niedopowiedzenia, których sens odkryjemy dopiero dzięki pracy intelektu. A jednak widmo oponentów krąży nad całą książką. Trzeba się umocnić w pojęciach, aby wygrać. W gruncie rzeczy autorka wybrała strategię budowania własnej tożsamości polityczno-ideowej. Problem tkwi w tym, że kłóci się to z intencją książki. Jeśli punktem wyjścia było rozjaśnienie pojęciowego zamętu, to metoda rozumowania przyjęta przez Agatę Sikorę tylko ten zamęt wzmacnia. Ponadto autorka wpada przez nią w paradoksy. Proklamowana w tekście synteza pojęć wolności i równości, która miałaby skutkować wypracowaniem spójnego, wolnego od sprzeczności stanowiska, okazuje się wyłącznie utopią.

Połączenie liberalizmu i progresywizmu – marzenie, które nie może się spełnić

Wolności, równości i przemocy pojawiają się zarówno odwołania do klasycznych teorii, jak i przykłady zaczerpnięte ze współczesnej popkultury, ukazujące pułapki, w jakie wpadło uniwersalistyczne myślenie liberałów. Składają się na nie utopie seksualnego wyzwolenia, które produkują jednostki skoncentrowane na odbieraniu przyjemności i uciekające od społecznego zaangażowania. Pojawia się również krytyka kultury hiperindywidualizmu, zgodnie z którą ostatecznym punktem odniesienia jest JA niezważające na innych.

Autorka w tym miejscu słusznie pokazuje, że nieposkromiona emancypacja podmiotu koncentrującego się głównie na wyrażaniu siebie kłóci się z równościowymi postulatami. Na jednostkę spada ogromna odpowiedzialność, kiedy jej myśli są rozliczane z przeróżnych występków, ponieważ także świat wewnętrzny bywa przedmiotem drobiazgowego osądu nieustannie samoanalizującego się podmiotu.

Jako przykład takiej sytuacji zostaje przedstawione oficjalne przyznanie się do winy korespondenta „Gazety Wyborczej”, Mariusza Zawadzkiego, który stwierdził, że w czasie krwawej serii zamachów terrorystycznych w Europie miał „nieczyste myśli” na temat arabskich współpasażerów. Jak zaradzić takiemu dojmującemu poczuciu winy? Jak poradzić sobie z ujmą na honorze świadomego i zaangażowanego we współczesne problemy podmiotu?

Przede wszystkim należy zdjąć z niego ciężar odpowiedzialności. Na ratunek podmiotowi zagubionemu we własnych myślach przybywa opresyjny system, źródło nieczystych przekonań. Ofiarą „złych myśli” padła również Agata Sikora. A było to w londyńskim metrze. Wagon był pełen pasażerów o śniadej cerze, która zdradzała ich bliskowschodnie pochodzenie. Chociaż daleko Agacie Sikorze do uprzedzeń kulturowych, to nie była w stanie powstrzymać się od niepokoju. Czy w takim razie do końca życia powinna żałować za swoje przewinienia?

Jako całkowicie wolny podmiot nie miałaby innego wyjścia. Jednakże według niej taka perspektywa miałaby rację bytu tylko wtedy, gdybyśmy żyli w trochę innej rzeczywistości. Skoro egzystujemy w takim, a nie innym systemie liberalnej demokracji, to myśli niezgodne z naszymi przekonaniami wynikają przede wszystkim z jego nieprawidłowego funkcjonowania. Źródłem lęku na widok ludzi z innego kręgu kulturowego jest odbieranie precyzyjnie przygotowanego przekazu medialnego. Wchłaniamy go, a kiedy nie dysponujemy odpowiednimi strategiami interpretacyjnymi (czyli nie potrafimy rozpoznać, kto i w jaki sposób przeniknął do naszej głowy), wyjątkowo trudno jest nam się z tym uporać. Iluzoryczne jest bowiem przekonanie, że podmiot nie jest wyłącznym autorem wszystkich interpretacji, którymi się posługuje. Wręcz przeciwnie, zazwyczaj bezrefleksyjnie używa znaczących ujęć świata, postrzega je jako niezaprzeczalnie obiektywne.

Autorka podaje jeszcze jeden interesujący przykład. W trakcie wycieczki do Gruzji zaczęła odczuwać niepokój, kiedy pewien przypadkowo spotkany mieszkaniec wioski prowadził ją dość nieciekawie wyglądającą drogą do domu swojego przyjaciela, ponieważ istniała szansa, że właśnie tam uda się jej kupić trochę chleba. Swój lęk wytłumaczyła egzystowaniem w kulturze gwałtu, co z automatu uprawnia ją do przeżywania tego wydarzenia w określony sposób. Ma prawo się bać i źle myśleć na temat tego nieznajomego mężczyzny. Nie mam zamiaru roztrząsać teraz zasadności przesłanek przemawiających za istnieniem kultury gwałtu. Nie chcę też rozważać znaczenia i wypływu kolejnych myślozbrodni na rzeczywistość społeczną. W tych przykładach gra toczy się o coś o wiele bardziej podstawowego.

Stawką jest miejsce i definicja podmiotu, który ma prawo do odstępstw, delikatnych potknięć, błądzenia w mnogości interpretacji, o ile nadal przyznaje się do wyznawania aprobowanych przez daną grupę poglądów lub stylu myślenia. To wystarczy. Natomiast czysty strach bez interpretacyjnej podpory będzie już objawem niepokojącym. Choć podmiot przebywa w tak nieprzychylnym systemie, to zachowuje tyle autonomii, że jest w stanie wybrać odpowiedni światopogląd, a nawet łączyć fragmenty różnych myśli, żeby dostosowywać je do bieżących potrzeb.

Pojęcie wolności musi zostać przefiltrowane przez równościowe postulaty. Powinniśmy zachować trochę samodzielności, ale bez zbaczania w niebezpieczne rejony. Łączyć wszystko i lawirować między różnorakimi opcjami, aby wypracować takie stanowisko, które zadowoli wszystkich (i nas samych). Podsumowując, podmiot jest i trochę wolny, i trochę podlega opresji systemu.

Musi krytycznie interpretować, lecz nie wychodzić poza ramy sposobu myślenia, który bierze pod uwagę prawa marginalizowanych grup. Myślozbrodnia jest szkodliwa w równym stopniu, tak jak spojrzenie obiektywizujące. Czy jednak te wszystkie wątki, które poruszyła autorka, dało się połączyć w jedną, spójną całość? Mam wrażenie, że chyba jednak nie.

Podmiot uwikłany w politykę tożsamości – najtrudniej mówi się do swoich

W drugiej części książki Agata Sikora wykorzystuje ramy słynnego stand-upu Hannah Gadsby. Artystka w wyjątkowo kunsztowny sposób używała w nim przeciw swoim krytykom i prześmiewcom ich własnej broni: nieśmiesznych żartów, krzywdzących wypowiedzi i stereotypów, żeby wykreować taką sytuację sceniczną, w której to właśnie wyznawane przez nich poglądy stają się przedmiotem oceny i kpiny. Sikora chce wykorzystać ten sam pomysł, starając się zapędzić w kozi róg tych, którzy nie patrzą przychylnym okiem na postulaty skonstruowane w duchu polityki tożsamości.

Najpierw za pomocą historycznego szkicu zostaje zarysowany problem. Potem do głosu dochodzą Mark Lilla, Francis Fukuyama i Mark Fisher. Są to autorzy, którzy wskazywali na to, że widzenie polityczności przez pryzmat rasy, płci, orientacji seksualnej prowadzi zarówno do fetyszyzacji statusu ofiary, samouwielbienia oraz wynaturzonej poprawności politycznej. Jednocześnie ta sama perspektywa maskuje przy tym bardziej fundamentalny problem, czyli nierówności materialne. Ponadto w tak poszatkowanej wizji świata, gdzie dokonujemy kolejnych podziałów ze względu na rasę, płeć itd. mówienie o wspólnym dobru staje się niemożliwością. Po przeczytaniu tych fragmentów możemy odnieść wrażenie, że teraz to progresywiści będą dostawać po głowie.

Tak się jednak nie dzieje. W następnych aktach poznajemy rozliczne wymiary przemocy symbolicznej. Parę żartów, trochę literackich przykładów, odrobina historii – wszystko to służy uwolnieniu nas od niedostrzegania przywilejów gwarantowanych przez zasady obowiązujące w liberalnej demokracji. Temu zwrotowi patronuje Reni Eddo-Lodge, autorka książki Dlaczego nie rozmawiam już z białymi o kolorze skóry, w której stara się udowodnić, że biali nie są w stanie uznać istnienia systemowej dyskryminacji. Wszystko to przez wytworzone przez nią przywileje, które torują drogę bezkarnej ignorancji w tak podstawowych kwestiach, jak poczucie bezpieczeństwa, kształtowanie emocjonalności innych ludzi lub równy dostęp do określonych zawodów.

Puenta stand-upu Agaty Sikory jeszcze raz wywraca wszystko do góry nogami. Wcale nie trzeba rezygnować ze stworzonego przez liberałów pojęciowego uniwersalizmu. Właściwie nie został on jeszcze poprawnie zdefiniowany, a wpisana w niego równość była czysto deklaratywna. W rzeczywistości, przypisując znaczenie jednym sprawom (np. prawom obywatelskim), wyrugował z przestrzeni politycznej debaty inne, np. zagadnienia związane z seksualnością. Wystarczy trochę popracować nad tymi pojęciami i obudzimy się w lepszym świecie, gdzie wspólne dobro będzie mogło iść ramię w ramię z równością.

Czego zabrakło w tym brawurowym występie? Bezpośredniego odniesienia się do krytycznego spojrzenia na politykę tożsamości, wykraczającego poza rekonstrukcję argumentacji. Naszkicowano pewne problemy. Przyjęto założenie, że czytelnik sam dojdzie do odpowiednich wniosków, dzięki zastosowanemu wybiegowi narracyjnemu. Jednakże wbrew temu, co sugeruje okładka, to wszystko nie rozwiewa wątpliwości związanych np. z akcją #metoo lub chociażby coraz większą polaryzacją stanowisk w debacie publicznej, nie wspominając już nawet o próbie wyrugowania napięć między pojęciami wolności i równości.

Autorka wspomina o tym, że niektórzy mogą wykorzystywać politykę tożsamości do własnych celów, ale dystansuje się od oceny takich zjawisk. Pojawia się zdanie na temat sposobności wystąpienia nieprawdziwych oskarżeń w ramach akcji #metoo, lecz również tutaj powstrzymuje się od komentarza. Mówi o coraz większej obojętności środowisk lewicowych na problemy klasowe, jednak wcale nie nawołuje do ponownego pochylenia się nad tymi kwestiami. Niekiedy uda nam się dostrzec w tle ukrytą ocenę opisywanych sytuacji, ale dużo częściej wydaje się, że Agata Sikora wzbraniała się przed postawieniem kropki nad i, jakby trwożyła się na myśl o poruszeniu kwestii nieprzyjemnych dla liberalno-lewicowego ucha.

Niesłabnący urok intelektualnego paternalizmu – albo z nami, albo przeciw nam

Jednakże przyczyną wybrania takiej, a nie innej strategii piśmiennej wcale nie musiał być lęk przed środowiskowym osądem. Specyficzną konstrukcję Wolności, równości, przemocy można wytłumaczyć za pomocą wiary w skuteczność intelektualnego paternalizmu, charakterystycznego dla progresywnej lewicy. Obecność tego wątku w refleksji Agaty Sikory widać wyraźnie w jej innym tekście – Brzydkie słowo na „G” – opublikowanym na portalu Krytyki Politycznej.

Tłumaczy w nim, jakie kłopoty sprawia pojęcie gender tym osobom, które są trochę mniej zaznajomione z najnowszymi humanistycznymi teoriami. Na szczęście wszystko można zmienić dzięki rzetelnej edukacji. Trudne zagadnienia trzeba cierpliwie i spokojnie tłumaczyć. W Wolności, równości i przemocy także występują podobne sformułowania skierowane do czytelników o zacięciu misyjnym.

Chociaż nie każdy posiada odpowiednie zaplecze intelektualne, to oświecenie jest dostępne dla każdego. Należy tylko nakierować myślenie opornych na właściwe tory. Tyczy się to również uniwersalistycznych liberałów. Z nimi pójdzie łatwo. Wystarczy unaocznić im ich braki oraz nie atakować pojęć ogólnych, do których są przywiązani. Co ciekawe, sama Agata Sikora pisze o tym, że niektórzy przedstawiciele lewicy (zwłaszcza na Zachodzie) cieszą się wielkimi edukacyjnymi przywilejami ustawiającymi ich w lepszej pozycji w stosunku do tych, którzy nie mieli nawet szansy zapoznać się z dorobkiem współczesnej myśli akademickiej. Nie stosuje jednak wobec nich żadnej stand-upowej strategii, żeby wywlec na wierzch ich niedostrzeganie posiadanych przywilejów. Jedynie delikatnie nawołuje o większą dozę tolerancji. Być może przedstawiciele lewicy nie są jeszcze gotowi na takie katharsis.

Intelektualny paternalizm to jedna z najbardziej zdradzieckich i jednocześnie zawoalowanych form przemocy symbolicznej. Nie jest po prostu troską z domieszką dobrze rozumianej kontroli. Na pierwszy rzut oka nie widać, że pragnienie klarownego wytłumaczenia swojego stanowiska jest czymś złym. Wiele osób gubi się w przestrzeni nowoczesnych pojęć. Cała sprawa staje się kłopotliwa dopiero wtedy, gdy edukacja nie przynosi zamierzonych rezultatów.

Poświęciliśmy czas, żeby zachęcić kogoś do nowego spojrzenia, a ten… uparcie trwa przy swoim. Nie chce dać się „naprostować” albo ma czelność się z nami kłócić. Niestety wtedy staje się po prostu wrogiem, przeciwnikiem, którego trzeba zwalczać, a nie silić się na jakieś próby rozmowy. Ze złą wolą się nie dyskutuje. A ten, kto nie przyjmie właściwego sposobu myślenia, traci prawo głosu. Człowiek nieprzekonany znajduje się nagle w sytuacji bez wyjścia. Można opisać go wyłącznie na dwa sposoby. Albo cechuje się intelektualnymi bądź edukacyjnymi brakami, albo jest zacietrzewionym w swej niechęci osobnikiem niewartym uwagi. Innych opcji nie ma.

Ludzie mogą mówić bzdury. Często nie przywiązują wagi do stosowanej argumentacji. Popełniają błędy i nie mają racji. Nierzadko zmieniają zdanie. Czasami dają się przekonać do zrewidowania swoich sądów, chyba że są przedmiotem paternalistyczne troski. Wtedy tak uprzedmiotowiona jednostka nie ma żadnych praw do wyżej wymienionych zachowań. Tzn. ma, ale tylko jeśli wybierze właściwy front. Taki człowiek musi zostać oświecony prawdą, a nie przekonany do zmiany zdania. Powinien uświadomić sobie pewne rzeczy, zrozumieć proklamowany przez daną formację sposób myślenia. Nie jest podmiotem, z którym można wejść w dialog lub interakcję, lecz przedmiotem poddawanym stosownej obróbce.

Kiedy rozmawiamy z kimś, kogo uznaliśmy za pełnoprawny podmiot, któremu przyznajemy jednocześnie prawo do kierowania się konkretnymi przekonaniami (nawet błędnymi czy bzdurnymi), jesteśmy w zupełnie innej sytuacji niż wtedy, gdy niesiemy mu kaganek oświaty. Dialog nie chroni nas przed zobaczeniem dziur i pustych miejsc we własnej argumentacji. Nierzadko trzeba iść na kompromis albo przemyśleć własną pozycję. Przede wszystkim należy pozostać otwartym na usłyszenie i zrozumienie tego, co nie jest miłe dla naszego ucha. Natomiast niechęć do dyskusji prowadzi jedynie do radykalizacji postaw.

Mówienie do tych, którzy i tak są przekonani, może poprawić nam samopoczucie. Ale jest to również niebezpieczne. Powoduje rozgoryczenie, gniew i wielką niechęć w stosunku do tych, którzy nie dali się oświecić. W Wolności, równości, przemocy oponenci mieli być nieobecni. Przemyka jakieś zdanie o tym, że, z prawakami nie warto rozmawiać. Ciekawie robi się na samym końcu, gdy autorka zwraca uwagę na coraz większe zainteresowanie prawicy kwestiami ekologii. Ostrzega przed tym niebezpiecznym stanem rzeczy, ponieważ jest to wyraźna oznaka politycznego sprytu. Zwolennicy prawej strony wykorzystują ważny temat, aby bocznymi drzwiami wprowadzić do mainstreamu swój światopogląd. Obrzydliwa, zła wola! Faszyzm jest już u bram!

Ta bliżej niesprecyzowana prawica nie mogła uznać, że troska o środowisko jest jednak czymś ważnym, a zagrożenia wynikające ze zmian klimatycznych – realnym problemem. Absolutnie nie warto z nimi debatować na ten temat albo – co gorsza! – wspólnie z nimi działać. Trzeba zachować czujność, oni już się nie nawrócą. Dlaczego takiego stanowiska nie należy zrzucić na karb światopoglądowej zaciekłości i obojętnie wzruszyć ramionami? Z dość prostego powodu. Z takiej pozycji łatwo traktuje się przeciwników jako synonimy czystego zła. Bez najmniejszych wątpliwości udzielamy sobie wtedy dyspensy na stosowanie wobec nich wszelkich form przemocy – systemowej, symbolicznej, a na końcu również fizycznej.

Ten mechanizm działa niezależnie od tego, po której stronie polityczno-społecznej barykady się znajdujemy. Ponadto dochodzi wtedy do zjawiska nazywanego potocznie zawłaszczaniem pojęć, tzn. określonymi wyrażeniami (np. przemocą symboliczną lub tradycją) mogą się posługiwać jedynie reprezentacji konkretnych formacji światopoglądowych. Inaczej jest to postrzegane jako szyderstwo. Sytuacja staje się niekiedy tak kuriozalna, że nieraz trzeba stosować szczegółowo zaplanowaną formalną ekwilibrystkę, aby przypadkiem nie użyć pojęcia należącego oficjalnie do drugiej strony.

Podmiot magicznie odmieniony troską – równorzędność opowieści, w której niektóre są jednak trochę lepsze

Przez większą część swojej książki Agata Sikora krytykuje liberalną wizję autonomicznego podmiotu skoncentrowanego głównie na ekspresji swojej istoty. Stara się nawet pokazać historię jego ukonstytuowania (popełniając przy okazji parę rzeczowych błędów, np. łącząc pojęcie jaźni z postacią Jeana Jacquesa Rousseau), jednak przez cały czas pozostaje on dla niej problematycznym konstruktem tworzącym przestrzeń uniwersalnych wartości, które w rzeczywistości wcale takimi nie były. Jednocześnie nie opowiada się za światem bez wspólnoty, niepołączonym żadnym doświadczeniem. Dodatkowo indywidualne opowieści jednostek nadal pozostają ważne i znaczące, nie można ich całkowicie porzucić. Z tych względów poszukuje powszechności w najbardziej zaskakujących miejscach.

Dla Polaków wymiarem spajającym ich różnorodne losy miałoby być doświadczenie prawdziwie powszechnej edukacji. W końcu obce jest nam mniemanie, że do najlepszych szkół idą tylko dzieci z dobrych, bogatych domów, jak ma to miejsce w Wielkiej Brytanii. Niemniej Agata Sikora zapomniała, że klasizm może przybierać wiele różnorodnych form, a pierwsze rozpoznanie znaczenia nierówności materialnych polskie dzieci zdobywają zazwyczaj w szkole. Dobrze wiedzą, jak ważne są drogie ubrania, kto ma rodziców lekarzy, czyja mama jest sprzątaczką i które dzieciaki mają lepiej, bo rodzice ufundowali do klasy DVD. W powszechnej i dostępnej dla wszystkich szkole podziały bywają równie wyraźne, co między uczniami zwykłych i elitarnych placówek na Zachodzie.

Nadal jednak takie lokalne doświadczenie nie stworzy ogólnoludzkiej wspólnoty. Na czym mamy oprzeć więź między różnorodnymi członkami wielorakich zbiorowości? W Wolności, równości i przemocy tym, co może pogodzić ze sobą odrębne stanowiska, jest troska. Życzliwe spojrzenie na drugiego człowieka. Jednakże w żadnym miejscu nie wspomina się o tym, jak zastosować ten postulat w praktyce.

Pozornie wydaje się to proste. W końcu trudno zbudować cokolwiek bez empatii, poszanowania praw drugiej, równorzędnej nam osoby. Ale jak przekonać do troski kogoś, kto w trakcie jakiejś internetowej dyskusji w pierwszym zdaniu pięknie pisze o szacunku do mniejszości (etnicznych, rasowych, seksualnych itd.), a w kolejnym, że niektórych to mimo wszystko powinno się „dojechać butem tak, aby zgięli się jak scyzoryk”? Jakie kryteria mamy przyjąć, żeby wybrać tych, których obejmiemy troską? Jakich argumentów użyć, by udowodnić, że nie wszystkim się ona należy? A może jednak powinna tyczyć się każdego, włącznie z politycznym przeciwnikami?

Nie znajdziemy też w tej pozycji nic na temat tego, jak pogodzić ze sobą sprzeczne opowieści wygłaszane w przestrzeni publicznej. W założeniu powinny być równorzędne, ale… W jednym z ostatnich rozdziałów Agata Sikora opisuje swoje doświadczenie matki podróżującej z dziećmi, która zaczyna odczuwać coraz większy niepokój pod wpływem wzroku współpasażerów. Ze względu na panujący wokół rodzicielstwa klimat ma mnóstwo obaw i nie liczy już nawet na pomoc przy wnoszeniu wózka. Z pewnością można sympatyzować z takim przedstawieniem sprawy, a nawet nawoływać o więcej zrozumienia dla kobiet z dziećmi. Jak jednak połączyć jej opowieść z opowieścią kobiety, która jest zmęczona wywieraną na nią presją społeczną w sprawie posiadania potomstwa i nie chce iść na kolejne ustępstwa dla rodzin, ponieważ uderzają w jej sytuację społeczno-materialną? I na koniec – jak przekonać te skoncentrowane na sobie nowoczesne podmioty, że warto zadbać też o innych? Troska to nie tylko miłe uczucie zaangażowania w los drugiej osoby, lecz także poświęcenie, kompromis i rezygnacja z wielu wygód. Czy te wymagania dla obywatela współczesnego świata nie będą zbyt obciążające? Na te pytania w Wolności, równości i przemocy nie znajdziemy odpowiedzi.

Ostatecznie okazuje się, że połączenie liberalnej i lewicowej wrażliwości w jedną całość jest czymś wyjątkowo trudnym, wręcz niemożliwym. Uzgodnienie uniwersalistycznych ciągot z równoczesnym poszanowaniem autonomii jednostki powoduje wikłanie się w coraz to nowe niedopowiedzenia i sprzeczności. Nie wszystkie tematy można podjąć, a paternalistyczne złudzenia trzymają się mocno. Wciąż czekam na spełnienie deklaracji ze wstępu Wolności, równości i przemocy. Taki gest byłby ożywczy także dla innych środowisk. Pytanie brzmi, czy jakakolwiek formacja społeczno-polityczna naprawdę chciałaby słuchać niewygodnych dla siebie uwag. Do swoich mówi się wprawdzie łatwo, o ile nie wychodzimy poza sztandarowe slogany. Wszelkie bardziej zdecydowane kroki mogą spotkać się z wyjątkowo nieprzychylnymi reakcjami. Mimo wszystko warto formułować trudne pytania. Nie w celach destrukcyjnych, ale po to, żeby raz jeszcze sumiennie przemyśleć podstawy swojego rozumowania.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o zachowanie informacji o finansowaniu artykułu oraz podanie linku do naszej strony.