Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Arkady Rzegocki, Anna Oliwa  16 października 2014

Rzegocki: Nieokreślona rola uczelni

Arkady Rzegocki, Anna Oliwa  16 października 2014
przeczytanie zajmie 7 min
Rzegocki: Nieokreślona rola uczelni flickr.com

Przed 1989 rokiem uczelnie były pełne protestujących studentów, co pozwalało wyłonić przyszłych liderów politycznych. Współczesne kontrowersyjne rozwiązania, takie jak te o odpłatności za drugi kierunek studiów, ale także antyrządowe, nie wzbudzają takiej fali protestów. Inna mentalność studentów?  

Wybuch rewolucji nie następuje w czasach największego ucisku, a wtedy, gdy sytuacja poprawia się albo jest w miarę ustabilizowana – to słynna teza Alexisa de Tocqueville’a. Wydaje się, że w okresie PRL z taką sytuacją mieliśmy do czynienia. Protesty studenckie nie pojawiły się w okresie stalinowskim, kiedy terror był największy i sytuacja była niekorzystna. Lata 80-te to okres działań Solidarności, który w dużej mierze zmienił świadomość większości Polaków, w tym studentów. Podział my/oni był dużo bardziej jednoznaczny.

Czymś naturalnym był protest przeciwko władzy. Odrzucenie istniejącego systemu politycznego było oczywiste dla sporej części elit, w tym studentów – dla nich, jako młodych ludzi, nie dawał żadnych perspektyw.

Pojawia się pytanie, dlaczego w ciągu tych 25 lat było tych protestów studenckich tak niewiele. Z jednej strony młodzi ludzie mają bardzo dużo pól do aktywności – angażują się w działalność stowarzyszeń, partii politycznych. Część z nich wyjeżdża za granicę, tam studiuje lub pracuje.

Protest jest, tylko nie jest widoczny? Nie ma go na uczelniach?

Do zaistnienia mocnego protestu potrzebny jest pewien moment przełomowy, który przeleje czarę goryczy. Uważam, że takiego momentu jeszcze nie było. Choć być może jest tak, że pewien wentyl bezpieczeństwa został użyty po 2004 roku. Zgodnie ze statystykami w tym czasie ponad 2 mln osób wyjechało, nie znajdując pracy w kraju. To potencjalna grupa osób, która mogła być zarzewiem protestu – tych na uniwersytetach, ale także protestów w całej Polsce.

Autonomia uczelni w PRL i III RP – czy rzeczywiście uniwersytet jako taki przeszedł transformację?

To jest główny problem III RP. W Polsce wygrała koncepcja ewolucyjnej zmiany, z naciskiem na ewolucyjną zmianę instytucji. Podział na instytucje, które mają swoje korzenie w PRL, oraz na takie, które powstały po 1989 roku, jest bardzo widoczny – taka jest moja teza. Działalność instytucji powstałych po ‘89 jest o wiele bardziej korzystna.

Z bardzo prostej przyczyny: nie są one obciążone sposobem funkcjonowania charakterystycznym dla poprzedniego systemu, a także personalnymi powiązaniami.

Uniwersytet w PRL to była swoista enklawa, sfera relatywnej wolności myśli, tak mocno ograniczana przez władzę. Łatwiejszy był dostęp do informacji, książek czy prasy, także tej zagranicznej. To powodowało niepokój rządzących. Niemniej trzeba przyznać, że uniwersytet radykalnie się nie zmienił po ’89, chociaż trudno porównać uniwersytet dziś i ten w PRL – dzieli je różna rzeczywistość społeczno-polityczna.

Na uczelniach trudno zobaczyć polityków. To jakaś obawa konfrontacji?

Szkolnictwo wyższe w Polsce to sfera, z którą mamy problem. Z jednej strony mamy na tym polu sukcesy – Polska na tle innych krajów pod względem ilości osób z wyższym wykształceniem jest prymusem. W przeciągu dwudziestu lat nastąpił ogromny wzrost ludzi z wyższym wykształceniem: z 7% w roku 1989-1990 aż do około 30% obecnie. Niektóre statystyki sytuują Polskę nawet na 1 miejscu w świecie. Co ciekawe, poziom kształcenia polskiego jest porównywalny do brytyjskiego; mówią mi to studenci, którzy studiowali parę lat w Polsce, a potem wyjechali do Cambridge czy Oxfordu.

Jeśli więc chodzi o casus Polski, to brakuje przede wszystkim najlepszych uczelni, rozumianych jako sytuujących się w pierwszej 50-tce lub 100-tce uczelni światowych. Chodzi o uniwersytet, który byłby marką rozpoznawalną i traktowaną jako jedna z kilkunastu najlepszych w Europie lub świecie.

Na tym polu jest jeszcze bardzo dużo do zrobienia.

Rola uniwersytetów nie do końca została przemyślana. Uważam, że powinien nastąpić większy powrót do korzeni, do trzech głównych celów, jakie stawiali założyciele Akademii Krakowskiej: poszukiwanie prawdy rozumianej jako wolność pracy naukowej, edukowanie oraz kształcenie obywateli III RP.

Element wychowawczy odgrywał kiedyś bardzo istotną rolę, niestety w Polsce bardzo często zapominamy o tym trzecim elemencie. Zadaniem uczelni jest kształtowanie swoich wychowanków na dobrych obywateli – jestem przekonany, że wielu studentów zdziwiłaby taka teza. Proces wychowawczy, pewne wzorce osobowe i pewna misja, którą uczelnia posiada, to jednocześnie misja państwa, misja służby Rzeczy Wspólnej. Pojawia się problem, gdy uniwersytet abdykował z funkcji wychowawczych. Obywatel to jest ktoś, kto myśli w kategoriach dobra wspólnego, rzeczy wspólnej. A nie ktoś, kto traktuje politykę jako grę o własne interesy albo interesy jakiejś grupy. W takim wypadku politycy traktowani są jako gracze, którzy najczęściej mają nieczyste intencje. Dochodzi do tego także błędne rozumienie polityki, właśnie jako gry o władzę, gry tylko o własne interesy. To są przyczyny, dla których uczelnie są ostrożne w zapraszaniu polityków w swe progi.  

Polityka to gra o własne interesy i politycy są jej graczami, więc nie zapraszamy ich, żeby nie mieszać tych dwóch sfer?

Polityka posiada negatywne konotacje – kojarzy się z czymś brudnym i nieczystym. Nierzadko politycy mają radykalne poglądy i wtedy pojawia się naturalny problem: kogo zapraszać, a kogo nie? Gdzie jest ta granica? Gdzie jest bariera? To problem praktyczny, z którym władze uczelni muszą się zmierzyć. Często łatwiej jest im nie zapraszać, a nawet nie udostępniać sal na spotkania organizowane przez kogoś innego.

Na ile dziś w pracy naukowca jest obecna idea, a na ile administracja? Uściślając – nauczyciel akademicki jest zobligowany do pewnej ilości publikacji naukowych w ciągu roku akademickiego.

Jest to problem parametryzacji, czyli systemu oceniania naukowców, w tym także autonomii uczelni. To kwestia, która dotyka nie tylko polskie uczelnie, ale także uniwersytety Europy Zachodniej. W Polsce wpływ, teraz już trochę mniejszy, na kształt programów czy minima kadrowe ma Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Oczywiście autonomia uczelni jest zagwarantowana ustawowo.

Mimo to ze strony ministerstwa wychodzi przymus udowadniania, że jest się naukowcem. A udowodnić można tylko przez to, co się publikuje i przez to, co się robi. Dochodzi do sytuacji absurdalnych – to urzędnik ustala, ile punktów przyznać za dany artykuł.

W jego gestii jest także sporządzenie ministerialnej listy czasopism, za które przyznawane są punkty naukowcom. Wspomnę, że niektóre z tych czasopism czasem nie ukazują się, mimo że widnieją na liście. Obecnie dla naukowca jest wygodniej pisać artykuły za około 8 punktów niż książki. Za monografię dostaje się około 20 punktów. To pokazuje, że napisanie trzech artykułów jest wyżej punktowane niż książka. Oczywiście artykuły pisane do czasopism zagranicznych są o wiele wyżej punktowane. W czasach PRL nie było takiej biurokracji, konieczności wypełniania tylu sprawozdań. Jak mawiał Stefan Kisielewski – od samego mieszania herbata nie robi się słodsza. Bodźcami administracyjnymi próbuje się motywować naukowców do większej aktywności naukowej. Ale to przynosi odwrotny skutek, bo nie daje lepszych wyników. Za to jednostkom, które chciałyby pracować kreatywnie, zabiera się czas. Dużo korzystniejszym rozwiązaniem jest system poszukiwania grantów badawczych, który teraz obowiązuje. To wiąże się z dużą ilością pracy, a grant dostaje się lub nie, natomiast konkursy są w dużej mierze obiektywnie oceniane, np. w NCN.

Odwołując się do brytyjskiego modelu szkolnictwa wyższego, czy jest to model dla nas idealny, szczególnie w obecnej perspektywie?

Powinniśmy czerpać elementy z modelu amerykańskiego, brytyjskiego czy niemieckiego i próbować je dostosować do polskiej specyfiki, jednak jestem przekonany, że radykalna zmiana przyniosłaby więcej szkody niż pożytku. Wyzwaniem dla państwa polskiego jest wykreowanie uczelni, która byłaby pozbawiona wad dzisiejszych uniwersytetów. Profesor Leszek Borysiewicz, obecny rektor Cambridge, wymienia cztery elementy, które są najistotniejsze dla rozwoju uniwersytetu w globalnym świecie: po pierwsze wolność poszukiwań naukowych, ustalania programów badawczych, ale także niezależność finansowa. Po drugie połączenie pracy naukowej z dydaktyką. Naukowcy powinni inspirować się pracą studentów, a studenci pracą naukowców. Po trzecie excellence rozumiane jako doskonałość. To motto Cambridge – celem powołania uczelni jest dostarczanie społeczeństwu osób i wiedzy na najwyższym, światowym poziomie. Po czwarte wreszcie globalna ambicja: posiadanie najlepszej uczelni na świecie, z międzynarodową kadrą i międzynarodowymi studentami.

To jest widoczne w brytyjskich kolegiach najlepszych uczelni.

Wykładowcy to niekoniecznie rodowici Brytyjczycy – stawia się na jakość. Mają być najlepsi z najlepszych. Kwestią zupełnie drugorzędną jest język.

Oczywiście naukowcy muszą znać angielski, ale wielu z nich mówi np. z charakterystycznym hiszpańskim czy włoskim akcentem. Te uczelnie bardzo mocno zabiegają o to, być mieć gwiazdy, uznanych profesorów. Trzeba mieć na względzie, że nie zawsze najbardziej uznany naukowiec jest równocześnie najlepszy, ale czasami tak jest. W Polsce nie ma takiego myślenia. W świecie jednym z najważniejszych zagadnień jest pytanie, ilu noblistów ukończyło daną uczelnię lub ilu noblistów wykłada. Przez wiele lat w Krakowie mieszkało dwóch noblistów, Czesław Miłosz i Wisława Szymborska. Gdyby w tym czasie wykładali na Uniwersytecie Jagiellońskim, byłaby to rzecz wspaniała dla uczelni nie tylko ze względów promocyjnych. Ale były to osoby, które nie liczyły się do minimum programowego – nie posiadali tytułu doktora lub doktora habilitowanego… Dochodzą do tego kwestie biurokratyczne. Wymianie kadry ma sprzyjać przymus kończenia pracy na uczelni dla profesorów, którzy ukończyli 70. rok życia. UJ pożegnał ostatnio profesora Piotra Sztompkę, jednego z uznanych profesorów socjologii o szczególnej rozpoznawalności w świecie, zwłaszcza anglosaskim. To jest niekorzystny, ale ustawowo narzucony przymus. Profesor może pracować na innych uczelniach prywatnych. W tej chwili wykłada w Szwecji. To strata, że nie może wykładać na Uniwersytecie Jagiellońskim.  

Premier Kopacz proponuje stypendia dla najzdolniejszych i zachęca do wyjazdów na zagraniczne uczelnie. Co prawda mówi o późniejszym odpracowaniu takiego stypendium, ale czy nie jest to znów drenowanie polskich uczelni? Może czas zacząć zabiegać o naukowców, którzy będą uczyć u nas?

Optymalnie byłoby, gdyby studenci studiowali za granicą oraz gdyby naukowcy przyjeżdżali do nas. W XVI wieku, gdy mieliśmy Akademię Krakowską, wielu tu studiowało. Potem jeździło po Europie i kończąc pobyt na studiach na najlepszych włoskich uczelniach. Przykładowo Jan Zamoyski studiował w Paryżu, Strasburgu, Padwie, gdzie został wybrany na rektora, by w 1595 roku ufundować Akademię Zamojską. Nie może być tak, że skoro mamy słabe uczelnie, to studenci muszą się kształcić za granicą. To oczywiście korzystne, że kształcą się wśród najlepszych, ale to nie znaczy, że nie możemy mieć choć jednej najlepszej uczelni tu na miejscu, w Polsce.

Nauczyciele akademiccy nie chcą prowadzić przedmiotów fakultatywnych z uwagi na ich mniejszą odpłatność. Da się to zmienić?

Problem finansowania uczelni jest odwieczny. Uniwersytety są utrzymywane z budżetu państwa i nie widzę alternatywy, a jednocześnie obowiązujący model utrudnia funkcjonowanie uczelniom prywatnym. Spora część kosztów uczelni państwowych pokrywane jest z budżetu państwa, a na uczelniach prywatnych z czesnego. Był kiedyś pomysł stworzenia polskiego Harvardu – prywatnej uczelni kształcącej na najwyższym poziomie, ale na to nie ma szans. Powrócę do osoby profesora Borysiewicza, który pewnego razu opisywał, jak funkcjonuje Cambridge. Profesor w swojej dziesięcioletniej strategii zaplanował, że uczelnia będzie w coraz mniejszym stopniu zależna od wsparcia z budżetu państwa. Dziś ok 20 procent budżetu Cambridge pochodzi od państwa, a strategia  zakłada zmniejszenie tego procentu do 15%, a nawet 10%. W Polsce jest inaczej – na uniwersytetach oczekuje się, że państwo da więcej pieniędzy.

Pojawiają się nawet absurdalne pomysły: skoro jest niż demograficzny, to wpuśćmy na uczelnię osoby bez matury. Może kiedyś ją uzupełnią. Ten model przypomina przykład włoski. Gdzie na wielu uczelniach nie trzeba zdawać egzaminów po pierwszym semestrze, bo student może być niegotowy.

Możliwe jest odłożenie egzaminu na następny semestr czy rok. Włosi kończą studia średnio w wieku 29 lat – to są ci wiecznie studiujący. I jest to z korzyścią dla obu stron – studentów i profesorów. Ale nie dla włoskich uczelni, które niestety nie liczą się już mocno w światowych rankingach. W Polsce zaczynamy iść w tym kierunku, myśląc o przyciąganiu osób bez matury. To ślepa uliczka. Dlaczego więc rektor Cambridge ma taki pomysł? Uważa, że uczelnia jest w pełni suwerenna wtedy, jeśli nie jest zależna finansowo od państwa. Tylko w takich warunkach jest zapewniona wolność badań i niezależność uczelni od rządu czy partii politycznych.